Mariusz Janik

Warszawa znów niegościnna dla Widzewa

W 14. kolejce trzecioligowych zmagań Widzew Łódź w Warszawie rywalizował z tamtejszą Polonią

29 października 2017

Przed meczem Polonii i Widzewa pisaliśmy o statystykach, liczbach i innych „papierowych” kwestiach, które nie zawsze mają przełożenie na boiskową rzeczywistość. Po ostatnim gwizdku sędziego matematyka i jej pochodne schodzą na dalszy plan – wynik determinuje wszystko. Ponownie potwierdziło się, że stołeczne powietrze nie służy widzewiakom.

Ekstraklasa

Mecz od początku toczył się w niezłym – jak na trzecioligowe realia – tempie. Obie strony stworzyły sobie kilka dobrych okazji do strzelenia gola. Bliżej prowadzenia byli gospodarze, jednak na ich drodze do szczęścia stanęła poprzeczka. Wynik spotkania otworzyli piłkarze trenera Krzysztofa Chrobaka w 23. minucie. Patryka Wolańskiego do kapitulacji zmusił Tomasz Chałas, piłkarz, który jeszcze kilka miesięcy temu był przymierzany do gry w zespole „Czerwono-Biało-Czerwonych”. Dla zawodnika mającego za sobą ekstraklasową przeszłość gol strzelony Widzewowi był jego trzecim w sezonie.

Przyjezdni próbowali odpowiedzieć, ale w ich grze było sporo chaosu i niedokładności. Do przerwy utrzymało się skromne prowadzenie „Czarnych Koszul”. Po zmianie stron bliski wyrównania był Mateusz Michalski. Zawodnik, który w najwyższej klasie rozgrywkowej debiutował właśnie w zespole z Konwiktorskiej, trafił jednak tylko w boczną siatkę. Ekipa trenera Franciszka Smudy ostatecznie zdołała doprowadzić do remisu. W polu karnym faulowany był Michał Miller. Z jedenastu metrów do bramki trafił Daniel Gołębiewski. Piłkarz, który sporą część kariery spędził w Polonii, tym razem – strzelając drugiego gola jesienią – odebrał jej komplet punktów. Mało tego, to właśnie 30-latek był ostatnim zawodnikiem, który na stadionie im. generała Kazimierza Sosnkowskiego strzelił gola w spotkaniu obu ekip (3:1). W sezonie 2012/2013 popularny „Gołąb” występował jednak w jedenastce stołecznych.

Patrząc na życiorysy zawodników wpisanych na listę strzelców, przy Konwiktorskiej poważnie zapachniało ekstraklasą. Niestety boiskowe granie było dłuższymi chwilami siermiężne i trudno się dziwić, że drużyny, które łącznie zdobyły sześć tytułów mistrzowskich, obecnie muszą tułać się na czwartym poziomie rozgrywek. Najwyższy poziom zaprezentowali natomiast kibice obu zespołów (blisko 2 tys. fanów z Łodzi). Szczelnie zapełnili stadion i stworzyli fantastyczne widowisko. Był głośny doping, efektowne oprawy. Jak się nie ma, co się lubi…

Sen o Warszawie

Podział punktów zapewnił Widzewowi fotel lidera, ponieważ wczesnym popołudniem inny z warszawskich zespołów, Ursus, pokonał w delegacji Sokoła Aleksandrów Łódzki 2:0. Trzeba jednak pamiętać, że dotychczasowy władca trzecioligowego tronu ma do rozegrania zaległe wyjazdowe spotkanie z Sokołem Ostróda. Nie zmienia to jednak faktu, że popularne „Traktorki” pomogły widzewiakom.

Może to dziwić, gdyż szczególnie w ostatnich latach nad „Czerwono-Biało-Czerwonymi” wisi jakaś niewytłumaczalna warszawska klątwa. Piłkarze z al. Piłsudskiego ostatni raz triumfowali w stolicy w sezonie 2011/2012, gdy ograli 2:1 Polonię Warszawa. Dla wszystkich sympatyków klubu z miasta włókniarzy bardziej prestiżowe są starcia z Legią, a z tą ich zespół nie zwyciężył dwadzieścia lat! Ostatni raz ta sztuka udała się w spotkaniu, o którym napisano już chyba wszystko. 18 czerwca 1997 roku, gdy w potyczce o mistrza Polski Widzew potrzebował pięciu minut, by z niekorzystnego wyniku 0:2 wyciągnąć 3:2.

Jeśli chodzi o ostatnią z warszawskich ekip, Ursusa, też nie jest najlepiej. Pierwszy wyjazd po reaktywacji, w nowej rzeczywistości zakończył się remisem 1:1. Wcześniej, jeszcze w latach siedemdziesiątych w II lidze, ówczesny RKS Ursus dwukrotnie okazywał się lepszy od łodzian (2:1; 1:0). Na kolejną szansę podreperowania stołecznych statystyk piłkarze Widzewa będą musieli poczekać co najmniej do wiosny.

Kibice wspomnianej już Legii mają w swoim stadionowym repertuarze utwór Czesława Niemena „Sen o Warszawie”. „Mam tak samo jak ty, miasto moje, a w nim…” – piękne słowa, które w mieście włókniarzy mogą być odbierane za złą wróżbę.

Riposta

Wykorzystując inne dobrodziejstwo polskiej kultury, w świetnej komedii sensacyjnej Juliusza Machulskiego z lat osiemdziesiątych, „Vabank II, czyli riposta”, jeden z bohaterów przekonany, że jest z dala od krajowych problemów, w szwajcarskim, alpejskim raju stwierdza – „Ach! Tu się dopiero oddycha”. Historia warszawsko-widzewskich powiązań w przeszłości także miała swój związek z przytoczonym w cytacie bezwarunkowym procesem życiowym. Dariusz Dziekanowski po opuszczeniu Łodzi przeniósł się właśnie na Łazienkowską. W jednym z późniejszych wywiadów bez ogródek przyznał, że gdy wjeżdża samochodem do Warszawy, dopiero może otworzyć okna i oddychać pełną piersią.

Patrząc na występy „Czerwono-Biało-Czerwonych”, ci po minięciu drogowskazu informującego o wjeździe do największego miasta w Polsce, powinni je zamykać. Stołeczne występy im średnio służą. Czy karta się wreszcie odwróci i będą mogli chórem zaśpiewać „Warszawa da się lubić”?

 

 

Komentarze:
Przeczytaj także: