Marcin Pianka

Valencia CF na rozdrożu. Anatomia upadku „Nietoperzy”

Jeszcze niedawno trzecia siła w Hiszpanii dzisiaj walczy o utrzymanie

05 stycznia 2017

Gdy zapytamy losowo wybranego człowieka na naszej planecie o trzy najlepsze kluby w Hiszpanii, zdecydowana większość wskaże, rzecz jasna, Real, Barcelonę i… właśnie, Valencię. Mimo że bardziej znaną dziś drużyną z Półwyspu Iberyjskiego jest Atletico, to właśnie zespół z Andaluzji wciąż jest trzecim najbardziej rozpoznawalnym hiszpańskim klubem. Nie może to dziwić, wszak jeszcze nie tak dawno „Nietoperze” dość regularnie zajmowały miejsce na najniższym stopniu podium La Liga. Jak więc doszło do tego, że dziś Valencia CF walczyć musi o utrzymanie? Warto przyjrzeć się bliżej ostatnim latom na Estadio Mestalla.

Początek XXI wieku

Początek nowego stulecia w zespole Valencii stał pod znakiem zmian i dość niespodziewanych sukcesów. Po odejściu do Atletico Claudio Ranieriego na nowego szkoleniowca „Nietoperzy” wybrano Hectora Cupera, a wraz z nim pojawił się lewy pomocnik, w którym za jakiś czas miała zakochać się cała Europa, Kily Gonzalez. Ligowe zmagania w sezonie 1999/2000 Valencia zakończyła na niezłym trzecim miejscu tuż za Barceloną i Deportivo La Coruna. Jednak to co najważniejsze działo się na arenie międzynarodowej. Debiutujące w Lidze Mistrzów „Nietoperze” zadziwiły świat swoją nieszablonową grą popartą niespotykaną ambicją i awansowały sensacyjnie do finału rozgrywek. Los skojarzył tam podopiecznych Cupera z Realem Madryt. „Królewscy” okazali się zbyt silnym przeciwnikiem i 24 maja 2000 roku pokonali Andaluzyjczyków 3:0, jednak dzięki swojej wspaniałej postawie Valencia zyskała dużą popularność.

Kolejny sezon to czas zmian kadrowych. Zespół opuścili przenoszący się do mocniejszych zespołów Claudio Lopez, Farinos oraz Gerard, a w ich miejsce sprowadzono Diego Alonso, Johna Carewa, Rubena Baraję i tych, którzy już niedługo stanowili o sile defensywy „Nietoperzy” – Ayalę i Fabio Aurelio. Pod czujnym okiem argentyńskiego szkoleniowca Valencia próbowała walczyć na wszystkich frontach, co przynosiło różny skutek. W lidze zespół z Estadio Mestalla spisywał się przeciętnie, ale po raz kolejny świetnie poczynał sobie w elitarnej Lidze Mistrzów, gdzie drugi raz z rzędu awansował do finału. Naprzeciwko Mendiety i spółki stanął naszpikowany, jak zwykle zresztą, gwiazdami Bayern Monachium. Ostatni akord Champions League rozgrywany był wówczas na San Siro i był meczem rzutów karnych. Najpierw wspomniany już Mendieta wyprowadził Valencię na prowadzenie, wykorzystując „jedenastkę”, natomiast po przerwie wyrównał Stefan Effenberg, który również „z wapna” pokonał Santiago Canizaresa. Wcześniej jednak charyzmatyczny golkiper obronił rzut karny, którego autorem był Mehmet Scholl.

Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc prowadzący zawody Dick Jol zarządził konkurs rzutów karnych, w których lepsi okazali się „Bawarczycy”. Drużyna Hectora Cupera wyraźnie podłamana kolejnym niepowodzeniem nie potrafiła skutecznie finiszować w lidze i zakończyła pamiętny sezon poza czołową czwórką i marzenia o trzecim z rzędu finale Ligi Mistrzów legły w gruzach.

Era Beniteza

Sezon 2001/2002 to kolejne zmiany w klubie z Andaluzji. Z powodów osobistych klub opuścił ojciec ostatnich sukcesów – Pedro Cortes – a jego miejsce na fotelu prezydenta zajął Jaime Orti Ruiz, który okazał się godnym następcą swojego poprzednika. Do zmian doszło również w samym zespole. Cupera zastąpił młody i mający już za sobą pierwsze sukcesy Rafa Benitez, przed którym pojawiło się nie lada wyzwanie. Miał on za zadanie znaleźć zastępstwo dla całej plejady gwiazd, które opuszczały właśnie Walencję, czyli Mendiety, Deschampsa, Milli, Zahovicia i Gerardo. W miejsce tych niezwykle zasłużonych dla klubu zawodników przyszli Marchena, Salva, Rufete, De los Santos, Curro Torres i Mista. Po tych ruchach wielu wierzyło w dobry sezon Valencii, ale pod wodzą Beniteza okazali się oni prawdziwą rewelacją sezonu i sensacyjnie, bądź co bądź, zdobyli mistrzostwo Hiszpanii. Był to pierwszy taki tryumf „Blanquinegros” po 31 latach przerwy.

Kolejna kampania to rozbudzone apetyty i… spory zawód. Liga Mistrzów, o której skrycie marzono w Andaluzji przez ostatni rok, okazała się być mniej udana od dwóch poprzednich podejść i Valencia odpadła już w ćwierćfinale po dwumeczu z Interem Mediolan. Nie lepiej zakończył się dla „Nietoperzy” sezon ligowy, który zakończyli oni dopiero na piątej pozycji, co znów oznaczało zaledwie Puchar UEFA w sezonie następnym. Sezonie, który miał bardzo szczególne znaczenie z kilku względów.

Valencia CF została uznana przez Międzynarodową Federację Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) za najlepszy klub 2004 roku.

Po pierwsze, 2004 to jubileuszowy rok w historii klubu. Po drugie, podopieczni Rafy Beniteza czuli ogromny głód zwycięstw i sukcesów po słabym sezonie. Widać to było niemal od początku sezonu, ponieważ Valencia kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa, nie oszczędzając nawet wielkiego Realu. Zmagania ligowe „Nietoperze” zakończyły z tytułem mistrzowskim i dokonały tego w wyśmienitym stylu. Dość wspomnieć, że w owej kampanii „Blanquinegros” uzbierali 77 punktów, mając największą liczbę wygranych – 23, największą liczbę bramek strzelonych – 71 – i najlepszą obronę w lidze (utracili tylko 27 goli). To był nokaut. Podobnie udanie wiodło się Valencii w Pucharze UEFA, który w efekcie trafił w ręce właśnie Andaluzyjczyków.

To było wspaniałe ukoronowanie jubileuszu oraz zmazanie plamy porażek z poprzedniego sezonu. Co warte podkreślenia, Valencia CF została uznana przez Międzynarodową Federację Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) za najlepszy klub 2004 roku. Cały wspomniany rok mógłby być idealny, gdyby  nie odejście dwóch kluczowych osób w klubie – prezydenta Ortiego Ruiza oraz Beniteza, który przeszedł do Liverpoolu.

Lata chude

Po odejściu Jaimego Ortiego Ruiza, który bezsprzecznie był jednym z najlepszych włodarzy andaluzyjskiego klubu w historii, na fotelu prezydenta zasiadł Juan Bautista Soler. Zmodyfikował on trochę sposób prowadzenia klubu, a jako trenera zatrudnił znanego świetnie na Mestalla Caludio Ranieriego. Włoch po swoim przybyciu namówił nowego prezydenta do sprowadzenia całego zaciągu rodaków nowego szkoleniowca. Tak oto do Walencji przybyli Marco Di Vaio, Stefano Fiore, Bernardo Corradi i Emiliano Moretti. Co prawda „nowa miotła” wystarczyła, by zdobyć Superpuchar Europy, jednak później drużyna Ranieriego wpędziła się w spory kryzys, przez który odpadła z Ligi Mistrzów i utraciła szanse na obronę tytułu mistrzowskiego. Cała krytyka za nieudany sezon spadła na włoskiego szkoleniowca. Wiele osób zarzucało mu zupełnie nietrafione transfery, upór w stosowaniu taktyki nieprzynoszącej efektów oraz pomijanie jednego z ulubieńców kibiców – Pablo Aimara. Po odpadnięciu z Pucharu UEFA Claudio Ranieri został zwolniony, a po pewnym czasie jego miejsce zajął Quique Sanchez Flores.

Przybycie młodego hiszpańskiego trenera było swoistym powiewem świeżości i wystarczyło, by Valencia zajęła wysokie, czwarte miejsce w lidze na koniec sezonu 2005/2006. W kolejnej kampanii jednak zespół nie prezentował się już tak dobrze – na początku sezonu 2007/2008 stanowisko trenera objął Ronald Koeman. Holender po raz kolejny pokazał, że nie liczy się z zasłużonymi dla klubu piłkarzami i podziękował za usługi Santiago Canizaresowi, który był swoistym symbolem Valencii i jej sukcesów. Metody Koemana nie przynosiły wymiernych korzyści i za chwilę podziękowano mu za współpracę. Na tymczasowego szkoleniowca mianowano legendę zespołu z Estadio Mestalla – Voro – który przywrócił do składu Canizaresa i z nim w bramce zdołał poprowadzić zespół do ostatniego do tej pory sukcesu Valencii – Pucharu Króla.

Nie dziwi więc brak odnoszonych sukcesów i zatracenie tego, co było siłą Valencii – team spirit. To właśnie w zespołowości i ambicji tkwiła moc Andaluzyjczyków.

Okres ostatnich czterech lat to ciągły brak zaufania władz do trenerów i trenerów do zawodników. Nie dziwi więc brak odnoszonych sukcesów i zatracenie tego, co było siłą Valencii – team spirit. To właśnie w zespołowości i ambicji tkwiła moc Andaluzyjczyków. Wiedział o tym kolejny szkoleniowiec „Nietoperzy”, Unai Emery, którego zatrudniono w 2008 roku. To właśnie on pracował bez wielkich pieniędzy, ale za to ze zgraną ekipą wzbogaconą kilkoma wybitnymi piłkarzami jak chociażby Juan Mata. Efekt? Spokojne budowanie drużyny i trzy z rzędu miejsca na najniższym stopniu podium na koniec sezonu w La Liga. Śmiało można powiedzieć, że Emery przywrócił Valencię na właściwe miejsce i ugruntował pozycję tego klubu w hiszpańskiej hierarchii. Zaś sam trener „przeżył” w ciągu swojej czteroletniej przygody z Andaluzją trzech kolejnych prezydentów klubu z Mestalla.

Po sezonie 2011/2012 Emery odszedł do Spartaka Moskwa, a w Valencii zaczął się powolny zjazd w dół ligowej hierarchii. Warte odnotowania jest tylko dwukrotne dotarcie do półfinału Ligi Europy w latach 2012 i 2014.

Kryzys

Kolejne lata to rotacje na ławce trenerskiej i prezesowskim fotelu. Kolejno Mauricio Pellegrino, Ernesto Valverde, Miroslav Dukić czy Juan Antonio Pizzi nie byli w stanie wyciągnąć zespołu na wyższy poziom i ich kariery na Estadio Mestalla relatywnie szybko dobiegały końca. Trenerska karuzela rozkręciła się na dobre i nie pomogło nawet ustabilizowanie się sytuacji finansowej klubu, po tym jak w 2014 roku właścicielem Valencii został singapurski miliarder Peter Lim. Nadal kolejni szkoleniowcy przychodzili, by po chwili zostać zwolnionymi. Nuno Espirito Santo, Gary Neville, Pako Ayestaran… to trzej opiekunowie, którzy od 2015 roku podjęli się pracy w Walencji – bez sukcesów. Przed chwilą zaś zakończyła się kadencja Cesare Prandelliego, który przecież całkiem niedawno objął stery w klubie.

Sporym problemem może być także osoba nowego prezydenta, którym jest Lay Hoon Chan. Pani menedżer, która sprawdziła się w branży finansowej czy spożywczej, nie wydaje się być odpowiednią kandydaturą do koordynacji takim projektem jak drużyna piłkarska.

Generalnie zmiana właścicielska nie była tak pozytywna dla sympatyków Valencii, jak się spodziewano. Klub co prawda stać teraz na wielu zawodników, o których kiedyś można było tylko pomarzyć, ale problemem jest brak stabilizacji. I śmiem twierdzić, że sporym problemem może być także osoba nowego prezydenta, którym jest Lay Hoon Chan. Z całym szacunkiem dla pani Chan, która w 2015 została nową głową klubu – nie ma ona doświadczenia niezbędnego do zarządzania klubem piłkarskim. Menedżer, który sprawdził się w branży finansowej czy spożywczej, nie wydaje się być odpowiednim do koordynacji takim projektem jak drużyna piłkarska.

Przed nami zimowe okienko transferowe, w którym zapewne niezwykle czynnym graczem będzie andaluzyjski klub. Nie spodziewałbym się jednak jakiejś drastycznej przemiany zespołu z Estadio Mestalla na wiosnę. Ta ekipa potrzebuje jak powietrza stabilizacji i odrobiny czasu, ponieważ „nie od razu Kraków zbudowano”. Im szybciej do takiego wniosku dojdą „na górze” w Valencii, tym lepiej. Ja zaś trzymam mocno kciuki za „Nietoperze” i ich przyszłość, gdyż szkoda byłoby całkowitego upadku tak wspaniałej marki.

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: