Bez wątpienia jednym z najtrudniejszych momentów dla wielu piłkarzy jest dzień, w którym kończą swoją przygodę z piłką przy nodze. Nie dość, że muszą przestać robić to, co jest ich największą frajdą, to jeszcze na dodatek muszą przyzwyczaić się do nowego trybu życia. Odtąd bowiem nikt już nie będzie im wszystkiego podtykał pod nos. Niektórzy byli zawodnicy z braku laku udają się do telewizji, żeby wcielić się w rolę eksperta. Jednakże są również tacy piłkarze, o których ich byłe kluby nie zapomniały.
Przykładem takiego szczęściarza, który mógł płynnie przejść z roli piłkarza do pracownika klubu, jest Petr Cech. Chelsea już od kilku lat miała plany związane z czeskim golkiperem. Co prawda w 2015 roku „The Blues” sprzedali swoją legendę do lokalnego rywala – Arsenalu – w którym spędził cztery ostatnie lata swojej kariery, ale kiedy Czech zakończył swoją przygodę z piłką, to błyskawicznie powrócił do klubu, w którym święcił największe sukcesy i którego barwy przywdziewał przez 11 lat (2004-2015).
Teraz będzie pełnił funkcję doradcy technicznego. Do jego obowiązków będzie należało udoskonalenie współpracy pomiędzy pierwszym zespołem a akademią. Będzie również doradzał w kwestiach sportowych. Takich zawodników jak Cech jest oczywiście więcej.
Podeptana legenda
Były bramkarz z kraju naszych południowych sąsiadów z pewnością ma nadzieję, że jego współpraca z Chelsea potoczy się lepiej, niż miało to miejsce w przypadku Tottiego w Romie. „Il Capitano” kilka dni temu odszedł z Romy, w której przez ostatnie dwa lata pełnił funkcję dyrektora. Na swojej pożegnalnej konferencji prasowej uderzył w obecny zarząd i wyjaśnił, że nie chce firmować swoim nazwiskiem jego działań.
Padły bardzo mocne słowa. Totti powiedział, że wolałby umrzeć, niż żyć w taki sposób choćby jeden dzień dłużej. „Il Capitano” jako dyrektor pojawiał się regularnie na meczach Romy, ale ilekroć znalazł się w oku kamery, widzieliśmy, że ma marsową minę. Sprawiał wrażenie wiecznie przygnębionego. Poniekąd wynikało to pewnie z faktu, że został niejako przymuszony do zakończenia piłkarskiej kariery, mimo że czuł się jeszcze na siłach, żeby grać w piłkę. W 2017 roku, kiedy „Il Capitano” schodził ze sceny, nawet kibice Lazio napisali w specjalnym liście, że gdyby Francesco grał w ekipie „Biancocelestich”, to wówczas byłby traktowany tak, jak na to zasłużył.
Ze stroju piłkarskiego błyskawicznie wskoczył w garnitur i niemalże z dnia na dzień stał się pracownikiem klubu. Jednak w tej roli zbyt długo nie wytrzymał. Totti to Roma – nie ma co do tego wątpliwości. Jednak czy można powiedzieć, że Roma to Totti? Po ostatnich działaniach klubu względem „Il Capitano” – raczej nie.











