Chelsea leniwa. Chelsea niezaangażowana. Chelsea starzejąca się. Chelsea nie dająca sobie rady w defensywie. Chelsea z najgorszym startem rozgrywek od 29 lat. Takiego mistrza Anglii oglądamy od startu tegorocznej Premier League. Jak Jose Mourinho poradzi sobie z tym kryzysem?
Dwadzieścia osiem wiosen przeżył Cesc Fabregas. Hiszpan wedle zasad piłkarskiej biologii powinien właśnie osiągać szczyt swoich możliwości. Dzisiaj piłkarz, który w swojej karierze wygrał już wszystko, co było do wygrania, nie wygląda jak zawodnik ze szczytu. Fabregas od początku sezonu – a według wielu od początku roku – na boisku niewiele się porusza. Czasem skwapliwie gdzieś podbiegnie, czasem wyciągnie nogę, symulując odbiór, ale w porównaniu z samym sobą choćby jeszcze sprzed roku blednie. W starciu z Evertonem na murawie w zasadzie „tylko” podawał.
Dwadzieścia osiem wiosen przeżył też Steven Naismith. Nawet droga obu piłkarzy do występu w dzisiejszym spotkaniu diametralnie się różni (Szkot był rezerwowym, a Cesc zawodnikiem pierwszego składu), a co dopiero ścieżka kariery. Jednak Naismith przy Fabregasie wyglądał jak spuszczony ze smyczy. Dość powiedzieć, że trzy strzelone przez Szkota bramki były efektem dużej pewności siebie i motywacji w dążeniu do zwycięstwa. Fabregas wydaje się graczem obdartym z tych uczuć.

Nie ma co jednak z Fabregasa robić kozła ofiarnego, bo to nie Hiszpan jest głównym problemem Chelsea. Nie da się ukryć, że „The Blues” bardzo potrzebują swojego rozgrywającego, ale to nie przez niego stracili w tym sezonie najwięcej bramek spośród wszystkich ekip Premier League. Przyjęło się, że to właśnie obroną wygrywa się trofea. Jeśli to prawda, to piłkarze z Londynu z taką obroną mają szansę co najwyżej na puchar parówkowej.
Jedenaście straconych bramek. To już tylko cztery mniej, niż Chelsea dała sobie strzelić w ciągu całej mistrzowskiej kampanii 2004/2005. Ledwie cztery punkty po pięciu meczach to najgorszy start sezonu „The Blues” od 1986 roku. Na grę defensywną podopiecznych Jose Mourinho, dla którego ta jest oczkiem w głowie, nie da się patrzeć. Nawet w porównaniu z Evertonem – który dla przypomnienia w poprzednim sezonie stracił 50 bramek i zanotował ujemny bilans – wypadła bardzo słabo.
„Sztukę bronienia” mógłby dzisiaj wykładać nie John Terry, ale jego niedoszły partner w bloku defensywnym i vis-a-vis, John Stones. 21-latek był niezwykle dojrzały i elegancki w swoich poczynaniach boiskowych. Nic dziwnego, że Chelsea chciała za niego zapłacić niebotyczne pieniądze. Anglik, jeszcze bardzo młody, sprawiający wrażenie chętnego do nauki. Za rok niejeden zespół będzie go chciał mieć u siebie. A pomagał mu niezwykle doświadczony Phil Jagielka, który ostatnio nie zwykł się mylić, tak jak gdy przy stanie 2-1 ratował swój zespół, świetnie odbierając piłkę Diego Coscie.












