Rekordowa pod wieloma względami porażka z Leicester City miała zakończyć nieudaną przygodę Ralpha Hasenhüttla z Southamptonem. Kiedy przecież zwolnić menedżera, jak nie po kompromitującej przegranej różnicą dziewięciu bramek? Władze klubu z St Mary’s Stadium nie zdecydowały się jednak rozstać ze szkoleniowcem. Wręcz przeciwnie, Austriak otrzymał drugą szansę od „Świętych”. Szansę, którą w pełni wykorzystuje w obecnej kampanii, porażkę przekuwając w sukces.
W ostatnich latach niemiecka szkoła trenerska stała się niezwykle popularna w Premier League. Trudno się dziwić, skoro po przejęciu Liverpoolu przez Jürgena Kloppa, „The Reds” sukcesywnie, krok po kroku, wrócili na szczyt. O lepszą reklamę byłoby naprawdę ciężko. Wyniki odnoszone przez byłego opiekuna Borussii Dortmund podziałały na wyobraźnię innych klubów angielskiej ekstraklasy.
Najczęściej tych marzących o wyjściu z kryzysu, o walce o coś więcej niż utrzymanie lub środek tabeli. Rozpoczęły się więc poszukiwania nowego Jürgena Kloppa. Zachowując oczywiście właściwe proporcje, można stwierdzić, że w pewnym stopniu udało się Southamptonowi. Tak przynajmniej pokazuje obecny sezon. A to bardzo ciekawe, bo przecież przez długi czas wydawało się zupełnie inaczej.
Cierpliwość przepisem „Świętych” na sukces
Zakontraktowanie Ralpha Hasenhüttla przez klub z St Mary’s Stadium było sporym zaskoczeniem. Także jednak pokazem ambicji władz Southamptonu. Ciekawym wydarzeniem, które miało sprawić, że Premier League stanie się jeszcze bardziej interesująca. Prężenie muskułów szybko okazało się jednak tylko prężeniem, bo niewiele, potocznie, trybiło w maszynie Austriaka. W połączeniu z fatalną i rekordową porażką 0:9 na własnym stadionie, przygoda szkoleniowca na południu Anglii szybko miała dobiec końca. Kiedy przecież zwolnić menedżera, jak nie po kompromitującej przegranej różnicą dziewięciu bramek?
Władze „Świętych” postanowiły jednak nie rozstawać się z dotychczasowym trenerem. Wręcz przeciwnie, Ralph Hasenhüttl otrzymał kolejną szansę na kontynuowanie projektu. Była to decyzja co najmniej kontrowersyjna, bo nie brakowało sympatyków, którzy oczekiwali rychłego zwolnienia, ba, wyrzucenia menedżera z klubu. Łaska kibica na pstrym koniu przecież jeździ.
Obecnie można jednak tylko przyklasnąć władzom klubu z St Mary’s Stadium. Olbrzymia próba cierpliwości, jaką były działania włodarzy po druzgocącej porażce, wyszła Southamptonowi tylko na dobre. Zespół się zjednoczył, a cały projekt Austriaka zaczął nabierać realnych kształtów i przynosić efekty. Zupełnie jakby „Święci” musieli dotknąć dna, by w drużynie w końcu zaskoczyło.











