Maciej Hop

Recepta na upadek w cztery lata – prezentuje Śląsk Wrocław

Co nieco o obecnym sezonie wrocławian i ich szansach na utrzymanie

Grzegorz Rutkowski;
11 maja 2017

Trudno uwierzyć. Drużyna, która jeszcze dwa lata temu rywalizowała z wicemistrzem Szwecji w Lidze Europy, dzisiaj jest bliżej walki ze Stomilem Olsztyn niż z ekipami ze Starego Kontynentu. Bliżej, bo jeszcze bramkostrzelny Pich daje nadzieję na utrzymanie. Zespołowi Śląska Wrocław z pewnością przydałby się kubeł zimnej wody na głowę. Pozostaje pytanie, czy zostanie on wylany w tym roku i zmotywuje skład do zdobywania punktów, czy nastąpi to już na niższym szczeblu.

W momencie rozmyślania nad treścią tego tekstu Śląsk Wrocław gra wyjazdowy mecz z Piastem Gliwice. Jest 70. minuta, a wrocławianie nie zaskakują. Rozgrywają kolejny fatalne spotkanie, a nóż do gardła dociskany jest coraz mocniej. Ale jak to się wszystko zaczęło? Sezon 2011/2012, mistrzostwo Polski, wysoka frekwencja, w składzie między innymi Diaz, Sobota, Mila, Kaźmierczak czy też niezawodny w defensywie Celeban. Potem z każdym rokiem było już tylko gorzej. Z jednym małym promykiem nadziei podarowanym w sezonie 2014/2015 przez braci Paixao. Wielu trenerów, zmiany właścicieli i ciągła niepewność, tak można skwitować ostatnie lata.

Złe zarządzanie kadrą

Sezon po mistrzostwie z klubu odeszli Celeban, Diaz, Fojut, Jodłowiec czy Madej, a w ich miejsce został sprowadzony m.in. taki wynalazek jak Mouloungui. Do dziś pamiętam ten entuzjazm w mediach. Dość szybko jednak wzwód zamienił się w zawód. W późniejszych sezonach działało to na podobnej zasadzie. Stopniowo Śląsk sprzedawał, bądź oddawał swoich kluczowych zawodników, a w ich miejsce był sprowadzany „szrot”, który tylko na papierze przypominał kogoś, kto będzie w stanie wypełnić lukę po takich graczach jak Sobota czy bracia Paixao. A propos bliźniaków, niewykluczone, że gdyby nie oni, dziś zastanawialibyśmy się, kto wyżej skończy I ligę, Sandecja, „Gieksa” czy Śląsk? Nie tak miało być. Transfery przed tym sezonem mogły budzić respekt i dawać jasny sygnał, że Śląsk w tym roku powalczy. I w sumie walczy, tylko zamiast bić się o europejskie puchary, postanowił rywalizować o spadek. W końcu wśród kupionych zawodników znalazł się taki, który w CV miał szkółkę FC Barcelona. Albo inny Hiszpan mający za sobą 70 występów w Barcelonie B. Wygląda na to, że włodarze Śląska szukali swojego „Daniego Quintanę”, ale efekty są takie, jakby sprowadzili „Arruabarrenę”.

Kto zostanie bohaterem wrocławian?

Na papierze zespół Jana Urbana wygląda naprawdę nieźle, w ataku Zwoliński i Biliński, którzy w poprzednich latach czasami trafiali do bramki. Zresztą mniej skutecznym już chyba być nie można. Będący w dobrej formie Pich, doświadczeni Madej, Kokoszka, Celeban, Pawelec, Pawełek. Nieobliczalny Morioka i Riera czy będący przed kontuzją w niezłej formie Roman. Kto z nich ma szansę zostać bohaterem, który utrzyma Śląsk w ekstraklasie? Na razie ten syzyfowy trud przypada Pichowi, ale jak widać, to za mało. Brakuje Morioki z tamtego sezonu, kogoś, kto będzie w stanie zrobić różnicę albo zdobyć w dramatycznych okolicznościach, w ostatnich minutach bramkę z dystansu. Uderzenie i umiejętności Japończyk ma, brakuje charakteru. Nie tylko jemu. Zaciąg zagraniczny też nie ma ochoty zostawić serducha na boisku. Ponadto nie pomaga ostatnimi czasy Mariusz Pawełek. Wiele do życzenia pozostawia defensywa. Wszystko to składa się na stosunek bramek strzelonych do straconych równy 34:49. Tylko Piast Gliwice ma gorszy bilans. Statystyka dość wymowna, zmusza do zastanowienia się, co jest gorsze, atak czy obrona. Rozwiewam wątpliwości, na ten moment oba aspekty leżą i kwiczą.

Jak widać, do połowy sezonu wyglądało to całkiem nieźle, ale im dalej w las, tym ciemniej. Do końca rundy zasadniczej mistrz z sezonu 2011/2012 był tyle samo kolejek (5) w grupie mistrzowskiej, jak i na pozycjach 13-14. Wydawać by się mogło, że celują raczej w środek tabeli aniżeli w spadek.

Czeka nas najładniejszy stadion w historii I polskiej ligi?

Trudno stwierdzić. Przy obecnej grze bez cienia wątpliwości tak. Drużyna z Dolnego Śląska gra fatalnie i ten stan już chwilę trwa. Brak skuteczności i słaba defensywa, te dwa aspekty wyróżniają wrocławian na tle innych rywali. Jednak nadzieja umiera ostatnia, happy end niczym z niedzielnych, polsatowskich filmów familijnych jest prawdopodobny. Kadra drużyny z Dolnego Śląska jest mocna i stosunkowo szeroka. Wystarczy popatrzeć na ławkę w meczu z Piastem. Może przy większym zaangażowaniu uda się pozostać w Lotto Ekstraklasie. Jedno wydaje się pewne. Kibice nie pomogą, 4921 osób na pojedynku z Łęczną, które i tak zakończyło się porażką, nie napawa optymizmem. Brutalne cyfry. Bukmacherzy mogliby śmiało wystawić na kolejny mecz zakłady, czy na spotkaniu z Ruchem frekwencja będzie wynosiła więcej niż 4000. Chociaż i tak zastanawiam się, czy nie byłaby to za wysoka linia. Strach pomyśleć, jaka byłaby frekwencja w pierwszej lidze. Terminarz raczej też nie pomaga. Przed wrocławianami trudne wyjazdy do Lubina i Płocka. Pozostaje mieć nadzieję, że płocczanie w ostatniej kolejce będą mieli zapewnione utrzymanie i wypuszczą drugi „garnitur”.

Niezależnie od tego, czy Śląsk spadnie, czy też nie, klub czeka trzęsienie ziemi. Z tą różnicą, że w przypadku degradacji może braknąć skali Richtera (mimo że jest to skala otwarta). Od pewnego czasu mówi się o nowym właścicielu, jednak spadek skutecznie zniechęci większość potencjalnych inwestorów. Jak na razie dysproporcje punktowe w lidze są minimalne, jedno zwycięstwo decyduje o przeskoku o dwie, trzy pozycje. Z każdym meczem jednak te różnice będą się pogłębiać, dlatego dwa kolejne spotkania są tak naprawdę o sześć punktów. Jednak z ich zdobyciem będzie piekielnie trudno. Trzeba powiedzieć jasno. Mamy dopiero dwa mecze rundy finałowej, a Śląsk w żadnym aspekcie nie wygląda na drużynę, która zajmowała przed podziałem jedenastą pozycję. Podział punktów przypomina trochę skałę, o którą okręt Urbana uderzył, dryfując. A chyba wszyscy znamy historię Titanica?

Komentarze:
Przeczytaj także: