Mateusz Mazur

Kolejna wtopa Liverpoolu, Huddersfield ogrywa United. Za nami dziewiąta kolejka Premier League

Podsumowanie wydarzeń dziewiątej kolejki Premier League

23 października 2017

Zwieńczeniem dziewiątej kolejki miał być pojedynek dwóch drużyn, które w ciągu tygodnia z powodzeniem walczyły o punkty w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tottenham rozbił na Wembley kompletnie bezradny Liverpool i zbliżył się do wicelidera z Manchesteru. Podopieczni Jose Mourinho niespodziewanie ulegli 1:2 Huddersfield, podczas gdy ich rywale zza miedzy ograli Burnley i wciąż są niepokonani.

Tottenham na czwórkę

Po ograniu 7:0 słoweńskiego Mariboru Liverpool czekał bolesny powrót do ligowej rzeczywistości. Choć drużyna Sadio Mane Juergena Kloppa skazywana na porażkę nie była, to „The Reds” z kretesem ulegli będącemu na fali Tottenhamowi. „Koguty” rozpoczęły pojedynek od mocnego uderzenia, szybkie dwie bramki sprawiły, że wiarę w końcowy sukces stracili nawet najzagorzalsi fani Liverpoolu. Do jakże świetnego początku Tottenhamu walnie przyczyniła się postawa Dejana Lovrena. Swoją grą Chorwat załatwił sobie fajrant już w 30. minucie meczu.

Niespodziewanie bramkę kontaktową dla podopiecznych Juergena Kloppa zdobył Mohamed Salah, ale tak nie pasowało to do obrazu gry, że nawet piłka toczyła się w stronę siatki jakoś tak niemrawo. W doliczonym czasie pierwszej połowy ważnego gola na 3:1 zdobył Dele Alli. I trzeba tu dodać, że biorąc pod uwagę przebieg pierwszej części – trzy bramki to dla Liverpoolu zdecydowanie najniższy wymiar kary. W fatalny obraz defensywy „The Reds” wpisał się też Simon Mignolet, który zawinił przy pierwszym i czwartym golu strzelonym przez „Koguty”. Najpierw dał się ominąć Harry’emu Kane’owi, który otworzył wynik, strzelając do pustej bramki, by w drugiej połowie bardzo niepewnie interweniując, podarować angielskiemu napastnikowi gola uzupełniającego dublet.

W drugiej połowie wyróżniającą się postacią był za to vis-a-vis Mignoleta, który kilkakrotnie popisywał się fantastycznymi interwencjami. Dobre spotkanie rozegrał również Son, który głównie na początku meczu nękał rywali swoimi strzałami i podaniami. Tottenham wypadł na Wembley bardzo dobrze, co jest ważne zwłaszcza w obliczu kolejnej kolejki, gdzie w bezpośrednim pojedynku powalczy z Manchesterem United o pozycję wicelidera.

Przełamanie „Kanonierów”

Mecz pomiędzy Evertonem i Arsenalem miał być spotkaniem drużyn, które w ostatnim czasie borykały się z problemami. Arsenal w złym stylu przegrał z Watford i w obliczu niewybrednych komentarzy Troya Deeneya znów stał się obiektem żartów. Rozpaczliwie szukający formy Everton swojej szansy mógł wypatrywać właśnie w meczu z „Kanonierami”. I rzeczywiście, jakiś przebłysk nadziei pojawił się już po kwadransie gry. Błędy Granita Xhaki oraz arbitra, który nie zauważył, że Szwajcar był faulowany, wykorzystał Wayne Rooney i pomimo znacznej przewagi Arsenalu to Everton objął prowadzenie. Wynik spotkania wyrównał przed przerwą niemal nieomylny w tym meczu Nacho Monreal i tym samym przywrócił podopiecznych Arsene’a Wengera do gry.

Już na początku drugiej części w akcji w końcu zobaczyliśmy parę Sanchez – Oezil. Tym razem panowie zamienili się rolami i po dośrodkowaniu Sancheza strzałem głową Pickforda zaskoczył reprezentant Niemiec. Losy spotkania, i jak się później okazało los Ronalda Koemana, przypieczętował Idrissa Gueye, który w 67. minucie zobaczył drugą żółtą kartkę i zmuszony był opuścić pole gry. Cała druga połowa to już popis formacji ofensywnej Arsenalu, która raz po raz nękała rywali groźnymi atakami. Po jednym z takich ataków mocno krytykowany ostatnio za brak zaangażowania Mesut Oezil zaliczył swoją pierwszą asystę w sezonie, gdy podaniem w pole karne idealnie obsłużył Alexandre’a Lacazette’a.

Arsenal nie byłby jednak Arsenalem, gdyby w końcówce spotkania nie przydarzył im się głupi błąd. Monreal trochę zbyt lekko zagrał piłkę do Cecha, który za późno zorientował się w całej sytuacji i tym samym gola na 2:4 zdobył Oumar Niasse. W samej końcówce okazję na przełamanie zwietrzył też Alexis Sanchez. Chilijczyk sprawiał wrażenie piłkarza, którego nie zatrzymałaby żadna obrona świata, gdy z ogromną pewnością siebie przypuścił ostatni atak na bramkę „The Toffees”. Strzałem przy słupku pokonał Pickforda i ustalił wynik spotkania na 2:5.

Watford znów postraszył

Po zakończeniu poprzedniej kolejki zachwycać mogliśmy się świetną dyspozycją podopiecznych Marco Silvy, którzy po ograniu Arsenalu wskoczyli na czwarte miejsce w tabeli. „Szerszenie” znów zaprezentowały się bardzo dobrze, ale na mistrza Anglii to nie wystarczyło. Wynik spotkania fantastycznym strzałem zza pola karnego otworzył Pedro. Scenariusz dla gości dobrze znany, bowiem w meczu z Arsenalem również jako pierwsi stracili bramkę. I znów przekonani o swoich możliwościach piłkarze Watfordu ruszyli do ataku. Pierwsze efekty ujrzeliśmy już w końcówce pierwszej połowy, gdy długim wrzutem z autu popisał się Holebas, a po zamieszaniu w polu karnym Chelsea piłkę do siatki skierował Doucoure.

Jeśli mielibyśmy znaleźć jakiś wspólny mianownik wśród drużyn, które w tym sezonie zaskoczyły największych, to zdecydowanie jest to przepełnione pewnością siebie oraz zupełnym brakiem respektu dla rywala nastawienie. Esencję tego zaprezentowali nam na początku drugiej połowy podopieczni Marco Silvy. Zupełnie stłamsili Chelsea i gdyby Richarlison nie postanowił zapewnić sobie wygranej w konkursie na najgorsze pudło sezonu, to Watford wygrałby to spotkanie. Tak czy siak zaczęło się dobrze, bowiem za sprawą bramki Perreyry „Szerszenie” wyszły na prowadzenie.

W tym momencie warto przypomnieć, czego potrzeba teoretycznie słabszym drużynom, aby pokonać najlepszych. Odwaga i pewność siebie, czyli to, czego gościom zaczęło brakować od momentu objęcia prowadzenia. Cofnęli się, bronili wyniku i zostali skarceni. Batshuayi, który zastąpił na boisku Moratę, strzałem głową wyrównał rezultat spotkania. W 87. minucie niezawodny Azpilicueta wyprowadził Chelsea na prowadzenie, a Antonio Conte utonął w objęciach kibiców. W samej końcówce błąd obrońców wykorzystał Michy Batshuayi i tym samym zgłosił swoją gotowość do rywalizacji z Moratą, który po powrocie ze spowodowanej kontuzją absencji wciąż nie spisuje się najlepiej.

Pochwały

1) Huddersfield

Podopieczni Davida Wagnera od samego początku starali się wysokim pressingiem wybić rywala z rytmu. Dwukrotnie przyniosło to zamierzony skutek i w obliczu odrobiny szczęścia pozwoliło im ograć niepokonany jak dotąd Manchester United. Nieocenione są również zasługi Aarona Mooya, który umożliwił wcielenie planu w życie, przy okazji samemu zdobywając gola otwierającego wynik meczu. Na pochwałę zasługują przede wszystkim zdecydowanie i ofiarność piłkarzy Huddersfield, których świetna postawa zapewniła im końcowy sukces.

2) Nick Pope i Łukasz Fabiański

Obu zawodników łączy pozycja na boisku i fakt, że w sobotnie popołudnie strzegli bramki drużyn, które poniosły porażkę. Obaj panowie rozmiary klęski zredukowali jednak do minimum. Pope stanąć musiał naprzeciw niepowstrzymanego Manchesteru City i ze swojego zadania wywiązał się bardzo dobrze. 25-letni Anglik godnie zastępuje kontuzjowanego Toma Heatona.

Zadanie Łukasza Fabiańskiego było tylko z pozoru łatwiejsze. Swansea podejmowała u siebie Leicester, o którym nie od dziś wiadomo, że w obliczu zwolnienia dotychczasowego menadżera w piłkarzy wstępują nowe siły. Tak też stało się również w sobotę i gdyby nie dobra dyspozycja Polaka, to Mahrez i spółka zwyciężyliby w sobotnim pojedynku dużo wyżej.

3) Sofiane Boufal

Nie ma już chyba większego sensu wyróżniać w tej rubryce pojedynczych piłkarzy Manchesteru City, gdyż podopieczni Pepa Guardioli praktycznie co kolejkę zajmowaliby wszystkie trzy pozycje. Na podwójne wyróżnienie zasłużył za to rezerwowy Southampton Sofiane Boufal, który usilnie próbuje udowodnić Mauricio Pellegrino, że zasługuje na miejsce w podstawowym składzie. Tym razem Francuz popisał się kapitalnym rajdem i zapewnił „Świętym” zwycięstwo nad West Bromwich.

Nagany

1) Victor Lindelof i Dejan Lovren

Lindelof był jedną z głównych przyczyn, przez które „Czerwone Diabły” uległy w sobotę Huddersfield. Szwed nie popisał się zwłaszcza przy bramce na 0:2, gdy pozwolił kozłującej się piłce ominąć go i trafić pod nogi rywala.

Poniedziałkowe wydania angielskiej prasy były czymś na wzór roastu Dejana Lovrena. Chorwat zawiódł na całej linii, popełniał głupie błędy i przyczynił się do porażki Liverpoolu – a to wszystko w zaledwie pół godziny, po której został zmieniony.

2) Richarlison

Brazylijczyk, który powoli wyrasta na gwiazdę drużyny Watfordu, tym razem się nie popisał. Zmarnował dwie 100% sytuacje, które mogły zagwarantować „Szerszeniom” zwycięstwo w meczu z Chelsea.

 

3) Asmir Begović

Wszyscy wymienieni powyżej piłkarze mocno przyczynili się do porażki swoich drużyn. Bardzo bliski tego był również Asmir Begović, który w ostatnich sekundach wygranego przez Bornemouth spotkania zupełnie bezmyślnie zaatakował rywala nogą. Gdyby zagranie ukarane zostało rzutem karnym dla Stoke, Eddie Howe mógłby mieć pretensje tylko do swojego golkipera, który omal nie zaprzepaścił wysiłku kolegów.

Bramka kolejki

Cytat kolejki

Jeśli ja znalazłbym się w takiej sytuacji na boisku, Kane nie zdołałby nawet dojść do piłki. Juergen Klopp po spotkaniu z Tottenhamem

 

Komentarze:
Przeczytaj także: