Reprezentacja Belgii przed każdym wielkim turniejem na przestrzeni ostatnich siedmiu lat postrzegana była jako drużyna, która może zajść daleko. Ba, w zasadzie od Euro 2016 Belgowie byli przedstawiani w roli jednego z największych faworytów wielkiej imprezy. Jednak na przewidywaniach zawsze się kończyło. Trofeum, jak wszyscy wiemy, do tej pory brak. W tym roku nie było inaczej…
Belgia znowu zawiodła. Odpadła już na etapie ćwierćfinału, a w marszu po europejski czempionat przeszkodziła jej fenomenalna na tym turnieju reprezentacja Włoch. Czy złotą generację piłkarzy przywdziewających belgijski trykot narodowy można nazwać „pokoleniem straconym”? Jak zapatrywać się przyszłość ekipy „Czerwonych Diabłów”?
Belgowie zawodzą w decydujących momentach
Na takich turniejach jak mistrzostwa Europy czy też świata każde spotkanie może koniec końców okazać się decydujące. Jednak w fazie pucharowej wiele zależy nie tylko od samych umiejętności czysto piłkarskich, ale od popularnie przywoływanej dyspozycji dnia. Ta zdecydowanie nie sprzyjała Belgom w ostatnich latach…
O ile w 2014 Belgów nie postrzegano jako jednych z najlepszych, tak dwa lata później na mistrzostwach Europy we Francji podopieczni „De Rode Duivels” nie mogli się już wyzbyć tej łatki. Wówczas pod sterami Marca Wilmotsa odpadli na etapie 1/4 finału, kiedy ich oponentem była rewelacja Euro 2016 – reprezentacja Walii.
Na mundialu w Rosji zaszli nieco dalej, ponieważ sięgnęli po brązowy medal. Pieczę nad ekipą Belgii sprawował już jej obecny selekcjoner – Roberto Martinez. Wszystko zapowiadało się obiecująco. W końcu została wyeliminowana po zaciętej walce w półfinale z przyszłym zwycięzcą całych rozgrywek – Francją. Wszyscy fani jednej z najsilniejszych kadrowo reprezentacji zacierali więc ręce z myślą o Euro 2020, a tu nagle… klops. Skończyło się podobnie jak w 2016 roku. Ćwierćfinał był ostatnim etapem fazy pucharowej, w którym ujrzeliśmy Belgię.












