Aleksander Majerz: W Polsce nikt nie chciał dać mi szansy na poważne granie


Były piłkarz Widzewa opowiada m.in. dlaczego zdecydował się na grę za granicą i w jaki sposób trafił do Barcelony.

22 marca 2018 Aleksander Majerz: W Polsce nikt nie chciał dać mi szansy na poważne granie

Ma dopiero 22 lata, ale już zwiedził kawałek Europy. Jako nastolatek został okrzyknięty piłkarskim talentem, reprezentował barwy czterokrotnego mistrza Polski – Widzewa Łódź. Warto zapamiętać jego nazwisko, ponieważ, jak sam zaznacza, cały czas pisze swoją historię i jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Przed wami Aleksander Majerz, choć on sam woli, żeby zwracać się do niego zdrobniale – Olek.


Udostępnij na Udostępnij na

Mariusz Janik: Kiedy wstępnie umawialiśmy się na rozmowę, obaj śledziliśmy drugi sezon „Belfra”. Zanim przejdziemy do piłki, muszę cię właśnie o to zapytać – oglądasz obecnie jakieś seriale?

Aleksander Majerz: Mam trochę więcej wolnego czasu, więc rekordowo dużo [śmiech]. Cały czas śledzę „Blindspot” (trzeci sezon). Niedawno obejrzałem także „Ozark”, „Peaky Blinders” i  „Strzelca”. Co niedzielę czekam na „Dragon Balla”. Anime to takie uzależnienie z dzieciństwa. O odcinkach i walkach lubimy dyskutować z moim bratem, ale niestety już za tydzień koniec serii. Z polecenia zacząłem również śledzić „Wikingów”, ale nie dotrwałem do ostatniego sezonu [śmiech].

Widzę, że mielibyśmy mnóstwo serialowych tematów do rozmów, to bardzo wciągające zajęcie.

W ostatnich tygodniach przyplątały się do mnie kontuzje mięśniowe i nieco więcej czasu spędzałem w gabinetach fizjoterapeutów i na rehabilitacjach. Przeniosłem się z Hiszpanii na Cypr, ale regularną grę zakłócają urazy. Czasem podczas zabiegów oglądam jakiś odcinek, w wolnych chwilach staram się także uczyć trudnego języka greckiego oraz odwiedzam cudowne miejsca na tej wyspie. Wiele z nich pozwala choć na chwilę o wszystkim zapomnieć.

Wcześniej grałeś w hiszpańskim FC Martinenc, ale potrzebowałeś zmiany.

Rok 2017 był w moim życiu bardzo intensywny. Działo się sporo, pojawiały się dobre i złe momenty. Bałagan to chyba najlepsze określenie tego, czego doświadczałem. Całe zamieszanie rozpoczęło się jeszcze w okresie przygotowawczym.  Wówczas  byłem we Włoszech, gdzie trenowałem wraz z ekipą Termoli Calcio 1920. Dzień przed startem rozgrywek podjąłem jednak decyzję o wylocie. Bałem się problemów z organizacją pewnych spraw, zwolniono trenera, cała ta sytuacja mnie przerażała. Kontrakt na Półwyspie Iberyjskim był podpisywany trochę w pośpiechu. Zależało mi na szybkim powrocie do regularnych treningów z zespołem i grze, ale później pojawiło się kilka nieporozumień. Ledwo za wszystkim nadążałem, sezon już trwał, a trzeba jeszcze pamiętać, że klub w Hiszpanii może mieć zgłoszonych zaledwie 25 zawodników. Kadry się zamykały, nie wszystkie kwestie były jasno dogadane. W grudniu naprawdę czułem się dobrze zarówno pod względem fizycznym, jak i piłkarskim, jednak jedyne, o czym myślałem, to powrót do Polski. Chciałem spojrzeć na sytuację z innej perspektywy, na spokojnie wyciągnąć odpowiednie wnioski i podjąć najlepszą dla siebie decyzję. Wiele czynników, przede wszystkim zmiany w życiu prywatnym, wpłynęły jednak na to, że 1 stycznia wsiadłem w samolot i poleciałem na Cypr. Jak możesz się domyślać, nie świętowałem nadejścia nowego roku.

Włochy, Hiszpania, teraz Cypr – brzmi bajkowo, jednak rzeczywistość jest zgoła inna. Strzelasz zachwycające gole, które można odnaleźć w czeluściach Internetu, niemniej są to występy na niższych poziomach rozgrywkowych. Niewątpliwie te podróże po Europie nie są tym, czego oczekiwałeś, przenosząc się z Polonii Kępno na Zachód. Wędrówkę rozpocząłeś od Niemiec, gdzie naprawdę nieźle radziłeś sobie w grającym w lidze regionalnej SG Ramsin 1919.

Życie lubi rzucać kłody pod nogi, ale nie mam prawa narzekać. Przeżyłem naprawdę sporo fantastycznych chwil. Z piłką przy nodze zwiedziłem wiele niesamowitych miejsc. Za każdym razem zbierałem bezcenne doświadczenie, poznawałem  europejskie standardy. Mam wrażenie, że dorosłem nie tylko jako piłkarz, ale przede wszystkim jako człowiek. Oczywiście mam ambicje, żeby grać na wyższym poziomie, jednak nie można zapominać, że Serie D czy Tercera Division znacznie przewyższają polskie odpowiedniki. Nie będę szczególnie oryginalny i powtórzę to, co mówi każdy zawodnik grający w zachodniej lidze: pod względem piłkarskim jesteśmy w tyle za resztą Europy. Z roku na rok jest coraz lepiej, ale nie mamy się co oszukiwać. Dlatego uśmiecham się, gdy czytam w Internecie szydercze komentarze pod adresem zawodników, decydujących się wyjechać z Polski, by grać w niższych ligach gdzieś na Starym Kontynencie, np. w Niemczech. Ludzie nie rozumieją, że w niektórych landach za naszą zachodnią granicą jest 21 poziomów ligowych, co sprawia, że już ligi regionalne stoją na naprawdę wysokim poziomie. Kluby z piątego szczebla oferują nieporównywalnie lepsze pieniądze i, co najważniejsze, wypłacają je w terminie. Po odejściu z Widzewa byłem zmęczony. Klub rozwiązał ze mną kontrakt w trakcie sezonu, zresztą długo nie mogliśmy dojść do porozumienia. Dzięki uprzejmości szkoleniowca Polonii Kępno mogłem trenować w swoim rodzinnym mieście. Pierwotnie nie planowałem brać udziału w meczach, jednak mieliśmy fajny zespół, w którym panował team spirit. Poza tym chciałem się odwdzięczyć ludziom z Kępna za wyciągniętą do mnie pomocną dłoń, wspólnie walczyliśmy o utrzymanie. Nie ukrywałem jednak przed nikim, że nie zostanę na dłużej. Szykowałem się do wyjazdu.

W barwach niemieckiego SG Ramsin 1919.

Zahaczyłeś o Widzew, więc może na chwilę się przy nim zatrzymajmy. Trafiłeś do Łodzi z III-ligowej KS Bystrzycy Kąty Wrocławskie. Widzew szykował się wówczas do gry w IV lidze, budował zespół naprędce. Podejrzewam jednak, że inaczej wyobrażałeś sobie występy w odradzającej się drużynie czterokrotnego mistrza kraju. Twoja przygoda w Łodzi zakończyła się bardzo szybko.

Szukałem stabilizacji, a tę oferował Widzew. Podpisałem trzyletni kontrakt, wierzyłem, że wszystko się ułoży, wygramy ligę w cuglach. Niestety rzeczywistość okazała się mniej kolorowa. Odpadliśmy z Pucharu Polski już na etapie okręgowym, w lidze także mieliśmy swoje problemy. W konsekwencji nie było dla mnie miejsca w zespole. Uważam, że postąpiono z moją osobą niewłaściwie, choć uczciwie przyznaję, że też nie dawałem z siebie tyle, ile mogłem i ile ode mnie oczekiwano. To, co działo się w samej końcówce mojego pobytu w Łodzi, pominę milczeniem, ponieważ to już przeszłość i chciałbym pamiętać tylko te dobre momenty. A tych było wiele. Trudno zapomnieć o atmosferze i kibicach, którzy wspierali nas w najtrudniejszych chwilach. Miło było być rozpoznawanym na ulicach, rozdawać autografy. Oczywiście tak jak wszyscy wyczekiwałem oddania do użytku nowego stadionu, na którym bardzo chciałem zagrać. Życie napisało dla mnie jednak zupełnie inny scenariusz. Wierzę, że jeszcze kiedyś będzie mi dane wystąpić przed wielotysięczną publiką na obiekcie przy al. Piłsudskiego. Na razie planuję pojawić się w Łodzi na przełomie maja/czerwca, gdy już zakończymy rozgrywki na Cyprze. Wciąż mam w Widzewie wielu przyjaciół, staram się także na bieżąco śledzić poczynania zespołu i głęboko wierzę w jego awans do II ligi.

Życzę ci, abyś zagrał kiedyś na stadionie Widzewa, najlepiej w czerwono-biało-czerwonych barwach. Obecnie jednak reprezentujesz cypryjski Achyrónas Liopetríou.  Nurtuje mnie jedna kwestia – czy przed przenosinami na Wyspę Afrodyty otrzymywałeś propozycje z Polski? Pod koniec roku wróciłeś do kraju i właśnie tutaj zastanawiałeś się nad swoją przyszłością.

Pojawiały się sygnały zainteresowania ze strony polskich klubów, ale nie były one konkretne. Poza tym te oferty nie spełniały do końca moich oczekiwań. Pytało się o mnie kilka zespołów z III ligi, miałem zaproszenie do jednego z drugoligowców na testy. Uznałem, że gra za granicą będzie dla mnie lepszą alternatywą.

Musisz przyznać, że dla zawodnika z niższej polskiej ligi wyjazd poza granice kraju jest dość egzotycznym rozwiązaniem.

Mój pierwszy wyjazd to – jak już wspomniałeś – Niemcy. Skontaktował się ze mną znajomy i poinformował, że mógłbym grać w zespole SG Ramsin 1919. Zawsze chciałem spróbować swoich sił w zagranicznych klubach, więc długo nie trzeba było mnie namawiać. Czy decyzja o przenosinach na Zachód z niższej ligi polskiej jest egzotyczna? Na pewno ryzykowna, ponieważ wyjeżdża się – w większości przypadków – nie znając tamtejszego języka. Trzeba też pamiętać, że za granicą „stranieri” muszą na każdym kroku udowadniać swoją wartość, pokazywać, że są lepsi od miejscowych piłkarzy. W przeciwnym razie jaki byłby sens ich ściągania? Jako że nikt w Polsce nie chciał dać mi szansy grania na poważnym poziomie, musiałem wytyczać swoje dalsze ścieżki poza jej granicami.

Wspomniałeś wcześniej, że poziom na zachodzie jest znacznie wyższy od rodzimego, a trenerzy więcej wymagają od swoich podopiecznych. Gdybyś mógł porównać wszystkie te kraje, w których dotychczas byłeś, to jakie różnice w stosunku do polskiej piłki najbardziej rzuciły ci się w oczy?

W Niemczech imponowała mi organizacja i pełen profesjonalizm. Piłkarsko sprawy wyglądały podobnie do polskich, ale na zachodzie gra się znacznie intensywniej. We Włoszech mnóstwo czasu spędzałem na treningach taktycznych, mocny nacisk kładzie się tam także na przygotowanie motoryczne. Okres przedsezonowy był wyjątkowo trudny, różnił się znacząco od poprzednich, które przepracowałem. Niewątpliwie wpływ na taki stan rzeczy miały wysokie temperatury. Nierzadko trenowaliśmy w pełnym słońcu przy 35-38 stopniach Celsjusza. Gorący klimat miał także wpływ na stan muraw, które w wielu miastach były fatalnie przygotowane. Kluby Serie D nie miały odpowiednich środków, aby optymalnie przygotować płytę boiska. Muszę również podkreślić, że w Italii mecze rozgrywane były w bardzo szybkim tempie, nikt nie odstawiał nogi, choć w mojej ocenie spora część zawodników miała braki techniczne. Jeśli chodzi o Hiszpanię, tygodniowy plan zajęć opierał się głównie na różnych grach. Dla mnie to była czysta przyjemność, odnalazłem się w tej praktyce. Na każdy trening czekało się z utęsknieniem, a w trakcie spotkań unikało bezproduktywnego biegania – większy nacisk kładliśmy na długie budowanie akcji i przygotowanie ataku. Sposób grania, przy zachowaniu odpowiednich proporcji, najbardziej przypominał ten z topowych lig. Podobnie jak we Włoszech, w Hiszpanii słoneczko mocno dawało nam się we znaki. Aura nie miała jednak wpływu na murawę, ponieważ dziewięćdziesiąt procent zespołów rozgrywało swoje spotkania na sztucznych nawierzchniach. Nie będzie dużym zaskoczeniem, jeśli powiem, że w Katalonii w oczy rzucały się techniczne umiejętności poszczególnych zawodników. Zawodnicy „surowi” piłkarsko na pewno nie poradziliby sobie w takim graniu. W Barcelonie każdy element piłkarskiego rzemiosła wykonywany był kilka razy szybciej niż gdziekolwiek indziej. To była prawdziwa szkoła futbolowego życia. Na treningach często graliśmy w „dziadka”. Samobójstwem było dostać się do środka kółeczka. Istna karuzela, na której wirował świat [śmiech]. Piękną odskocznią były na przykład treningi na słynnej plaży Barceloneta – w takim klimacie nie odczuwa się zmęczenia. Zajęcia regeneracyjne po spotkaniach często odbywały się w plenerze, gdzie wchodziliśmy do morza lub biegaliśmy wzdłuż linii brzegowej. Można zakochać się w takich metodach treningowych. Różne były także przedmeczowe rytuały i przepisy. We Włoszech do szatni wchodził sędzia i wyczytywał po kolei nazwiska każdego z zawodników. Należało odpowiedzieć przywitaniem, swoim numerem na koszulce i podziękować, mimo że wszystkie te informacje znajdowały się w protokole. Przymusem była także gra z kolejnymi numerami, tzn. piłkarze z wyjściowej jedenastki występowali z numerami 1-11 w zależności od boiskowej pozycji. Niby nic wielkiego, ale są to oryginalne sytuacje. Podobnie sprawa wyglądała w Hiszpanii, choć akurat tam na ławce rezerwowych mogło siedzieć tylko pięciu zawodników – kadra meczowa wynosiła zaledwie szesnastu graczy.

Tutaj jeszcze jako zawodnik Polonii Kępno.

Na Cyprze jesteś krótko, ale na pewno masz już swoje spostrzeżenia.

Nie sądziłem, że w 800-tysięcznym państwie zainteresowanie tą dyscypliną sportu jest aż tak ogromne. Cypryjski futbol jest bardzo specyficzny i zróżnicowany. Na wyspie gra wielu obcokrajowców.  Kibice chętnie przychodzą na stadion, są żywiołowi. Szczególnie głośno reagują na błędy sędziowskie, których niestety jest bez liku. Te oczywiście są nieodzownym elementem naszej dyscypliny, ale to, co się dzieje w cypryjskiej lidze, to jakiś cyrk.

Jest jeszcze gorzej niż w Hiszpanii?

Zdecydowanie. Nie chciałbym sobie zaszkodzić, więc może kiedyś jeszcze wrócimy do tego wątku i szerzej się do niego odniosę [śmiech].

Trzymam cię za słowo. Niemcy, Włochy, Hiszpania, Cypr. Gdzie czułeś się najlepiej?

W Hiszpanii. Czerpałem największą radość z gry, strzelałem piękne gole, czułem się jak ryba w wodzie. Kocham ten kraj, uwielbiam ludzi, zachwycam się językiem. Nauczyłem się go od zera praktycznie w 3-4 miesiące. Po tym czasie mogłem swobodnie rozmawiać. Nie miałem wyjścia, ponieważ treningi czy odprawy były prowadzone wyłącznie w języku hiszpańskim. Mieszkałem w Barcelonie, która jest czymś więcej niż tylko miastem. Niestety kilka spraw pozasportowych nie układało się tak, jakbym sobie tego życzył, i musiałem szukać swojego nowego miejsca na ziemi. Zawsze ciągnęło mnie do zmian, teraz mogę się jedynie zastanawiać, czy kilku decyzji w swoim życiu nie podjąłem zbyt pochopnie. Nie ma co jednak oglądać się za siebie. Trzeba iść dalej i pisać swoją historię.

W Barcelonie w ostatnich miesiącach było bardzo gorąco i nie mówię tylko o pogodzie. Jak odbieraliście sytuację polityczną Katalonii? Odczuwaliście jej skutki?

Trafiłem do Barcelony tuż przed ogłoszeniem niepodległości przez rząd. Miasto oszalało ze szczęścia. Lubię wiedzieć, co się dzieje dookoła mnie, więc zainteresowałem się sytuacją, choć nie mogłem jej do końca zrozumieć. Szatnia się nieco podzieliła, ten konflikt wzbudzał kontrowersje na każdej płaszczyźnie życia. Nie mogłem pojąć, jak sytuacja polityczna mogła tak poróżnić kolegów z boiska. Rodowici Katalończycy, będący za independencją, afiszowali się ze swoimi poglądami. Przynosili flagi, oklejali szatnię – nie wszystkim się to podobało. My, osoby spoza Katalonii czy Hiszpanii, nie odzywaliśmy się, ponieważ dla nas to była bardzo dziwna sytuacja. Jej skutki odczuwaliśmy jednak na własnej skórze, gdy wychodziliśmy na miasto. Były kawiarnie, w których nie obsługiwano osób nieposługujących się językiem katalońskim. Miałem problem.

Trening po włosku, czyli chwile w zespole Termoli Calcio 1920.

Jak sobie poradziłeś w tak niecodziennych okolicznościach?

Euforia dość szybko zniknęła, opadły emocje. Rozumiałem przywiązanie, poczucie przynależności czy miłość do barw. Nie mogłem zaakceptować jednak pewnych zachowań. Jeden z naszych zawodników występował w specjalnych ochraniaczach wykonanych na tę okoliczność. Miało to pozytywny wydźwięk i przyznam, że podobała mi się taka forma patriotyzmu. Co innego, gdy  zawodnikom pochodzącym z Kastylii czy Asturii Katalończycy naklejali na szafki nalepki z barwami ich regionu. Tego nie można było przyjąć, dlatego też wyrażałem swoje zdanie na ten temat. Trudno było opowiadać się za którąś ze stron, starałem się zachowywać neutralność, ale nie na wszystkie zachowania umiałem przymykać oko.

Jakie zdanie w Europie mają na temat Polaków?

Z reguły mówi się o nas dobrze. Wszyscy są pod wrażeniem gry naszej reprezentacji i oczywiście hasło „Polska” wiązane jest z Robertem Lewandowskim. Trochę dziwiło mnie, że mimo dobrej gry naszej drużyny na arenie międzynarodowej, obcokrajowcy nie potrafili wymienić nazwisk wielu polskich zawodników. A może to ja nie do końca rozumiałem, o którego piłkarza akurat im chodzi? Naprawdę ciężko zrozumieć „Krychowiak” czy „Szczęsny” w iberyjskim akcencie. W Hiszpanii także na każdym kroku zadawano mi pytanie, co oznacza „k…a mać”, często używane przeze mnie podczas gry [śmiech].

Jestem bardzo ciekaw, jak im to wyjaśniłeś?

Powiedziałem, że tłumaczenie tych słów nie ma większego znaczenia, ponieważ używane jest w wielu kontekstach. Porównałem nasze przekleństwo do ichniejszego „hostia”, choć nie można ich zestawić ze sobą w skali 1:1. A skoro jesteśmy już przy temacie, gwarantuję ci, że kilku Katalończyków potrafi powiedzieć parę słów w naszym języku i bynajmniej lekcji nie zaczynaliśmy od „dzień dobry” [śmiech].

Grałeś w kilku klubach. Miałeś przyjemność dzielić szatnię, bądź występować przeciwko zawodnikom, którzy nie są anonimowi kibicom w Polsce?

Podczas pobytu we Włoszech najlepszym zespołem, z którym się mierzyłem, była Foggia. Solidna ekipa, jednak w jej szeregach próżno szukać znanych nazwisk. W szatni mieliśmy kilku chłopaków z doświadczeniem na poziomie Serie B czy epizodów w elicie, jednak nie były to postaci szczególnie rozpoznawalne poza granicami Italii. W Hiszpanii grałem z zawodnikami występującymi w przeszłości w wielkich zespołach, jednak były to głównie historie związane z drużynami juniorskimi. Miałem styczność z kilkoma wychowankami słynnej szkółki La Masia, jednak jak dotąd o żadnym z nich nie zrobiło się głośno. Podczas pobytu w Barcelonie poznałem się z Carlesem Aleną. Młody chłopak, wielka nadzieja „Dumy Katalonii”, ma już za sobą kilka występów w pierwszym zespole. Dzięki niemu zobaczyłem dwa mecze ligowe „Barcy” na Camp Nou, miałem też przyjemność porozmawiać z zawodnikami z drugoligowych rezerw. Czasem wydaje się, że to bardzo odległy świat, ale zapewniam cię, że to zwykli chłopcy. Ciekawostką jest, że od zawsze jestem fanem Realu Madryt, nawet na meczach „Blaugrany” pojawiałem się w białej koszulce. Mimo to, podczas pierwszej wizyty na Camp Nou, serce zabiło szybciej. Po zakończeniu spotkania długo chodziłem i oglądałem, jak ten oszałamiający stadion prezentuje się z perspektywy różnych miejsc. Magia.

W barwach Realu Madryt na stadionie Camp Nou.

Jako kibic Realu musiałeś też pojawić się na Santiago Bernabeu.

Na sam stadion nie wszedłem, ale nie mogłem przepuścić okazji, by chociaż nie spojrzeć nań z bliska. Miałem przesiadkę w Madrycie. Doleciałem do stolicy o godzinie 23:30 i ze wszystkimi bagażami pobiegłem czym prędzej do metra, byle tylko zdążyć przed jego zamknięciem. Gdy udało mi się dotrzeć na miejsce, było już bardzo późno, ale możesz sobie wyobrazić, że stałem z tymi walizkami pod obiektem ponad godzinę. Byłem jak zahipnotyzowany, wpatrzony w stadion niczym dziecko. Następnie obszedłem estadio dwa razy dookoła i niestety musiałem wracać. Omal nie spóźniłem się na odprawę przed kolejnym lotem. Na domiar złego zgubiłem się w metrze, jednak to nic dziwnego, kiedy człowiek przez całe życie podróżował tylko jedną nitką. Dopiero później nauczyłem się korzystać z tego komunikacyjnego labiryntu. Dla tych niezapomnianych wrażeń warto się było trochę pomęczyć.

Sporo mówisz o obcokrajowcach. Czy w trakcie swoich zagranicznych podróży po klubach piłkarskich spotykałeś wielu Polaków? Obecnie na Cyprze dzielisz szatnię z bramkarzem, Maciejem Zającem.

W Barcelonie niemal codziennie słyszałem język polski na Rambli czy plażach. Znalazłem też polski sklep w okolicach Sagrada Familia, gdzie co jakiś czas jeździłem po zapas serków wiejskich, których nigdzie indziej nie można było dostać. Na boiskach nie spotkałem jednak żadnego rodaka. Być może, dlatego że – jak już wspominałem – nie jest to dobry kierunek dla polskich zawodników. Na Cyprze także zdarza się usłyszeć coś po polsku. Ostatnio na plaży Nissi ktoś puszczał z głośników Sławomira i jego „Miłość w Zakopanem”, tak że polskie listy przebojów nie są mi obce [śmiech]. W Achyrónas Liopetríou gramy razem z Maćkiem i muszę przyznać, że jest to nie tylko świetny bramkarz, ale przede wszystkim fantastyczny człowiek.  Doskonale zna język grecki, ponieważ mieszka tu od wielu lat. Najpierw grał na helladzkiej ziemi, następnie przeniósł się na Wyspę Afrodyty. Jestem mu bardzo wdzięczny za pomoc i wsparcie.

Na pewno łatwiej się zaaklimatyzować w nowym miejscu, gdy ma się obok krajana. Hiszpański opanowałeś w kilka miesięcy, a jak ci idzie nauka języka greckiego?

Bardzo pod górkę, może ze względu na inny alfabet? Zresztą same słówka też trudno wchodzą do głowy. Inna sprawa, że tutaj wszyscy mówią po angielsku, więc nie ma szczególnego nacisku na naukę narodowego języka. Dla odmiany we Włoszech nikt nie mówił po angielsku. Każdorazowo podczas rozmowy z zawodnikami, z którymi mieszkałem w jednym domu, musiałem mieć pod ręką telefon i translator. Nasze rozmowy polegały na pokazywaniu sobie wzajemnie ekranów z przetłumaczonym tekstem. Z upływem czasu naturalnie było coraz lepiej. Dla mnie komunikacja bezpośrednia jest priorytetem, dlatego intensywnie przyswajałem język hiszpański. Ponadto uważam, że ta nauka zaprocentuje w przyszłości.

Z Carlesem Aleną.

Masz 22 lata, CV dłuższe od niejednego starszego piłkarza. Mimo młodego wieku, masz bardzo duże doświadczenie. Z drugiej strony twoi koledzy, którzy tak jak ty mają za sobą występy w Marcinkach Kępno, czyli Rafał Kurzawa, Patryk Tuszyński czy Kamil Drygas, wybrali inną drogę i obecnie występują w Ekstraklasie.

Jest jeszcze Fabian Piasecki – chłopak z mojego rocznika, grający w pierwszoligowej Miedzi Legnica. Jestem przekonany, że on także niedługo do nich dołączy. Piłkarze Górnika Zabrze mieli niedawno w Ayia Napie obóz przygotowawczy, wtedy też spotkałem się z „Owenem” (Rafał Kurzawa – red.). Dla mnie to mocny kandydat do gry na rosyjskim mundialu. Zresztą z chłopakami regularnie widujemy się w Kępnie, gdzie co dwa lata rywalizujemy ze sobą w turnieju pokoleniowym. Oczywiście całe rozgrywki są formą zabawy, przede wszystkim liczy się okazja do spotkania. Tej zimy triumfował mój rocznik ’95, z którego również więcej osób mogło zajść wyżej. Nieskromnie dodam, że zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju. To zawsze miłe wyróżnienie, kiedy rywalizuje się z takimi piłkarzami.

Gdy jednak patrzysz na kolegów, nie zazdrościsz im? Nie myślisz: „cholera, gdzieś popełniłem błąd”?

Oczywiście, że zazdroszczę, chciałbym być na ich miejscu. Jak mogę nie zazdrościć komuś, kto spełnia swoje marzenia, debiutując w reprezentacji Polski? Jeżeli ktoś powie, że jest inaczej, zwyczajnie kłamie. Nie zrozum mnie źle, bynajmniej nie jest to zazdrość w sensie negatywnym. Cieszę się z sukcesów zawodników pochodzących ze szkółki, w której i ja zapisałem swoją historię. Wiem również, że każdy z nich przeszedł długą drogę i mocno zapracował na sytuację, w jakiej obecnie się znajduje. Żałuję, że ja w takim miejscu nie jestem, ale z drugiej strony patrzę na chłopaków, którzy grali ze mną na różnych etapach, mieli papiery na granie, a ostatecznie nie zostali przy piłce. Ktoś pracuje jako tapicer, inny w McDonaldzie. Żadna praca nie hańbi, ale wtedy właśnie przychodzi refleksja i myślę sobie, że nie mogę na wszystko narzekać. Żyję z futbolu, czyli tego, co najbardziej kocham. Mieszkam w niesamowitych miejscach, poznaję inspirujących ludzi. Głodny nie chodzę, pensja wpływa na konto i co najważniejsze – jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Czasami tylko, gdy przychodzi gorsza chwila, zastanawiam się, czy rzeczywiście jestem słabszy od swoich kolegów? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wiem natomiast, że chcąc się pokazać, potrzebuję stabilizacji, spędzenia dłuższego czasu w jednym miejscu. W naszym fachu jeden sezon potrafi czasem wszystko zmienić: można się wybić, ale też spaść o kilka pięter. Nigdy nic nie wiadomo.

Rozumiem, że chciałbyś na dłużej zakotwiczyć na Cyprze?

Nie mam pojęcia, co przyniesie los. Taki jest wstępny plan. Chciałbym na wyspie trafić do ekstraklasy, pograć w niej, dać o sobie usłyszeć. Następnie być może wrócę do Polski. Na pewno nie do III ligi, moje ambicje sięgają znacznie wyżej.

Marcinki Kępno prawdziwą kuźnią talentów.

Na razie jednak plany krzyżuje ci zdrowie.

Właśnie. Nigdy nie miałem problemów mięśniowych, a tutaj już trzeci raz wypadam z tego powodu. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Zacisnąłem jednak zęby i wykonałem solidną robotę, aby już w najbliższy weekend wrócić na boisko. Rozmawiałem z trenerem, mówił, że przewiduje dla mnie miejsce w kadrze. Fizjoterapeuci też są dobrej myśli. Celem jest regularna, dobra gra i przenosiny do klubu z cypryjskiej ekstraklasy. Mam jeszcze wiele do udowodnienia, więc liczę, że te problemy to już historia.

Oprócz zdrowia, czego mogę ci życzyć?

Dobrych wyborów, stabilizacji i szczęścia. Te trzy składowe są w tym momencie najważniejsze na drodze do zrealizowania zakładanych planów.

A jak to brzmiałoby w języku greckim?

Mniej więcej την υγεία, την ευτυχία και τις καλές επιλογές, ale nasza transkrypcja może to kiepsko tłumaczyć [śmiech].

Życzę ci tego wszystkiego, a także tego, byś oglądał seriale głównie po treningach czy meczach, niekoniecznie po rehabilitacjach czy innych zajęciach leczniczych. Na marginesie, jeśli jeszcze nie oglądałeś, dopisz do swojej listy dwa seriale: „Narcos” i „Gomorra”.

Z „Narcosem” uczyłem się języka hiszpańskiego, nie widziałem jednak jeszcze trzeciego sezonu. Trzeba będzie nadrobić zaległości [śmiech].

 

*zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów Aleksandra Majerza, a także jego kont w mediach społecznościowych

Komentarze
leszek poznanski (gość) - 1 tydzień temu

Powiedz mi Majerz kto za granica daje Ci szanse na powazne granie? Koledzy ktorzy z Toba zaczynali dzisiaj graja na Mundialu(Kurzawa) Ty jestes na peryferiach futbolu.Przestan gwiazdorzyc i wez sie do jakiejs uczciwej pracy.IV liga w Polsce to dla Ciebie Galacticos a rady sobie nie dales.W Widzewie trenerzy nawet nie kojarzyli twojego nazwiska.Futbol. przez duze F po prostu. nie dla Ciebie.Zryw Kierzno to Twoj poziom ale musisz powalczyc o plac.

Odpowiedz
Jutuber (gość) - 1 tydzień temu

Kolejny niespelniony wielki(wedlug swojego wyobrazenia) talent.Gostek mysli ze jak pokaze foty ze stadionu Barcy to zaraz klekna przed nim narody.Buraczany grajek i tyle w temacie.Jak przychodzil do Lodzi to kochal Widzew ale jak sie okazalo ze jest za cienki to juz klub byl dla niego amatorski.Podbijaj lepiej 8 lige cypryjska.

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji. Możesz zalogować się swoim kontem FB, Twitter lub pisać jako gość.

Najnowsze