Mariusz Janik

Rafaelu! Czy ty masz w życiu cel?

Na zakończenie 7. kolejki Premier League na St James’ Park zamelduje się ekipa Liverpoolu

01 października 2017

Będzie to szczególny mecz dla menadżera Newcastle United, Rafaela Beniteza. Hiszpan w latach 2004–2010 pracował w klubie z Merseyside, z którym święcił wielkie triumfy. Drużyna z Anfield Road była także pierwszym niehiszpańskim przystankiem w jego trenerskiej karierze. Z ławki dyrygował poczynaniami „The Reds” w rekordowych dla siebie 347 spotkaniach. Choć popularny „Rafa” nie wybiera się jeszcze na emeryturę, nie wydaje się, by ten wyczyn udało mu się przebić.

Ojciec sukcesów

Pisząc o sukcesach Liverpoolu pod batutą obecnego opiekuna „Srok”, należy wymienić te krajowe: Puchar Anglii (2006) oraz Tarczę Wspólnoty (2006). Nie robią one większego wrażenia, jeśli tylko spojrzy się na te wywalczone na międzynarodowym podwórku. Tym bardziej, że Benitez, obejmując w 2004 roku stery w zespole z czerwonej części miasta Beatlesów, miał w swoim CV kilka interesujących osiągnięć m.in. dwa mistrzostwa Hiszpanii oraz triumf w Pucharze UEFA (z Valencią). Zatrudniając go w jednej z czołowych drużyn Premier League, szefostwo liczyło, że ambitny i utalentowany szkoleniowiec sukcesywnie będzie zapełniał statuetkami nieco przykurzoną klubową gablotę. W tej już rok później znalazły się dwa wartościowe trofea: Ligi Mistrzów i Superpucharu Europy.

Na temat stambulskiego finału Champions League, w którym 25 maja 2005 roku osiemnastokrotny triumfator angielskiej ekstraklasy mierzył się z wojownikami Carlo Ancelottiego z AC Milan, napisano już chyba wszystko. Atramentu wylanego na potrzeby opisania ww. tematu wystarczyłoby na stworzenie wielu opasłych tomów kilku encyklopedii. Jeden z najpiękniejszych powrotów (od 0:3 do 3:3) w historii czy arcydenerwujący przeciwników taniec Jerzego Dudka w konkursie „jedenastek” to tematy, które niczym bumerang powracają przy okazji kolejnych starć o klubowy prymat na Starym Kontynencie.

Od pamiętnych wydarzeń upłynął już tuzin lat, mimo to wciąż sięga się do nich pamięcią. W sierpniu tego samego roku „The Reds” zdobyli jeszcze wspomniany Superpuchar Europy. Mecz rozegrany w Księstwie Monako również nie należał do miłych, łatwych i przyjemnych. W starciu z CSKA Moskwa piłkarze z Anfield do wzniesienia upragnionego trofeum potrzebowali nie 90, a 120 minut. Ten fakt nie sprawił jednak, by ostateczna wygrana liverpoolczyków (3:1) po latach wywoływała szczególne emocje.

W poszukiwaniu swojego miejsca

Nie da się ukryć, Hiszpan swoją – jak się okazało – wieloletnią przygodę w mieście Johna Lennona i spółki rozpoczął z mocnym przytupem. W kolejnych latach aż tak kolorowo nie było. Szumne zapowiedzi o zawojowaniu Premier League ostatecznie zakończyły się trzema medalami: dwoma brązowymi (2006, 2007) i srebrnym (2009). W czerwcu 2010 roku przyszło mu rozwiązać – za porozumieniem stron – kontrakt i opuścić Merseyside. Kilka dni później był po słowie z Interem Mediolan. W ówczesnym triumfatorze Ligi Mistrzów popracował raptem do grudnia. Ponownie rozpoczął mocno: Superpuchar Włoch i klubowe mistrzostwo świata, ale ostatecznie nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

Następną pracę znalazł dopiero w listopadzie 2012 roku. „Rafa” powrócił do Premier League. Tym razem trafił do stolicy Anglii, gdzie porozumiał się z rosyjskim miliarderem Romanem Abramowiczem. Za jego kadencji Chelsea sięgnęła po Ligę Europy. Po sezonie wiadome było, że Hiszpan nie ma czego szukać w Londynie, więc ten nie czekał z założonymi rękami, tylko spakował walizki i wyjechał do Neapolu, gdzie objął stery w ekipie „Azzurrich”. O dziwo tym razem nie rozpoczął pracy sukcesami. Na te przyszło poczekać do 2014 roku, gdy do klubowej gabloty powędrowały krajowy Puchar i Superpuchar. Gdy usiadł na ławce Napoli po raz setny, można było się zastanawiać, czy czasem wreszcie nie odnalazł swojego kolejnego miejsca na ziemi.

Ostatecznie licznik w zespole spod Wezuwiusza zatrzymał się na liczbie 112, a sam zainteresowany znalazł posadę szkoleniowca w klubie, od którego wszystko się zaczęło – Realu Madryt. Właśnie w barwach „Królewskich” młody Rafael po raz pierwszy kopnął piłkę. I choć biegał za nią krótko (w wieku 26 lat zawiesił korki na kołku), to w tym klubie rozpoczął również swoją karierę szkoleniowca – początkowo w grupach młodzieżowych, następnie w drużynie rezerw. Powrót po latach na „stare śmieci” nie okazał się strzałem w dziesiątkę. Choć zespół regularnie gromadził „oczka” (za Transfermakt.de: 2,24 pkt/mecz), to dowodził drużyną z Estadio Santiago Bernabeu tylko w 25 spotkaniach. Pracę stracił po remisie z… Valencią, czyli klubem, który okazał się jego trampoliną do wielkiej piłki. W marcu 2016 roku ogłoszono, że słynny „Rafa” wraca do Premier League. Nie było to żadne zaskoczenie. Szokować mogła tylko nazwa klubu, z którym podpisał umowę – Newcastle United.

Inna rzeczywistość

Właściciel „Srok”, Mike Ashley, usilnie poszukiwał człowieka do zadań specjalnych, który ugasi pożar w jego zespole i uratuje Premier League. Misja zakończyła się zjazdem piętro niżej, jednak mimo niepowodzenia kapitan Benitez nie zamierzał nigdzie uciekać. 5 sierpnia 2016 roku rozpoczął nową operację „awans do elity”. Po piętnastu latach przyszło mu ponownie pracować na zapleczu piłkarskiej ekstraklasy – w sezonie 2000/2001 prowadził CD Tenerife. Na Wyspach Kanaryjskich nie udało mu się pojechać windą w górę, w klubie z St James’ Park owszem.

Banicja trwała tylko jeden sezon. Jeszcze przed startem nowej kampanii głośno mówiło się, że 57-letni Hiszpan mimo ważnego do 2019 roku kontraktu nosi się z zamiarem odejścia. Wszystko rozbijało się o transfery, których nad rzeką Tyne wszyscy nie mogli się doczekać. Ostatecznie „Rafa” został (ponoć szykowana jest dlań nowa umowa) i zrobił porządki po swojemu. Przez szatnię przeszedł prawdziwy huragan, wskutek którego pożegnano aż dwudziestu zawodników (w tym Tima Krula). Na bocznicę odstawiony został także ten, który czarno-białą koszulkę zakłada od 2014 roku, Jack Colback.

Rafael! Czy ty masz w życiu cel?

Powstałe luki wypełniono nowymi nazwiskami, choć spoglądając na nie, raczej nie dostanie się palpitacji serca. Interesującymi piłkarzami z pewnością są hiszpański napastnik Joselu (poprzednio Stoke) oraz ghański pomocnik Christian Atsu (wielokrotnie wypożyczany z Chelsea). Ten pierwszy jest najaktywniejszym zawodnikiem „Srok” (19 strzałów), jednocześnie jemu przypisuje się niechlubne miano „najczęściej pudłującego” (pięć zmarnowanych „setek”). Najskuteczniejszego piłkarza w szeregach ligowego nowicjusza należy poszukać z „tyłu”. Berło pierwszeństwa dzierży angielski obrońca, Jamaal Lascelles. 23-latek dwukrotnie w tym sezonie wpisywał się na listę strzelców. Najlepszym asystentem w Newcastle jest obecnie Szkot Matt Richie (cztery otwierające podania). Statystyki nie powalają, mimo to zespół zajmuje niezłe, 9. miejsce w tabeli Premier League.

Trzy lokaty wyżej znajduje się ich najbliższy rywal, którego gra w bieżących rozgrywkach przypomina wielką sinusoidę. W lidze Liverpool potrafi rozbić Arsenal (4:0), ale i być rozbitym przez Manchester City (0:5), czy tylko zremisować z Burnley (1:1). W Lidze Mistrzów klub z Mesrseyside stawia przede wszystkim na kompromisy: podział punktów z Sevillą (2:2) i Spartakiem Moskwa (1:1). Napięty rozkład jazdy „The Reds” teoretycznie może pomóc „Srokom”. Podobnie jak fakt, że grają przed własną publicznością, gdzie od dwóch spotkań są niepokonane. Nie bez znaczenia jest również to, że w delegacji podopieczni Juergena Kloppa radzą sobie dość przeciętnie i nie kończą meczów z czystym kontem. Stawka jest wysoka, jeśli beniaminek skasuje w niedzielę trzy „oczka”, przeskoczy swojego przeciwnika w tabeli. Jeśli ta sztuka uda się ekipie z Anfield Road, przy odpowiednim układzie pozostałych wyników uda im się dołączyć do elitarnej grupy „top 4”.

Do tej układanki należy dołożyć jeszcze inne podteksty. Benitez odkąd opuścił miasto Beatlesów, rywalizował ze swoim byłym zespołem dwukrotnie. Obie potyczki kończyły się remisem 2:2. Warto zaznaczyć, że obie miały miejsce w delegacji. Jeśli patrzeć na oficjalne bezpośrednie pojedynki z Jürgenem Kloppem, bilans jest następujący – trzy mecze: zwycięstwo, remis, porażka. Niemiec przypomina jednak, że dawno temu (sezon 2006/2007 – przyp. red.), gdy jeszcze prowadził FSV Mainz, ograł Liverpool „Rafy” w towarzyskim starciu aż 5:0. Nadchodzi doskonała okazja do rewanżu.

Przed laty Urszula Sipińska śpiewała piosenkę o pewnym Rafaelu. Autorka tekstu, Agnieszka Osiecka, zastanawiała się, czy ten ma w życiu jakiś cel. Przekładając treść na język meczu wieńczącego 7. kolejkę angielskiej ekstraklasy, najbliższy cel jest jeden – zwycięstwo. Sam zainteresowany podkreślał to podczas konferencji prasowej. Mówił również, że Liverpool jest jego domem i ma związane z  tym miejscem wspaniałe wspomnienia – nic dziwnego, właśnie z tym klubem sięgał po jedyne dotąd zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Mimo że spotkanie z byłym zespołem rozegrane zostanie na St James’ Park, to z pewnością w oczach szkoleniowca zakręci się niejedna łezka.

Komentarze:
Przeczytaj także: