Jakub Najwer

Najmocniejszy „średniak” Premier League – Everton

„The Toffies” od kilku lat nie mogą wyjść ponad pewny poziom

Everton
10 lipca 2017

W ostatnich sezonach Everton był typowym angielskim średniakiem – miał dobry sezon, potem dwa złe i potem znowu dobry… Klub bez cienia stabilizacji, grający wielkie mecze z potęgami i słabe z drużynami z dołu tabeli. Jednak w minionym sezonie w Evertonie trochę się zmieniło. Spójrzmy, jak rozwija się drużyna prowadzona przez Ronalda Koemana.

Holender, podobnie jak Mauricio Pochettino, na Wyspach debiutował w drużynie Southampton. Co jeszcze łączy te dwie postaci? Ciekawy styl gry i plan budowania klubu. Koeman wprowadza w Evertonie swój sposób trenowania i swoje transfery.

Letnie okienko transferowe przyniosło kilka ładnych wzmocnień, ale żeby nie było aż tak różowo – klub również poważnie się osłabił.

Zacięta walka o europejskie puchary

W sezonach 2014/2015 oraz 2015/2016 Everton nie grał dobrze. Wszyscy mieli wobec niego duże oczekiwania, mówiło się nawet o walce o pierwszą czwórkę. Realia okazały się jednak nieco bardziej brutalne. Dwa sezony z rzędu klub z Liverpoolu grał słabo, nie potrafił utrzymać równej i wysokiej formy, co miało to wymierne efekty. Dwa razy jedenaste miejsce i brak nawet myśli o europejskich pucharach. Wszystko to doprowadziło do zwolnienia menedżera Roberto Martineza i przejęcia klubu przez Ronalda Koemana.

– Everton jest klubem z wielką historią i ogromnymi ambicjami. Jestem dumny, że mogę być częścią zespołu, który mierzy tak wysoko. Zwłaszcza że wspierają nas prezes, Bill Kenwright, i Farhad Moshiri.Ronald Koeman

Holender przejął klub po dwuletnim okresie pracy w Southampton FC. Co ciekawe, był to bardzo zaskakujący transfer szkoleniowca, ponieważ Koeman miał w klubie z St. Mary Stadium bardzo mocną pozycję i jeszcze rok kontraktu, który byłby na pewno przedłużony na kolejne lata, bowiem w klubie „Świętych” został okrzyknięty cudotwórcą. Zajął z nim 6. i 7. miejsce w lidze, co było najlepszym wynikiem w całej historii klubu. Jednak były trener m.in Valencii czy Feyenoordu postanowił skorzystać z oferty Evertonu i 7 czerwca 2016 roku został oficjalnie zaprezentowany na Goodison Park.

Koemanowi w Evertonie obiecano aż 100 milionów na transfery, a sam Holender próżnować nie zamierzał i tym samym na stadionie jego nowego klubu zameldowali się: Yannick Bolasie z Crystal Palace, Morgan Schneiderlin z Manchesteru United, Ashley Williams ze Swansea czy Idrissa Gueye z Aston Villi. Transfery bardzo dobre, które w połączeniu z grającymi już w Evertonie zawodnikami mogły przynieść mocne wyniki. I przyniosły.

Sezon 2016/2017 już przed rozpoczęciem nazywany był rozgrywkami, które miały obudzić „The Toffies”. I faktycznie tak się stało, Koeman odmienił znacznie grę Evertonu i jego zespół włączył się do walki o pierwszą czwórkę. Początek sezonu mieli bardzo dobry, po szóstej kolejce Everton miał tyle samo punktów co trzeci w tabeli Arsenal i można było wierzyć, że walka o pierwszą czwórkę wydaje się realna. Ekipa z Goodison Park utrzymywała niewielką stratę do czwartego miejsca w lidze. Jednak ostatecznie nie udało się, Everton został wyprzedzony przez Arsenal i Manchester United i zajął siódme miejsce w Premier League. Mogłoby się wydawać, że jest to jego wielka porażka, ale nic bardziej mylnego. Po dwóch sezonach wielkich rozczarowań w końcu miejsce premiujące awansem do eliminacji Ligi Europy. Zatem walka o TOP4 przegrana, ale powrót do Europy jest – plan minimum w pełni wykonany.

Nieśmiałe podrygi do pięknych rozgrywek

Miniony sezon potwierdził, że Everton to taki średniak Premier League, który podobnie jak nieśmiały chłopak widzący piękną kobietę – chciałby „coś więcej”, ale trochę boi się zagadać. Czym miałoby być to „więcej”? Na przykład awans do Ligi Mistrzów byłby sporym osiągnięciem dla „The Toffies”, lecz wydaje się to na razie nieosiągalne, ale w przyszłości? Kto wie. Klub idzie w dobrym kierunku i przy odpowiedniej pracy – i przede wszystkim pozostaniu Koemana w roli menedżera – Everton może przestać być tym nieśmiałym chłopcem i zostać pełnoprawnym uczestnikiem najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych świata. Być może pomogą im w tym dokonane transfery w trwającym już okresie przeprowadzania transferów.

Klub idzie w dobrym kierunku i przy odpowiedniej pracy – i przede wszystkim pozostaniu Koemana w roli menedżera – Everton może przestać być tym nieśmiałym chłopcem i zostać pełnoprawnym uczestnikiem najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych świata.

Okienko transferowe przed sezonem 2017/2018 Everton zaczął bardzo, bardzo intensywnie. Na Goodison Park pojawili się:

Michael Keane z Burnley – rozegrał doskonałe rozgrywki i kwestią czasu był jego transfer do mocniejszego klubu.

Jordan Pickford z Sunderlandu – jeden z największych talentów bramkarskich w Anglii, co potwierdza jego cena – blisko 30 milionów Euro.

Davy Klaassen z Ajaksu Amsterdam – kapitan i czołowa postać tegorocznego finalisty Ligi Europy. Od kilku lat potwierdza swoją klasę i może być wielkim wzmocnieniem dla Evertonu.

Henry Onyekuru – talent z Belgii podkradziony Arsenalowi. Nie zadziałała na niego magia Wengera i wybrał Goodison Park. Kiedyś tam zagra. Kiedyś, bo teraz jest na wypożyczeniu w Anderlechcie.

Sandro Ramirez – napastnik znany nam z zakończonego niedawno młodzieżowego Euro w Polsce. Jeżeli potwierdzi swój talent, może okazać się dobrym zastępcą dla…

Romelu Lukaku – najlepszy zawodnik Evertonu

Właśnie dla niego. O odejściu Belga słyszy się od jakichś dwóch lat, a w swoich szeregach chciałoby mieć go około 96% klubów grających w piłkę (i futbol amerykański) na świecie. Pozostałe cztery procent nie ma internetu lub ich właściciele nie wiedzą, że można robić transfery zawodników. Jednak od początku.

Lukaku do Evertonu przybył z Chelsea, lecz w ekipie „The Blues” nie poświecił zbyt długo. Przestrzelony karny w Superpucharze Europy, wcześniejsze wypożyczenie do West Bromu i takie tam. Jednakże w „The Toffies” Lukaku zapisał się złotymi zgłoskami w historii klubu. Nie bójmy się tego powiedzieć – to jeden z najlepszych napastników, który tam grał. Łącznie (licząc również wypożyczenie) w Evertonie Belg zagrał w 141 meczach ligowych i zdobył w nich aż 68 bramek, co sprawiło, że został najlepszym strzelcem w całej historii klubu. W tak krótkim czasie! Prawdziwa maszynka do zabijania obrońców zdobywania bramek.

Już przed minionym sezonem mówiono o jego przenosinach do jednego z największych klubów w Anglii, lecz Lukaku postanowił pozostać na Goodison Park jeszcze przez rok. Przetrwał jedenaste miejsce, przetrwał mistrzostwo zdobyte przez Leicester, ale Arsenalu poza pierwszą czwórką już nie przeżył. Powiedział dość i postanowił odejść z Evertonu. Z 94 tysięcy klubów włączonych w walkę o podpis Belga wyłoniło się dwóch zdecydowanych liderów: Chelsea oraz Manchester United. Ostatecznie to „Czerwone Diabły” osiągnęły porozumienie z Evertonem w sprawie transferu Lukaku, co potwierdza sam klub na swoich społecznościówkach:

Wielki transfer w Premier League – tego nie da się ukryć. Opiewa na aż 75 milionów euro, tylko tutaj pojawia się pytanie: czy Lukaku nie podzieli losów Benteke, który po transferze do wielkiego klubu z armaty do zdobywania bramek stał się jedynie małym plastikowym pistoletem na wodę. To raczej mało prawdopodobne i bardziej skłaniam się ku opinii, że United zyskało fenomenalnego napastnika. Everton go stracił, ale też na rynku transferowym nie próżnował i tym samym do klubu powrócił…

Powrót do domu – Rooney w Evertonie

Z Evertonu odszedł Lukaku, ale wróciła postać wielka. Postać, która swoje pierwsze kroki w wielkiej piłce stawiała właśnie tutaj. Wayne Rooney, bo o nim mowa, odszedł po trzynastu latach z Manchesteru United. W barwach „Czerwonych Diabłów” „Wazza” wygrał wszystko, co mógł: pięć mistrzostw Anglii, krajowy puchar, Ligę Mistrzów, klubowe mistrzostwo świata czy nawet Ligę Europy. Imponujące dokonania. Rooney rozegrał dla Manchesteru 393 spotkania ligowe, w których zdobył 183 bramki. Jednak ostatnie sezony w jego wykonaniu były słabsze i doszło do tego, do czego dojść musiało. Inkasujący 300 tysięcy funtów tygodniowo zawodnik musiał odejść. I odszedł do miejsca najlepszego na uwieńczenie swojej wielkiej kariery.

Będzie to dla niego „powrót do domu”. To właśnie na Goodison Park strzelał swoje pierwsze bramki w Premier League, to w Evertonie zbudował swoją pierwszą piłkarską markę. Wielu kibiców nie mogło wybaczyć mu przejścia do Manchesteru United w 2004 roku, ale myślę, że teraz będzie przyjęty przez nich bardzo dobrze. Rooney założy w Evertonie koszulkę z numerem 10, czyli przejmie ją po odchodzącym Lukaku. Do tej pory w niebieskich barwach rozegrał 67 meczów i zdobył 15 bramek, teraz czas na powiększenie tego dorobku.

Co dalej z „The Toffies”? Walka o europejskie puchary czy może w końcu nabranie odwagi na coś więcej? Everton to jeden z piętnastu kandydatów do awansu do Europy z Premier League. Sezon zapowiada się wręcz niesamowicie.

Komentarze:
Przeczytaj także: