Pierwsze starcia w ramach półfinału Ligi Europejskiej już za nami. Wśród czterech drużyn, jakie grają na tym etapie rozgrywek, aż dwie reprezentują angielską Premiership. Z tej dwójki zadowolony jednak bardziej może być zespół Fulham, który bezbramkowo zremisował w Hamburgu z HSV. Liverpool bowiem uległ na Estadio Vicente Calderon z miejscowym Atletico, 1:0.
Cenne zwycięstwo Atletico. Czy to wystarczy?
Rozgrywki Ligi Europejskiej wkroczyły w decydujący etap, dzisiaj rozegrano bowiem spotkania półfinałowe. Na Estadio Vicente Calderon słabo spisujący się w lidze hiszpańskiej Atletico Madryt podejmował grający na krajowym podwórku, także poniżej oczekiwań, zespół Liverpoolu. Odmienne są jednak nastroje obu ekip w Lidze Europy, w której swoje miejsce znaleźli już w półfinale tych prestiżowych rozgrywek. Przed meczem faworytem byli piłkarze Quique Sancheza Floresa, którzy pokonanego w polu pozostawili między innymi rywala z Primera Division, Valencię. Podopieczni Rafaela Beniteza natomiast udział na tym etapie turnieju zawdzięczają między innymi spotkaniom na własnym obiekcie, a wyjazdy są ich piętą achillesową.
Spotkanie poprzedziła minuta ciszy ku pamięci zmarłego byłego szefa MKOl-u, Juana Antonio Samarancha. Po premierowym gwizdku arbitra piłkarze ruszyli do walki na boisku. Pierwsze fragmenty upłynęły pod znakiem niezwykle szybkiego tempa, jakby obie jedenastki chciały już na początku tej konfrontacji zaskoczyć rywala. Kluczowa okazała się dziewiąta minuta. Lewym skrzydłem ile sił w nogach popędził Jose Manuel Jurado. Gracz „Los Rojiblancos” zwieńczył udany rajd dobrym dośrodkowaniem wprost na głowę niepilnowanego Diego Forlana. Urugwajczyk w pierwszej próbie nieczysto trafił w futbolówkę, lecz miał szansę na poprawkę. Zdążył z bramki wyjść już Jose Reina, lecz napastnik Atletico w sobie tylko znany sposób wtoczył piłkę do bramki z najbliższej odległości.

Po dobrych momentach w pierwszych sekundach, gracze „The Reds” sprawiali później wrażenie zmęczonych, co niewątpliwie było powodem wielogodzinnej podróży do Madrytu. Inicjatywę przejęli gospodarze, lecz Liverpool starał się zagrażać bramce De Gei w kontrach. Po jednej z tych akcji Steven Gerrard za bardzo postawił na siłę i w dobrej sytuacji uderzył jedynie w boczną siatkę. Choć Liverpool próbował wyrównać stan meczu, to ich akcje niekiedy były nieskładne, jakby brakowało im pomysłu na grę. Wynik do przerwy nie uległ zatem zmianie, a w lepszych nastrojach do szatni schodzili zawodnicy z Madrytu.
Druga połowa, podobnie jak początek meczu, toczona była w bardzo żywym i szybkim tempie. Liverpool odmieniony wyszedł z szatni i starał się jak najszybciej zmienić niekorzystny dla siebie rezultat, Atletico zaś również nie miało zamiaru rezygnować z walki o podwyższenie wyniku. To wszystko sprawiało, że co rusz gościliśmy pod jedną i drugą bramką. W 58. minucie bliski wpisania się na listę strzelców był Simao Sabrosa. W pole karne na dalszy słupek centrował Tomas Ujfalusi. Akcję zamykał właśnie Portugalczyk, który wślizgiem uderzał na bramę Reiny. Hiszpański golkiper popisał się jednak świetnym refleksem i przeniósł piłkę nad poprzeczką.











