Za każdym razem, gdy do Wrocławia przyjeżdża Legia Warszawa, atmosfera wśród mieszkańców (bo nie tylko kibiców!) stolicy Dolnego Śląska gęstnieje do niewyobrażalnego poziomu. Całe dzielnice, fanatycy, staruszkowie czy rodziny z dziećmi idą tego dnia na stadion, żeby zobaczyć jedną z najbardziej rozgrzewających batalii w całym roku. Czy dzisiejsza do takowych należała? Powiedzieć „tak”, to jak nic nie powiedzieć. Bo oprócz ognia w oczach piłkarzy zobaczyliśmy również ogień na niebie.
Dzisiejsze spotkanie już od samego początku osiągnęło tempo godne pojedynku o mistrzostwo Polski. „Legioniści” próbowali grać w – typowym dla siebie – dominującym stylu, który zmuszał gospodarzy do defensywy we własnym polu karnym, natomiast wrocławianie starali się robić to, co zwykle przynosi skutki – atak skrzydłami.
Śląsk Wrocław spadł z nieba do piekła
Jak to mówią, wszystko było podane jak na tacy. Damian Gąska wbiegł z piłką w pole karne i napotkał nogi Igora Lewczuka, który sprokurował rzut karny. Już w 6. minucie spotkania! Nie trudno się domyśleć, że ten mecz ułożył by się dla ekipy Vitezslava Lavicki idealnie, gdyby nie przestrzelona jedenastka. Robert Pich nie przyzwyczaił kibiców Śląska do takiego stanu rzeczy, dlatego ogromny zawód w tamtej chwili był wręcz wskazany. A jak słynne piłkarskie porzekadło dowodzi, niewykorzystane sytuacje się mszczą.
Legia po odparciu krytycznego ciosu (wybronionego kapitalnie przez Radosława Majeckiego) ruszyła do ataku, co skończyło się dla Śląska bardzo niepomyślnie. Indywidualna akcja Karbownika, dynamiczne wejście w pole karne, celne podanie do kolegi na wysokości światła bramki i gol… Paweł Wszołek z czwartym golem w obecnym sezonie ekstraklasy. Co ważne, w tej sytuacji zaważyło coś, czego Vitezslav Lavicka mógł się obawiać, a więc umiejętności użytkowe poszczególnych zawodników. W tym aspekcie Legia Warszawa przeważała na przestrzeni niemal całego spotkania. Spotkania, które do końca pierwszej połowy było w wykonaniu WKS-u bardzo niemrawe.
Najpierw dym i ogień, a później kapitulacja twierdzy
W pewnym momencie do piłkarskiego show dołączyli kibice, którzy – żartobliwie mówiąc – omal „nie puścili wrocławskiej chałupy z dymem”. Najpierw (kulturalny) pokaz pirotechniczny wykonali „Legioniści”, a później, jakby z potrójną mocą, odpowiedział na to sektor najbardziej zagorzałych kibiców wrocławian. I to jak! Z ogromnym hukiem, który raz po raz niósł się po stadionie za sprawą wyrzutni petard. Wrażenia wizualne? Świetne. Wrażenia ogólne? Zdecydowana przesada, którą później kontynuowali jeszcze fani przyjezdnych.










