Fot. Manuel Arboleda powstrzymuje Milosa Krasicia.
Franciszek Smuda, jeszcze przed tym, jak został wybrany szkoleniowcem reprezentacji Polski, głośno zarzekał się, że w jego drużynie nie będzie „farbowanych lisów”. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że słowa „Franza” zwykle podzielają trajektorię wiatru. Ludovic Obraniak nadal jest reprezentacyjnym filarem, miejsce w kadrze znaleźli Matuszczyk czy Boenisch, powrócił nawet krytykowany Roger Guerreiro. Lada moment obywatelstwo dostaną także Arboleda i Perquis. Wiele kontrowersji wzbudza przede wszystkim naturalizacja tego pierwszego. Czy „Biało-czerwoni” podzielą wkrótce los Francuzów, czyli „Trójkolorowych”, dosłownie i w przenośni? Zapraszamy do przeczytania obszernej syntezy ewentualnego powołania dla Kolumbijczyka, sportowych, ale też pozasportowych argumentów za i przeciw naturalizacji.
Selekcja na Euro trwa, wiele pozycji się już wykrystalizowało, kilka miejsc to nadal wielka niewiadoma. Najwięcej problemów przysparza obsadzenie środka obrony, czyli absolutnego fundamentu funkcjonowania drużyny. Świadczą o tym chociażby suche fakty – Smuda testował już 16 innych konfiguracji par stoperów w 19 meczach… Spotkanie naszej reprezentacji z Litwą wręcz obnażyło kłopot selekcjonera, jakim jest ogromny deficyt środkowych obrońców w naszym kraju. Dostrzega to także Roman Kołtoń, jeden z największych entuzjastów naturalizacji Kolumbijczyka.
Franciszek Smuda nadal poszukuje środkowego obrońcy (fot. Bialoczerwoni.com.pl)
– W Polsce często naturalizuje się zawodników na siłę. Zachęcamy, przymierzamy, rozmawiamy, spekulujemy… A wszystko wynika ze słabości polskiej piłki. Nie oszukujmy się, u nas nie ma dobrych piłkarzy. Dlatego musimy niemalże ciągnąć tych zawodników za uszy. Arboleda spełnia prawne warunki naturalizacji. To nie jest piłkarz przypadkowy, na siłę wepchnięty do reprezentacji, jak miało to miejsce w przypadku Olisadebe czy Rogera. Dlaczego taki chłopak miałby nie mieć miejsca w reprezentacji? – pyta komentator meczów Lecha Poznań na arenie europejskiej.
Nie ma wątpliwości, że ewentualne powołanie dla Arboledy podniesie jakość drużyny „Biało-czerwonych”. Pod względem sportowym niewątpliwie przerasta obecnych polskich stoperów. Jego największym atutem jest budowa fizyczna, która sprawia, że rzadko przegrywa pojedynki we własnym polu karnym. Defensor Lecha Poznań świetnie radzi sobie z grą w powietrzu, która procentuje także pod bramką rywala. Od pięciu lat jest wyróżniającym się zawodnikiem Ekstraklasy, nawet mimo że obecnie notuje spadek formy. Na tle reszty obrońców jest weteranem europejskich pucharów – wystąpił już w 30 międzynarodowych spotkaniach, podczas których sześciokrotnie trafiał do bramki rywala. Apogeum jego formy przyszło na tegoroczną fazę grupową Ligi Europy. Wyróżniającą się grę Arboledy dostrzegli nawet angielscy dziennikarze, wybierając go do najlepszej jedenastki fazy grupowej. Kolumbijczyk notuje lepsze występy w meczach o stawkę, kiedy jupitery zewsząd rażą po oczach, a pośladki kibiców zapełniają swoją powierzchnią każde wolne miejsce na stadionie, co również jest jego atutem. Tak będzie przecież podczas mistrzostw Europy.
Kłótnie z sędzią – znak firmowy Arboledy… (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)
Podczas Euro będzie miał 33 lata, czyli dwa lata mniej niż Jacek Bąk na Euro 2008. Jednak Bąk był piłkarzem z nieporównywalnie większym doświadczeniem, dłuższym stażem w zawodzie, regularnie występował w mocnych drużynach w Ligue 1, był przez pewien czas uważany za jednego z bardziej wartościowych środkowych obrońców we Francji. A i tak wiemy, jak na turnieju wypadł ówczesny kapitan polskiej reprezentacji. Piłkarz 33-letni, trenujący z dużym zaangażowaniem, jest w stanie dobrze przygotować się do turnieju. Jednak nie łudźmy się, Arboleda bazujący na sile fizycznej (to Bosacki jest do ścigania się z napastnikami) będzie przegrywał pojedynki biegowe z napastnikami. Ale nie należy go zbyt wcześnie przekreślać, bo mimo wszystko bliżej mu do Wojciecha Grzyba niż Dawida Janczyka. Uwarunkowania fizyczne 32-latka mogą być jednak dużym problemem w perspektywie naturalizacji Damiena Perquisa. Francuz bazuje na podobnych walorach co Kolumbijczyk, również nie należy do sprinterów, imponuje za to atletyczną budową i siłą fizyczną. Taka para stoperów to bomba z zegarem nastawionym na mniej niż 90 minut.
Do tego Arboleda jest dość chimerycznym graczem, zdarzają mu się mecze kapitalne, jak z Manchesterem City w Poznaniu, ale przytrafiają się też tragiczne, jak z Juventusem w Turynie czy Bragą w Portugalii. Ponadto, Arboleda to piłkarz na jeden turniej – nie dajmy się zwieść, podczas eliminacji MŚ 2014 34-letni Arboleda zaprezentowałby się jak Smuda na zjeździe erudytów. Wiek Kolumbijczyka nie jest jednak żadnym argumentem dla Marka Koźmińskiego, dość liberalnie podchodzącego do naturalizacji wszelkich obcokrajowców.
Manuel Arboleda został wybrany do najlepszej jedenastki fazy grupowej Ligi Europy (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)
– A Roger Guerreiro, Ludovic Obraniak? Oni byli opłacalni? Bierzemy ich do reprezentacji na handel czy chcemy grać za piętnaście miesięcy mistrzostwa Europy? Jeśli już podejmujemy decyzję o naturalizacji zawodników, powinniśmy w tym trwać. Niezależnie od tego, czy piłkarz ma 21 czy 35 lat. Każdy dobry zawodnik ma miejsce w reprezentacji. Bo my robimy skład na jeden turniej. Nie chcemy podczas Euro być świadkami blamażu. A materiału mamy bardzo mało. Kilka kontuzji i budzimy się z ręką w nocniku – ocenia 45-krotny reprezentant Polski w wywiadzie, jakiego udzielił na łamach naszego portalu.
Generalnie należy założyć, że pod względem sportowym będzie to wzmocnienie naszej reprezentacji. Więcej kontrowersji wywołują za to względy pozasportowe. Naturalizacja Arboledy byłaby mimo wszystko usprawiedliwiona moralnie. Kolumbijczyk przebywa w Polsce od pięciu lat, mówi po polsku w stopniu zadowalającym Smudę i przeciętnego kibica, wszak to sędziowie, nie my będziemy musieli „uwajać”. W porównaniu z Rogerem czy Obraniakiem to naprawdę dużo. Ucierpią media – polski wywiad z Arboledą będzie kaleczył uszy w podobnym stopniu co hymn wykonywany przez Edytę Górniak. Poza tym obrońca „Kolejorza” wielokrotnie mówił, że bardzo podoba mu się w Polsce i w samym Poznaniu, gdzie osiągnął status niemal lokalnego bohatera. Co nie znaczy, że Wielkopolanie są entuzjastami obecności Kolumbijczyka w reprezentacji narodowej.
Manuel Arboleda meczu z Bragą nie może zaliczyć do najlepszych (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)
– W Poznaniu nie ma problemu pt. „Manuel Arboleda”. Kibice doceniają jego umiejętności piłkarskie, pamiętają także cenne bramki, który nieraz decydowały o obliczu meczu. Śmiało można powiedzieć, że środek defensywy Lecha bez „Manu” nie byłby już tak mocny. Na potwierdzenie tego wystarczy przypomnieć fakt, iż w konkursie SMS-owym przeprowadzonym wśród sympatyków „Kolejorza” został wybrany on najlepszym piłkarzem klubu za rok 2010. Jeśli już słychać zarzuty pod adresem Kolumbijczyka, to dotyczą one jego południowego temperamentu, z którego wynikają często niepotrzebne dyskusje z arbitrem, nierzadko wzbogacone ekspresyjną gestykulacją. Warto podkreślić, że mimo dobrej opinii, jaką Arboleda ma w Wielkopolsce, to większość kibiców jest jednak przeciwna jego grze w reprezentacji Polski. Nie wynika to z braku tolerancji czy pobudek rasistowskich, ale braku akceptacji dla procesu naturalizacji piłkarzy niezwiązanych w żaden sposób (poza wykonywaniem pracy) z naszym krajem – komentuje członek redakcji iGol.pl Damian Jursza, rodowity poznaniak, nasz korespondent ze stadionu przy Bułgarskiej.
Sympatia poznańskich kibiców, jaką został obdarzony Arboleda, nie musi się wcale przełożyć na skalę ogólnopolską. Mieszane uczucia wywołuje bowiem meczowy rytuał 32-latka. Arboleda słynie z symulowania kontuzji w ostatnich minutach meczu, oczywiście przy korzystnym wyniku dla swojej drużyny. Nadzwyczaj często dyskutuje także z rywalami i arbitrami. Na każdym kroku wykonuje również znaki krzyża, a powoli do historii przechodzą jego wadliwe buty, co rusz rozwiązujące się, naturalnie zawsze w okolicach doliczonego czasu gry. Kolumbijczyk doprowadza do ekstazy kibiców „Kolejorza”, ale spotyka się jednak z furią sympatyków drużyn przeciwnych, dlatego do uszów Arboledy równie często dociera słodki pogłos braw, co nieprzyjemne gwizdy.
Manuel Arboleda – defensor bazujący na sile fizycznej (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)
Wielu się zastanawia, jak to możliwe, że Arboleda nigdy nie został dostrzeżony przez nikogo ze sztabu szkoleniowego reprezentacji Kolumbii. Ostatnio w mediach pojawiły się informacje, że Eduardo Lara, czyli selekcjoner kolumbijskiej kadry narodowej, rozważa powołanie dla Arboledy po imponujących występach na arenie europejskiej. Można włożyć je jednak między bajki, z czterech powodów, dźwięcznie wymawianych jako Yepes, Zapata, Perea, Cordoba. I trudno się dziwić, że Arboleda nigdy nie wcielił się w rolę kolumbijskiego panaceum na reprezentacyjny kłopot bogactwa.
Arboleda to pojedynczy przypadek całej fali naturalizacji, która powoli staje się reprezentacyjną codziennością. Dlaczego musimy ratować się piłkarzami, którzy z Polską nie mieliby nic wspólnego, gdyby nie to, że – nieładnie mówiąc – nie chcą ich u siebie? Dlaczego nasza reprezentacja musi być przytułkiem dla niespełnionych piłkarzy? Reprezentant Polski jest reprezentantem całego kraju. Jest przedstawicielem wszystkich obywateli. Czy Polacy godzą się z faktem, że orła na piersi, dla którego na polskich ziemiach wylały się hektolitry krwi, z dumą nosi obcokrajowiec? Kiedy Arboleda grał w Zagłębiu, ostentacyjnie całował herb klubu. Tak samo rzecz ma się teraz, kiedy jest zawodnikiem Lecha. Czy podobny scenariusz będzie miał miejsce podczas meczów reprezentacyjnych? Jeśli ujrzycie taki obrazek, przypomnijcie sobie, jak po zdobyciu mistrzostwa Polski Arboleda spacerował po boisku owinięty kolumbijską flagą… Czy kibice będą skandować jego nazwisko po wygranym meczu? Czy wiarygodne będą jego tłumaczenia po przegranym? Trzeba przyznać, że pozostanie pewien niesmak.
Naturalizacja Arboledy – dobry czy zły pomysł? (fot. Hanna Urbaniak / iGol.pl)
– Nie wiem, czy prasa przypadkiem nie zwariowała – gazety cały czas podpowiadają piłkarzy zagranicznych z polskimi korzeniami. Myślę, że brniemy w ślepy zaułek. Nie dość, że jest to złe, to jeszcze mąci w reprezentacji. Moim zdaniem w drużynie narodowej powinno grać jak najwięcej Polaków z krwi i kości. Nie zgadzam się z tym, że nasi piłkarze są słabi. Przyczyny tej słabości leżą gdzie indziej. Ostatnio dobrze powiedział Darek Dziekanowski – Smuda był w polskiej lidze 15 lat, obserwował ją i jak był trener Beenhakker, to mówił, że są piłkarze i że zrobi coś z tą reprezentacją, więc my czekamy, żeby nie było szukania obcokrajowców z polskimi korzeniami, tylko żeby coś zrobić z naszymi zawodnikami. Mamy na tyle dobrych piłkarzy, że spokojnie mogą grać w reprezentacji na o wiele lepszym poziomie niż teraz – uważa były obrońca reprezentacji Polski, Kazimierz Węgrzyn.
Argument za naturalizacją, że „wszyscy tak robią”, to sofizmat. Niemcy naturalizują jednak z reguły tych, którzy się u nich wychowali. Hiszpanie mają Sennę, Chorwaci Eduardo, Portugalczycy Deco, Francuzi stado czarnoskórych niewolników z kolonii. Jednak współgospodarz turnieju, Ukraina, nie ma nikogo, Czesi i Słowacy również nie wykorzystują tej praktyki. Nie mówiąc już o Anglikach czy Holendrach.
– Nie jestem za naturalizacją zawodników typu Olisadebe czy Arboleda. Jeżeli dotyczy to zawodników, którzy naprawdę mają jakieś korzenie polskie, to jest to zrozumiałe. Tak w tej chwili dzieje się na całym świecie, jest to znak czasu. Nie tylko my, Polacy, to robimy, ale również inne nacje. Przykładowo, zarzucamy Niemcom, że gra tam wielu graczy, np. z Turcji, ale pamiętajmy o tym, że najczęściej byli oni urodzeni w tym kraju i tam szkoleni. Tymczasem robienie z Arboledy czy Olisadebe Polaka było jakimś dyshonorem dla polskiej piłki. To można uzasadnić, gdy ktoś rzeczywiście ma korzenie polskie, jednak w przypadku takich zawodników jak ci, których wspomniałem, nie – uważa z kolei Michał Globisz, trener młodzieżowych reprezentacji Polski.
Wielu jednak mówi, że Arboleda utożsamia się z Polską. Prawda jest jednak taka, że Kolumbijczyk przybył do naszego kraju, aby się wypromować. Jego marzeniem był transfer do którejś z najsilniejszych europejskich lig. Nie udało się, dlatego postanowił, że skoro ma już tutaj uznaną markę, wynegocjuje sobie lukratywny kontrakt, zabezpieczając tym samym swoją przyszłość. Ciągłymi opowieściami o Bogu oraz rodzinie starał się zawoalować wykłócanie się do samego końca o każdy grosz na nowym, horrendalnym jak na polskie warunki kontrakcie. Jego emocjonalny związek z krajem idealnie kwitują słowa: „będę Polakiem, jeśli zostanę w Lechu”.
Wątpliwe wydaje się, aby Arboleda po zakończeniu kariery osiedlił się w Polsce. Byłoby to możliwe, gdyby jego żona była Polką, albo gdyby wiązał perspektywy z pracą trenerską, jak to ma miejsce chociażby w przypadku Ivana Djurdjevicia. Między bajki należy włożyć to, że jego dzieci chodzą do polskiej szkoły. „Internacional School of Poznań” jest nie tyle polską szkołą, co szkołą mającą swoją siedzibę w Polsce. Kolumbijczyk został zaproszony onegdaj do jednego z programów śniadaniowych. W pewnym momencie reporterka postanowiła sprawdzić, czy wie to, o czym każdy Polak wiedzieć musi. Pytanie o personalia naszego prezydenta skwitował… milczeniem. I chyba to jest najlepsza kwintesencja jego polskości.
Komentarze2
~
~Pulpi30
Nie wiem ale jak dla mnie to Polskiej Reprezentacji
nie brakuje obrońców,a raczej napastników i
ofensywnych pomocników.Ilość stwarzanych sytuacji
jest żenująca a o skuteczności już nie
wspomnę.Samo ustawienie jest jak dla mnie
nieodpowiednie.Grając jednym napastnikiem ciężko
mówić o grze ofensywnej mając tak kiepską pomoc.
~
~szopen
pulpi.
Kiepska pomoc?
W pomocy masz: Kube,Obraniaka,murawskiego i
matuszczyka ktorzy wedlug mnie sa bardzo dobrzy. Ale
z drugiej strony masz racje z tym ze powinni grac
bardziej ofensywnym ustawieniem jak 4-4-2 z
napastnikami jelen i lewy. Obroncow maja bardzo
slabych (oprocz boenischa i piszczka) wiec nie mam
nic przeciwko temu zeby sciagneli tego arbolede i
perquisa