Reprezentacja Polski wygrała wczoraj z Finlandią we Wrocławiu 5:0. Na ten imponujący popis czas jednak spojrzeć chłodnym okiem. Rozgromienie tak słabego przeciwnika na dobrą sprawę nie dało odpowiedzi na żadne pytanie.
Stwierdzenie, że reprezentacja Finlandii miała imitować swoją grą irlandzką kadrę, z którą podopieczni Adama Nawałki zmierzą się w czerwcu, można skwitować jedynie jako mało śmieszny dowcip. Skandynawowie nie byli żadnym przeciwnikiem. Jak mówią statystyki InStat, Polacy wygrali 58% pojedynków z rywalami. To dobra liczba, jednak trzeba zauważyć, że na taki poziom „Biało-czerwoni” potrafili wdrapać się jedynie podczas spotkań z tak wymagającymi rywalami jak np. Gibraltar.
W trakcie meczu sam uległem wszechobecnej euforii. Drugi garnitur naszej reprezentacji kompletnie zdominował rywali i po półgodzinie gry gładko prowadził 3:0. Robert Lewandowski nie był w ogóle potrzebny i na murawie pojawił się jedynie ku uciesze kibiców. Świetnie zaprezentował się Paweł Wszołek, który strzelił dwie bramki, wszystkim krytykom usta zamknął Filip Starzyński, nieźle prezentował się także strzelec dubletu – Kamil Grosicki. Do tego jeszcze żarty, żarciki o Peszce i rozpracowywaniu Finlandii oraz czającym się gdzieś tam Aleksandrze Kwaśniewskim mogły umilić odbiór meczu rozgrywanego we Wrocławiu.

Wczorajsze spotkanie nie mogło mieć innego przebiegu. Co ciekawe, niektórzy bukmacherzy po publikacji wyjściowych jedenastek podnieśli kurs na wygraną Polski nawet o 30 groszy, co było ich sporym błędem. Adam Nawałka wystawił dzisiaj zespół składający się w dużym stopniu z piłkarzy, którzy musieli potraktować go jak swój osobisty finał. Wspomniany Wszołek miał ostatnią szansę na załapanie się do planów selekcjonera na maj i czerwiec, podobnie było chociażby z Michałem Pazdanem, który ostatnio nieco obniżył loty, czy nawet Bartkiem Kapustką. Wcale nie jest powiedziane, że młody pomocnik Cracovii ma pewny bilet do Francji. Gdyby dzisiaj zawiódł, to kolejne tygodnie byłyby dla niego zdecydowanie bardziej stresujące niż poprzednie.
Finowie dzisiejszy pojedynek potraktowali nie inaczej, niż można było się tego spodziewać: przyjechać, zwiedzić Wrocław, pokopać na ładnym stadionie, zbytnio się nie zmęczyć i rozjechać się do swoich klubów.










