Powiedzieć o Kubie Błaszczykowskim, że jest pechowcem, to nic nie powiedzieć. Szybki jak błyskawica skrzydłowy raz po raz przyjmuje od życia kolejnego kuksańca. Moment, chwila, jedno mgnienie oka i znowu powrót do trwającej mordęgi. W dziesiątej minucie spotkania z Islandią, będącym dla niego 75. meczem w kadrze, przyjął piłkę na prawej stronie boiska i wdał się w rajd z futbolówką, tak charakterystyczny dla niego. Zakończył go na drugim rywalu. Mięsień dwugłowy uda. Grymas na twarzy potwierdzał, że od razu wiedział, co się święci. To jeszcze nie koniec trwającej od stycznia 2014 roku katorgi.
Trudno okazywać w stosunku do Kuby inne emocje niż zwykłe i szczere współczucie. Każdy, kto czytał jego wydaną w maju autobiografię, doskonale wie, o czym mówię. Błaszczykowski pochodzi z malutkiej wsi zwanej Truskolasy, umiejscowionej gdzieś pomiędzy Wręczycą Małą a Pankami, oddalonej o ponad 20 kilometrów Częstochowy. Mam wielu znajomych wywodzących się z mniej zatłoczonych, czystszych i bardziej swojskich prowincji. Zawsze gdy staram się ich jakoś wrzucić do jednego worka, to na myśl przychodzi mi jedno. Przywiązanie. Tak jak miastowi z biegiem czasu zmieniają otoczenie i towarzystwo, tak ludzie ze wsi są ze sobą na dobre i na złe. Grają ze sobą w kapsle, broją, wspólnie wyjdą do każdej bitki, a po przejściu w dorosłość robią… dokładnie to samo.
Taki też jest Kuba. Prawdziwy. W książce spisanej przez Małgorzatę Domagalik zaprasza nas do zupełnie innego świata. Wraz z nim wkraczamy do jego strefy intymnej i poznajemy historię chłopaka, któremu proza życia daje w kość. Ostatnio ukazał się film o Cristiano Ronaldo. Człowieku na maksa świrniętym na swoim punkcie, chełpliwym, odnoszącym coraz to nowe sukcesy. Nie chcę przez to powiedzieć, że na to nie zasłużył, bo pracowitość Portugalczyka jest czymś mocno zawstydzającym dla 99,9% społeczeństwa i równocześnie zabrania nam podważać miejsce, w którym on jest, jednak dla zwykłego laika siedzącego w kinie na tym seansie życie piłkarza może być tożsame z lawiną szczęścia spadającą na ciebie. Historia Kuby bezsprzecznie dowodzi, że nie zawsze jest to prawdą.
Ktoś, kto mając dziesięć lat, widzi ostatnie tchnienie swojej mamy. Na własnych rękach. Zabitej przez ojca. Ktoś, kto mimo dorastania bez rodziców wychodzi na ludzi i nie poddaje się. Ktoś, kto sam mierzy się ze wszystkimi przeciwnościami i potrafi podnieść się bez względu na to, jak silnie upadnie. Ktoś, kto w miesiąc przenosi się z czwartoligowych kartoflisk na te ekstraklasowe, z marszu stając się znaczącą postacią – najzwyczajniej w świecie zasługuje. Nie jest to moim subiektywizmem, a zwyczajnym tokiem rozumowania osoby mającej olej w głowie.
Teraz Błaszczykowski ma nowe wyzwanie, być może jedne z najtrudniejszych jak dotychczas. Musi przekonać ludzi, że dalsza ignorancja wobec jego umiejętności piłkarskich nie ma sensu. Szybko zapominamy, że jest to jeden z najlepszych polskich piłkarzy ostatnich lat. Na pewno nie najlepszy, bo obecna pozycja Lewandowskiego w futbolu jest czymś, do czego Kuba już najprawdopodobniej się nawet nie zbliży, ale pamiętajmy o tym, jak przez wiele meczy w kadrze był jedynym, który chciał zdjąć z niej ten prześmiewczy wizerunek. Dawał z siebie wszystko zarówno na murawie, jak i poza nią, gdy jak na prawdziwego kapitana przystało, kierował na siebie konsekwencje za wszystkie niepowodzenia drużyny. Dość przypomnieć aferę biletową podczas Euro, która była bardzo nie na miejscu, ale Błaszczykowski przekazał tylko opinii publicznej głos szatni grającej turniej życia i mającej jednocześnie przez Grzegorza Lato tak błahe problemy na głowie jak zapewnienie wejściówek swoim najbliższym.













