Wojciech Kowalski

Remisem ze Szwecją budzimy matematykę. Tylko właściwie po co?

Remis ze Szwedami w mizernym stylu

19 czerwca 2017

A więc jednak. Wróciły stare czasy, gdy drugi mecz naszych reprezentantów w dużym turnieju można było obwieścić mianem spotkania o wszystko. Gdy wraz z końcowym gwizdkiem zaczynamy szukać w internecie algorytmów, które zaprowadzą nas do kolejnej rundy. Niestety, wszystkie te wyliczenia w końcowym rozrachunku nijak się mogą przydać, jeśli na boisku zabraknie argumentów. A tych Polacy po dzisiejszym spotkaniu mają stosunkowo niewiele.

Jeszcze na dobre nie rozpoczęły się przygotowania do tego meczu, a już było o nim głośno. Oczywiście nie z powodu naszej doskonałej dyspozycji, lecz wydarzeń, które wręcz zdominowały tzw. środowisko, dzieląc je zresztą skutecznie na zwolenników i przeciwników Krystiana Bielika. Tak, smutna prawda polega na tym, że my na ten mecz czekaliśmy długo, jednak niekoniecznie tylko z powodu sympatii do naszej drużyny. Z pewnością część widzów nie tyle zerknęła dziś na Lublin, by ujrzeć na boisku odmienioną, wygrywającą drużynę, lecz znaleźć potwierdzenie swoich i tak już wydanych tez:

  1. Że Marcin Dorna nie ma żadnego warsztatu szkoleniowego.
  2. Że jego filozofia to laga i wyjazd do przodu.
  3. Że cała ta kadra to banda rozpieszczonych gwiazdeczek, z których właściwie tylko Karol Linetty powąchał gry na wysokim poziomie.
  4. I w końcu, że powracający Kownacki to w gruncie rzeczy przereklamowana gwiazdeczka.

Na które z powyższych stwierdzeń dziś odnaleziono twarde dowody?

„Trzeba grać agresywnie!”

Jakkolwiek słuszne lub bzdurne byłyby powyższe stwierdzenia, ich efektu trudno było nie zauważyć od początku spotkania. Nasi kadrowicze od pierwszych minut rzucili się na Szwedów nabuzowani mniej więcej tak samo jak stadionowi patrioci na starciach 11 listopada. Intensywny pressing, duża aktywność i chęć do gry musiały od początku napawać nas wszystkich optymizmem. Z przyjemnością obserwowało się również grę naszej drużyny w bocznych strefach, w których od początku obrońcy starali się podłączać do akcji ofensywnych. Ukoronowaniem z kolei tego pozytywnego okresu naszej gry była bramka Łukasza Monety po świetnej akcji Dawida Kownackiego. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że w tym momencie:

  • a) Wystrzeliły korki od szampana w pewnym poznańskim gabinecie.
  • b) Wystrzeliły korki od szampana u wierzycieli pewnego śląskiego potentata.
  • c) Wystrzeliły korki od szampana w gabinecie prezesa Patermana.

W tym miejscu chcielibyśmy nawet zakończyć relację. Niestety, na zegarze upłynęło dopiero 10 minut.

Roast Dawidowicza

Niedługo przyszło nam czekać na pierwsze zgrzyty w drużynie Marcina Dorny. Kolejne minuty upływały, a wraz z nimi w ekstremalnie szybkim tempie ulatywała mobilizacja „Biało-czerwonych”. Już po 20 minutach Tomasz Hajto zaczął wykrzykiwać do mikrofonu uwagi na temat intensywności naszej drużyny, posądzając zawodników… o grę na czas. Na nasze nieszczęście to było dopiero preludium do prawdziwego show, jaki wkrótce komentator Polsatu miał zaoferować całej publice.

Ale po kolei. Faktem jest, że Polacy konsekwentnie zaczęli się prosić o solidnego gonga. Z każdą kolejną akcją Szwedzi zdobywali sobie na naszej połowie więcej miejsca. Dużo do myślenia powinny dać wtedy również groźne sytuacje, po których arbiter tego spotkania wręczył napastnikom Szwecji żółte kartki za symulację. Jasne, żadna z tych akcji nie zakończyła się strzałem. Ale sam fakt, z jaką łatwością przychodziło rywalom znalezienie się w naszym polu karnym, musiał być poważnym ostrzeżeniem. I rzeczywiście, Szwedzi dopięli swego, strzelając wyrównującego gola, tak bardzo obnażającego naszą bezradność w defensywie. Nie ma nawet sensu wskazywać przy tej bramce jednego winowajcy. Wymowny niech będzie ten dialog:

T. Hajto: Zobacz, spójrz na tego Dawidowicza. Przecież on tu stał.

M. Borek: Tomek, zacznijmy od tego, że oni tu wszyscy stali.

A propos samego Pawła Dawidowicza, trudno przejść obojętnie obok kolejnego, bardzo słabego występu reprezentanta Polski. Tym bardziej, że po raz kolejny nic tak mocno nie kulało w grze naszej reprezentacji jak właśnie dyspozycja w środkowej strefie boiska. Tak jak w piątkowy wieczór Słowacy zdominowali nas w centralnej części, tak i dziś nie mieliśmy tam zbyt wiele do powiedzenia. Zastanawiamy się, w jakiej dyspozycji musi być chociażby Radosław Murawski, skoro już drugie spotkanie na pozycji szóstki rozgrywa właśnie Paweł Dawidowicz, ponownie najsłabszy na boisku. Na miejscu samego zainteresowanego lepiej nie przeglądalibyśmy dziś mediów społecznościowych. Zwłaszcza hashtagów z Tomaszem Hajtą.

Marazm w organizacji gry

Niestety, nawet tego remisu nie udało się dowieźć do przerwy, albowiem chwilę później Szwedzi wykorzystali nieporadność naszej drużyny przy stałym fragmencie gry. W efekcie piłkarze schodzili do szatni, otrzymawszy dwa bezwzględne ciosy. My natomiast czekaliśmy na ruch ze strony trenera Dorny. Po nim zaś było widać, że ewidentnie szuka jakiegoś rozwiązania.

Jednym z nich mogło być chociażby wprowadzenie na boisko Jarosława Niezgody w miejsce Mariusza Stępińskiego. Inną próbą było wpuszczenie na plac Patryka Lipskiego. W końcówce zaś swoją szansę otrzymał Krzysztof Piątek. I to właśnie wtedy dorzucił jeszcze jeden impuls, będąc faulowanym w „szesnastce”. „Jedenastkę” zaś na gola zamienił Dawid Kownacki. Niestety, mimo ostatnich czterech minut w ramach doliczonego czasu gry pospolite ruszenie w wykonaniu naszych kadrowiczów nie zakończyło się cudem.

Mając na uwadze samą drugą połowę, trudno nie odczuć mocnego rozczarowania. Szwedzi z pewnością nie byli zespołem z gatunku tych nie do pokonania. Po przerwie ewidentnie spuścili z tonu, mocno oszczędzając siły. Polacy zaś sprawiali wrażenie za mało agresywnych, tak jakby na tablicy widniał dla nich korzystny wynik. Brakowało odważniejszego pressingu, nasza gra w gruncie rzeczy ograniczała się do spokojnego wyczekiwania na kontratak. I może nie byłoby to nawet złe rozwiązanie, gdyby te próby chociaż dobrze przeprowadzano. Tymczasem każde kolejne dążenie do przeprowadzenia kontry cechowało niechlujstwo i niedokładność. Gdy już zaś udawało się nam oddać strzał na bramkę Szwedów, były to raczej uderzenia, z którymi poradziłby sobie Jakub Słowik.

Kalkulatorów przy sobie nie mamy, lecz już na samą myśl o tej słynnej matematyce odechciewa nam się dalszych analiz. Zresztą po co zerkać na innych, skoro w drugim spotkaniu tracimy punkty po własnych błędach?

Komentarze:
Przeczytaj także: