Tomasz Moczerniuk

Tomasz Adamek: Mistrz boksu kibicuje Barcelonie

27 lutego 2009

W piątkowy wieczór Tomasz Adamek po raz 38. w swojej zawodowej karierze wkroczy na ring. Stawką starcia z Amerykaninem Banksem jest obrona tytułu Mistrza Świata federacji IBF w kategorii cruiserweight. O tej i innych walkach, a także o różnicach i podobieństwach między boksem a futbolem rozmawiał z naszym Mistrzem Tomek Moczerniuk.

Pochodzi Pan z Gilowic koło Żywca dlatego też pański przydomek w ringu to “Góral”. Również w klubie o tej samej nazwie rozpoczął Pan treningi jako dwunastoletni chłopiec. Dlaczego jednak boks, a nie kolarstwo w Góralu Żywiec lub piłka nożna w Beskidzie Gilowice?

Ależ w piłkę w Beskidzie (zajmującym po rundzie jesiennej ostatnią lokatę w Klasie A grupa Żywiec – przyp. TM) grałem bodaj do dziewiętnastego roku życia! Bardzo mile wspominam ten okres. Ale moim przeznaczeniem był boks, bo sporty walki pasjonowały mnie od najmłodszych lat. A już szczególnie właśnie boks.

Młodzi sportowcy mają zwykle swoich idoli, bohaterów, wzory do naśladowania – do kogo wzdychał mały Tomek Adamek? I czyim fanem jest dorosły już Tomasz?

Evander Holyfield i Muhammad Ali – uwielbiałem oglądać ich stare walki, klasyki bokserskie. Jak każde dziecko miałem marzenia i chciałem być – tak jak oni – najlepszy na świecie. Wierząc, że kiedyś się uda rozpocząłem treningi. Obecnie cenię każdego boksera, bo jesteśmy „po jednym fachu” i wiem jaki to ciężki kawałek chleba. Zresztą podobnie jest też w innych dyscyplinach: tylko ciężką pracą można dojść do tytułów, stać się wielkim mistrzem. Trzeba też mieć szczęście.

A co z futbolem? Czy interesuje się Pan piłką nożną? Śledzi rozgrywki krajowej ekstraklasy? Czy ma Pan ulubioną drużynę lub piłkarza?

Nigdy nie byłem zagorzałym fanem piłki, a żyjąc w Ameryce ciężko interesować się tym co dzieje się w Europie. Kiedyś jednak z przyjemnością oglądałem mecze Ligi Mistrzów, szczególnie gdy grała Barcelona, albo Real Madryt. Lubiłem też twardy i szybki futbol angielski.

Jakie jeszcze sporty Pana interesują?

Tenis ziemny. Śledziłem ostatnie wydarzenia w Australian Open, sam staram się od czasu do czasu wyjść na kort i pograć dla przyjemności. Ostatnio też w tenisa zaczęła grać moja córka. Jeśli nie straci entuzjazmu być może wkrótce zacznie grać na poważnie.

Zaczynał Pan, jak wszyscy wielcy pięściarze, od boksu amatorskiego. Po zdobyciu dwóch tytułów: Mistrza Polski w wadze średniej i  brązowego medalu na Mistrzostwach Europy w Mińsku w 1998 r. zdecydował się Pan przejść na zawodowstwo, rezygnując tym samym z przygotowań do Olimpiady w 2000 r. Dla wielu sportowców występ na igrzyskach to najwspanialsze przeżycie z możliwych. Czy nie żałował Pan straconej szansy na medal w Sydney?

Nigdy nie żałuje się tego, co się robi. Jeśli się podejmuje jakąś decyzję, to trzeba z tym żyć, obojętnie od tego jakie będą jej skutki. Na Olimpiadzie nie było gwarancji na medal – wszyscy wiemy jaki jest w boksie amatorskim poziom sędziowania. A ja miałem w tym czasie propozycję podpisania kontraktu z angielskim promotorem, więc nie zawahałem się ani chwili. Na igrzyskach nie byłem, ale zdobyłem to co największe: tytuł Mistrza Świata. I to dwukrotnie.

W boksie zawodowym walczy Pan już 10 lat. Stoczył Pan 37 walk (tylko jedna przegrana – przyp. TM), zdobył Pan pasy mistrzowskie w dwóch różnych kategoriach wagowych (WBC light heavyweight oraz IBF cruiserweight – przyp. TM). Która z walk była najtrudniejsza i do którego sukcesu wraca Pan najczęściej?

Każda walka mistrzowska jest trudna, ale najciężej było w tej pierwszej z Paulem Briggsem. W Chicago walczyłem przecież ze złamanym nosem! Na trzy i pół tygodnia przed walką, podczas jednego ze sparringów, doznałem kontuzji, jednak mimo to wyszedłem na ring, walczyłem i wygrałem! To nie zdarza się często, niewielu bokserów zdobyłoby się na taki krok. Również moja ostatnia walka była naprawdę dobra. Przeciwnik postawił twarde, ciężkie warunki, ale ja znowu byłem lepszy. Takie chwile zapamiętywane są nie tylko przez kibiców ale i w moim sercu.

Najlepsi futboliści z obu Ameryk już od dłuższego czasu emigrują za chlebem do Europy. Pan obrał kierunek odwrotny. Obecnie mieszka Pan w Jersey City. Skąd taka decyzja i czy nie tęskni Pan za krajem?

Tak jak każdy Polak na obczyźnie myślę o swoim kraju. I tak będzie, niezależnie od tego czy spędzę tutaj rok, czy dziesięć lat. Decydując się na przeprowadzkę do Ameryki uczyniłem to samo, co wszyscy najwięksi bokserzy , n.p. Kliczko, chcący walczyć o najwyższe laury. Bo tu są pieniądze, tu są sponsorzy, tu jest Mekka boksu. Na szczęście nie przyjechałem tu sam. Mam rodzinę, jesteśmy zdrowi i to jest najważniejsze.

W Ameryce piłka nożna traktowana jest po macoszemu. Jednak w przypadku wielu dyscyplin gra „w nogę” stanowi doskonały przerywnik (skoki narciarskie) i wpływa na ogólny rozwój (hokej, futbol amerykański). Czy i w Pańskim treningu znajdzie się coś zapożyczonego z futbolu?

Hmm, sam nie wiem. Może przeskoki? Rozciąganie mięśni? Trening gibkościowy, sprinty i ćwiczenia ogólnorozwojowe? Boks to zupełnie inna dyscyplina. Tam masz przed sobą piłkę, a tu… rękawice. Przede wszystkim liczy się tu praca rąk, więc specjalistyczny trening jest zupełnie inny, indywidualny. Bo do ringu przecież wchodzę sam, nikt mi tam nie pomaga. Do każdej walki przygotowuję się poprzez ciężki trening fizyczny oraz sparringi z odpowiednio dobranymi – pod kątem przeciwnika – partnerami. Czyli taktyka trochę zapożyczona z futbolu.

Wiadomo, że aby pokonać czempiona pretendenci muszą uczynić to w sposób bezapelacyjny. Mistrzowi wystarczy „grać na remis”. Czy na każdą walkę „spręża” się Pan w takim samym stopniu? Czy walcząc jako pretendent podchodzi Pan do przeciwnika inaczej niż jako Mistrz?

Niby mówi się tak, że Mistrzowi łatwiej się walczy, bo nie musi niczego udowadniać. Ale ja w to nie wierzę. W każdej walce chcę pokazać swoją wyższość i atakuję, aby po prostu wygrać. Nikogo też nie lekceważę, bo to jest boks. Jeden dobrze wyprowadzony cios może zaważyć na losach walki.

Beenhakker i nasza piłkarska kadra, Lozano i siatkarze, Kazach Wierietielny i Justyna Kowalczyk. To tylko niektórzy z trenerów, którzy pracując z naszymi sportowcami odnieśli spore już sukcesy. Czy zatrudnienie fachowców z zagranicy w polskich klubach bokserskich wpłynęłoby pozytywnie na poprawę stanu polskiego boksu? Dlaczego nie brać przykładu z innych dyscyplin?

Na pewno coś w tym jest. Mój trener Andrzej Gmitruk już od dawna mówi o zatrudnieniu w Polsce trenerów kubańskich. Wielu z nich szuka pracy, są świetnymi fachowcami i mają to „coś”, czego brakuje polskim szkoleniowcom. Szczególnie przydaliby się w pracy z młodzieżą, bo u nas nigdy nie brakowało talentów bokserskich. Teraz jednak większość z nich się marnuje właśnie przez brak odpowiedniego treningu.

Jeszcze nie tak dawno bramki dla reprezentacji Polski strzelał Nigeryjczyk, teraz błyszczy w niej piłkarz rodem z Brazylii. Model stuprocentowego sportowca-patrioty chyba nieco przybladł. Przypuśćmy, że Amerykańska Federacja Boksu zwraca się do Pana z prośbą o naturalizację – czy rozważyłby Pan taką propozycję? Może wtedy byłaby szansa na lepszą promocję i warunki finansowe?

Nigdy nie dostanę takiej propozycji. W boksie nie ma znaczenia czy jesteś Polakiem czy Anglikiem. Liczy się tylko to, co pokazujesz w ringu. A najlepsza autopromocja jest wówczas, jeśli twoje walki podobają się ludziom w hali i telewidzom. Odbija się to później szerokim echem i wzrastają szansę na kontrakt z bardziej prestiżową stacją TV.

Co sądzi Pan o pieniądzach, które oferowane są przedstawicielom najbardziej popularnych dyscyplin sportu za ich występy? Nierzadko są to niebotyczne kwoty. Gdzie leży granica? I czy „najlepiej opłacany” na pewno znaczy „najlepszy”?

Wiadomo, że sport to biznes, a marketing jest jego podstawą. Weźmy na przykład Oscara De la Hoya – niekoniecznie wybitny bokser, ale za walki zawsze kasuje miliony dolarów. Możnaby mówić, że to niesprawiedliwe, że jest wielu innych pięściarzy, których walki są atrakcyjniejsze i powinny być lepiej opłacane, ale taki już jest zawodowy boks. To sponsorzy i stacje TV decydują kto z kim i za ile będzie walczyć.

Doping to niestety bardzo powszechne zjawisko w sporcie. Francois Botha, „Sugar” Shane Mosley, Ray Jones Jr., George Foreman – to tylko niektórzy z „wielkich” bokserów, których przyłapano, lub podejrzewano o zażywanie niedozwolonych środków wspomagających. Czy w swojej karierze zetknął się Pan w jakimś stopniu z dopingiem?

Od czasu do czasu słyszy się o pojedynczych przypadkach czy podejrzeniach o stosowanie dopingu. Tylko, że to nie jest to samo co udowodnienie komuś winy. A podejrzewać można każdego. Prawda jest jednak taka, że doping w boksie nie ma racji bytu, bo zawsze przed i po każdej walce pięściarze poddawani są skrupulatnym kontrolom. Nie ma mowy o dopingu, bo inaczej wpadka murowana.

Gdyby porównać wszystkich byłych i obecnych pięściarzy świata – kto znalazłby się w najlepszej trójce fajterów wszechczasów według Tomasza Adamka?

Boks miał i wciąż ma w swojej historii wielu znakomitych bokserów. Każdy z nich bardzo ciężko pracował na swoje sukcesy, więc trudno kogoś wyróżnić ponad resztę.

A w Polsce?

To pytanie raczej do polskich kibiców. Takie klasyfikacje najlepiej zostawmy dla nich.

Pańska ostatnia, grudniowa walka w Newark, NJ została okrzyknięta przez wielu fachowców jako „Fight of the Year”. Pokonanie w efektowny sposób Steve „USS” Cunninghama sprawiło, że do walki z Panem ustawiła się całkiem spora kolejka. Jak długo zamierza Pan walczyć i czy jest szansa, że jeszcze kiedyś kibice w Polsce zobaczą Pana w akcji na żywo?

Wszystko jest możliwe – walczy się tam, gdzie organizowane są wielkie Gale, gdzie są poważni sponsorzy. Dlatego nie wykluczam możliwości walki w naszym kraju. Ale teraz jestem w Stanach i skupiam się na tym co mnie czeka w najbliższej przyszłości. Jak długo zamierzam walczyć? Zawsze powtarzam, że trzeba patrzeć w Niebo i tam znajdzie się odpowiedź na każde pytanie. Jeden Pan Bóg wie ile sił i zdrowia jest jeszcze we mnie. Resztę pokaże czas.

Wracając do najbliższych planów: w piątek w Newark, NJ, czeka Pana pierwsza walka o obronę tytułu. W starciu z pochodzącym z Detroit Jonathonem Banksem jest Pan faworytem bukmacherów. Ale czy zaledwie 2,5 miesiąca przygotowań wystarczy na niepokonanego do tej pory w 20 walkach pretendenta? Dlaczego tak się Panu spieszyło?

Bo boks to moja praca, z tego żyje i utrzymuje się moja rodzina. Tylko ja jestem w stanie określić jak szybko mogę powrócić na ring po odbytej walce. Po tej grudniowej szybko doszedłem do siebie. Czuję się świetnie, nie muszę też „robić wagi”, jestem naturalnym „cruiserweightem”. Poza tym mam 32 lata dlatego uznałem, że siedzenie w domu mi nic nie da, że trzeba brać się do roboty. Dosłownie i w przenośni. Stąd też ta walka.

Na trybunach zapewne po raz kolejny zasiądzie spora ilość rodaków z New Jersey i New York. Co chciałby Pan powiedzieć Polskim fanom? Czy w walce o obronę tytułu nie zagra Pan „na remis”?

Wierzę w to, że kibice przyjdą. Z tego co słyszałem bilety cieszą się sporym zainteresowaniem. Liczę na wspaniały doping, za który już teraz dziękuję z całego serca. Mogę obiecać Wam, że będzie to dobra, odbyta w sportowej rywalizacji walka. Wierzę, że zwyciężę.

Źródło: Własne

Komentarze:
  • ~pio

    a Adamek jeszcze lepiej walczyl :)

  • ~mistrzu

    dzieki mnie wygral bo za jego dzieciecych lat to ja
    bo uczylem boxu i teraz mnie przerósl bravo adamek
    brawo

  • ~asd

    Kazach Wierietielny on jest Białorusinem :P

Przeczytaj także: