Widzew zajmuje 14. lokatę w rozgrywkach T-Mobile Ekstraklasy, lecz niewiele brakuje, żeby stało się najgorsze. Spadek do I ligi tego klubu mógłby spowodować pierwszy krok do jego upadku.
Kibice w Łodzi nie mają powodów do radości, bo w tym sezonie Widzew zawodzi na całej linii. Jeżeli gra nie ulegnie poprawie, to klub może czekać degradacja do I ligi. Do takiej sytuacji nie chcą dopuścić, bo wówczas odbije się to na finansach i reputacji. W związku z tym wielu zadaje sobie pytanie: co zrobić, żeby zespół lepiej funkcjonował? Wszystko się posypało: począwszy od gry piłkarzy, a skończywszy na poczynaniach osób odpowiedzialnych za zarządzanie Widzewa. Kolejny raz liczono, że szczęście przyczyni się do zrealizowania. Teraz ta nadzieja okazała się złudna, bo przy takiej grze nic nie jest w stanie pomóc, jeśli nie nastąpi nagła przemiana.

Niektóre osoby nie mają świadomości, co za chwilę może się stać w przypadku niepowodzeń. Z dużą przykrością patrzy się, jak tak zasłużony klub w Polsce obniża swoje loty. Jednak w łódzkiej drużynie sami są sobie winni, bo wielokrotnie można było pewnym rzeczom zapobiec. Niepotrzebne sprzedawania piłkarzy, na których można było więcej zarobić, zwolnienie trenera Radosława Mroczkowskiego, którego drużyna co prawda przechodziła gorszy okres, lecz umiał on złapać dobry kontakt z piłkarzami. W jego miejsce postawiono na szkoleniowca bez większego doświadczenia. Nic dziwnego, że teraz nie może się w tym wszystkim odnaleźć, a także nie ma lepszych rezultatów. Jak była słaba gra, tak nadal jest. Zespół nie tworzy jedności, a sami piłkarze zaczynają się zastanawiać, czy ta drużyna może jeszcze dobrze funkcjonować. Na boisku widać spory rozgardiasz. Przede wszystkim nie ma porozumienia, a także spójności w grze. Patrząc na ostatnie mecze, nie widzę poprawy, ani szansy, żeby w tej rundzie coś się poprawiło. Tym bardziej że defensywa Widzewa jest tak słaba, że nawet juniorom nie sprawiłoby większego trudu, żeby przez nią się przedostać. Zrobił się zbyt duży bałagan, którego nie jest w stanie uporządkować Rafał Pawlak. Brakuje mu kogoś takiego, kto utrzymałby dyscyplinę w formacji obronnej. Nie ma co się oszukiwać, że Kevin Lafrance nie jest takim zawodnikiem, który sprostałby temu zadaniu. Haitańczyk czasami odwala taki kabaret, że ręce po prostu opadają. Nieraz w tym sezonie umieścił piłkę w bramce, lecz nie tej, której trzeba. Jednak potrafi w kilku meczach być wyróżniającym się zawodnikiem. To jeszcze nie jest kluczowa postać, na której ciążyłaby pełna odpowiedzialność i pewność, że uda się dobrze wypełnić swojej obowiązki.
Gdyby nie Eduards Visnakovs, to dzisiaj Widzew byłby na samym dnie i miałby tak trudną sytuację jak w zeszłym sezonie Podbeskidzie, a trzy lata temu Cracovia. Łotysz jest jedynym piłkarzem w kadrze całego zespołu, który potrafi udźwignąć ciężar gry na swoich barkach. Dlatego osiem goli w obecnych rozgrywkach nie może nikogo dziwić. Gdyby Widzew miał drugiego takiego zawodnika, to być może byłby dzisiaj w środkowej części tabeli i miałby spokojniejszą sytuację. Lecz tylko jest to gdybanie. Pozostali zawodnicy nie mogą się odblokować, choć mają duży potencjał. Takim zawodnikiem jest niewątpliwie Mariusz Rybicki, który wielokrotnie wykazywał się dużymi umiejętnościami na boisku. Natomiast w tym sezonie jeszcze ani razu nie zdobył gola. Często młodzi gracze, tacy jak on, nie potrafią się odnaleźć, kiedy w drużynie panuje chaos. Nie ma kogoś takiego, który by dał pewności w drużynie. Czasami tego brakuje w momentach, kiedy Widzew obejmuje prowadzenie. Później następuje rozluźnienie i proste błędy. Dlatego nie ma co się dziwić, że tak jest, a nie inaczej. Jednakże to trener powinien jakoś skompletować drużynę, która tworzyłaby spójny monolit. Na razie tworzy tylko jednostki, a może okazać się, że na utrzymanie w T-Mobile jest to za mało. Czas upływa nieubłaganie, a efektów pracy nowego szkoleniowca widać coraz mniej. Nie można zrzucać całej winy tylko na trenera za całą sytuację, bo to nie on rzucił siebie na zbyt głęboką wodę. Kiedy był wolny na rynku trener Leszek Ojrzyński, śmiało można było go zatrudnić i czekać, aż on ułoży zespół. Tak jest teraz z Podbeskidziem, gdzie na początku był totalny bałagan, a teraz widać mały progres.












