Przekrój spotkań 20. kolejki ekstraklasy był bardzo szeroki. Od żenującego widowiska w Gdańsku po niezłe spotkania w Gliwicach czy Lubinie. Derby Warszawy dla Legii, Lech zalicza dziesiąte zwycięstwo na wyjeździe. Witamy w Ekstraklasie.
W czwartek 20. kolejka ekstraklasy rozpoczęła się bardzo, ale to bardzo przewidywalnie. Korona na wyjeździe nadal nie wygrała, Podbeskidzie nie potrafiło stworzyć zbyt wielu groźnych okazji, było dużo ostrych wejść, mało grania piłką (a jeśli już, to w stylu Kolejarza Stróże – laga na napastnika, niech sobie radzi), dla kielczan strzelił Zając… tfu! – Korzym – dla bielszczan Demjan. Jeśli ktoś spodziewał się po tym meczu fajerwerków, to musi być chory psychi… ekhm, to grubo się przeliczył.

Tego samego dnia oglądaliśmy jeszcze spotkanie w Zabrzu, gdzie miejscowy Górnik podejmował Widzew. A podjął go tak, że po pół godzinie było już 2:0. Najpierw Jeleń pokazał, dlaczego grał w Ligue 1, a później Krakowiak wbił sobie piłkę do siatki po strzale Kwieka. Później kontaktową bramkę strzelił Pawłowski wyciągnięty z Warty Poznań. Nota bene – całkiem ciekawy piłkarz, niezły technicznie, mniej pajacuje niż Rybicki, jest obunożny. Koniec końców do głosu doszedł Adam Danch i zgasił światło. 3:1, słabiutki Widzew ponosi już kolejną porażkę. Gdyby nie dobry początek sezonu w wykonaniu łodzian, to dziś tłukliby się o utrzymanie z Podbeskidziem i GKS-em.
W sobotę, zaraz po święconce, na boisko w Gliwicach wyszli piłkarze Piasta i Jagiellonii. Wszyscy liczyli, że Tomasz Frankowski wejdzie na stałe w poczet najlepszych polskich napastników. I stało się to w 38. minucie, gdy „Franek”, zdobywając swojego 167. gola w ekstraklasie, został trzecim najlepszym strzelcem na polskich boiskach. Ale zanim to się jeszcze stało, swoje premierowe trafienie w Piaście zaliczył Artis Lazdins. Piast wyglądał całkiem nieźle, w środku pola rządziło trio Matras – Cicman – Podgórski, aż wreszcie zagapił się Zbozień, zagapił się Polak, Trela ratował swoim kolegom dupy i za faul na Kupiszu wyleciał z boiska. Przez 20 minut atakowali goście, ale Piast ciągle kontrował. Raz skontrował tak, że Modelski wyciął Podgórskiego, sędzia Jakubik wskazał na wapno, a obrońcę „Jagi” odesłał do szatni. Do piłki podszedł Robak i… prosto w Słowika. W końcówce sytuację meczową miał Zbozień, ale omal nie zrobił sobie krzywdy przy nieudolnej próbie strzelenia bramki. Absolutnie najgorszym piłkarzem meczu był Norambuena, którego trener Hajto zdjął po pół godzinie gry. Gary Neville powiedziałby, że Alexis wygląda jak zawodnik z Playstation kierowany przez 6-latka.
Później oglądaliśmy jedną wielką paranoję w Bełchatowie. Starałem się wytłumaczyć sobie posunięcia trenera Levy’ego, ale do teraz nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Co myśli człowiek, który uparcie wystawia Gikiewicza w ataku? Albo deleguje do składu Dalibora Stevanovicia? Albo przy czerwonej kartce dla Kelemena ściąga z boiska Sebastiana Milę? To tak, jakbyście na zlot Ku Klux Klanu weszli w koszulce „Black Power”. Samobójstwo. Jedyna bramka meczu padła po strzale Łukasza Madeja z rzutu karnego, który rozbieg do tego uderzania wziął prawie pod bramkę Zubasa. Ostro obciął się przy tym karnym sędzia Wajda. „Jedenastka” jak najbardziej słuszna, ale chwilę przed tą akcją ręką zagrywał Grzegorz Baran, czego arbiter nie zauważył. Grę Śląska niech podsumuje pudło Gikiewicza z dwóch metrów od bramki.










