Wojciech Kowalski

Praca trenerów? W Polsce im dłużej, tym z drużynami gorzej

O micie „budowy zespołu”

17 grudnia 2016

Jacek Zieliński w ostatnich tygodniach obrał bardzo niebezpieczny kurs. Szlak wyznaczony przez trenerów, którzy deklarując chęć długofalowej budowy zespołu, to co najlepsze zaoferowali na samym początku. Chociaż w tej drodze trudno znaleźć więcej logiki, niestety na przestrzeni ostatnich lat była ona dość często obierana. Na nieszczęście szkoleniowców, nigdy nie kończyła się dobrze.

Trener Cracovii ma bez wątpienia problem. Drużyna nie gra na miarę swoich możliwości, każdy kolejny mecz przypomina bardziej męczarnie, aniżeli płynną rozgrywkę. I chociaż od czasu do czasu możemy ujrzeć przebłyski formy, jak chociażby w spotkaniu derbowym, to nikt nie ma cienia wątpliwości, że to nie jest najlepsza wersja „Pasów”. Tym bardziej, kiedy przypomnimy sobie, że przecież nie tak dawno przy ulicy Józefa Kałuży wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Był taki moment, gdy piłkarze Cracovii prezentowali bezapelacyjnie najefektowniejszy styl spośród całej ligowej szesnastki. W ślad za nim szły nie tylko wyniki i duża liczba bramek, ale też mnogość schematów, kapitalne zgranie. Mówiąc wprost, po drużynie Jacka Zielińskiego gołym okiem było widać, że ma ona swój pomysł na siebie – na warunki ligowe to już naprawdę duże coś. Wszystko zaś rozpoczęło się od „cudu”. Zmęczone „Pasy” po nieudanej epoce Roberta Podolińskiego w ciągu jednego tygodnia wyglądały, jakby piłkarzy dotknęła magiczna różdżka. W rzeczywistości nowy szkoleniowiec natychmiast złapał chemię z szatnią, dokładając do tego kilka korekt. Niewątpliwie rewolucyjne okazało się odkurzenie Mateusza Cetnarskiego. W efekcie przez ostatnie kolejki sezonu Cracovia przebrnęła, zmiatając kolejnych rywali.

Kolejny sezon miał być tylko potwierdzeniem rosnącego prestiżu klubu. Faktycznie, jesienią Cracovia podtrzymała wysoką dyspozycję, na stałe meldując się w czołówce tabeli. Zielińskiego zaś uznano za pierwszego trenera od niepamiętnych czasów, który w drużynie Janusza Filipiaka może wykręcić naprawdę porządny wynik. Wreszcie.

Problemy zaczęły się wiosną, gdy z klubem pożegnał się Denis Rakels. Klub nie przygotował na wiosnę planu B, stąd też gra Cracovii wyraźnie wyhamowała. Nawet 4. miejsce na koniec sezonu nie mogło zatrzeć ogólnego wrażenia, że ekipa Zielińskiego straciła impet. Najgorsze jednak dopiero miało nadejść. Dobrze wiemy o czym mowa, prawda? Macedońska Szkendija w pełni obnażyła największe problemy krakowian, przedwcześnie kończąc sen właściciela drużyny o fazie grupowej Ligi Europy. Wkrótce zaś z klubem postanowił się rozstać Bartosz Kapustka.

Macedońska Szkendija w pełni obnażyła największe problemy krakowian, przedwcześnie kończąc sen właściciela drużyny o fazie grupowej Ligi Europy.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że klub już od dłuższego czasu musiał być świadomy odejścia pomocnika. Świadczyć o tym powinny przecież liczne transfery przeprowadzone latem. Niestety mimo nie najgorszych prób – w końcu nazwiska Malarczyka, Szczepaniaka, a zwłaszcza Krzysztofa Piątka na polskie warunki powinny robić wrażenie – Zielińskiemu nie udało się przywrócić „tej pierwszej” wersji zespołu. Ostatecznie zimę klub spędzi w dolnej części tabeli, miejscu znanym przede wszystkim ze starych, gorszych czasów.

Symbolem tego marazmu powinien zostać wspomniany już Cetnarski, jeszcze w 2015 roku prawdopodobnie najlepszy ofensywny pomocnik ligi, jesienią tego sezonu przypominał już cień samego siebie. Cracovia szkoleniowca z Tarnobrzega jest mniej więcej właśnie taka jak „Cetnar” – najpierw odrodzona i efektowna, teraz znużona.

Zielińskiego nie bronią też liczby. Postanowiliśmy sprawdzić bilans szkoleniowca, dzieląc jego pracę na dwa okresy:

Jacek Zieliński w Cracovii od 24.04.2015 r. do 31.12.2015 r.: 1. miejsce w wirtualnej tabeli, 30 meczów, 59 punktów, średnia 1,96 pkt/mecz.

Jacek Zieliński w Cracovii od 01.01.2016 r. do 16.12.2016 r.: 11. miejsce w wirtualnej tabeli, 35 meczów, 42 punkty, średnia 1,2 pkt/mecz.

Czy to oznacza, że trener Cracovii siedzi już na gorącym stołku? Tego nie powiedzieliśmy. Warto jednak, ku przestrodze, przypomnieć kilka historii z historii najnowszej ekstraklasy, które obrazują pewien problem. Otóż, ilekroć słyszymy hasła o długofalowej budowie zespołu, łapiemy się na tym, że z roku na rok ów proces przebiega dużo gorzej. To fascynujące, lecz fakty są niepodważalne. Ze święcą w ręku szukać fachowca, który w ciągu ostatnich lat zdołał przez kilka lat zbudować silną drużynę według autorskiego projektu. Przypomnijmy kilka historii z obecnej dekady. W roli głównej, fachowcy z najdłuższymi stażami na ławkach.

Odbudował Milę…

Był taki czas, gdy zdecydowana większość piłkarskiej Polski zauroczyła się trenerskim fachem Tadeusza Pawłowskiego. W zapomnienie odeszły urocze i lekko nieestetyczne obrazki legendy klubu podczas konferencji prasowej ściągającej górną część swojej garderoby. Zresztą, były ku temu podstawy. Skoro Śląsk od momentu zakontraktowania nowego szkoleniowca wyraźnie powrócił na prostą, a jesień kolejnego sezonu spędził w ścisłej czołówce tabeli, optymizm mógł się wydawać jak najbardziej uzasadniony. Podsumowaniem doceniającym dotychczasową pracę ówczesnego sternika wrocławian zostały zaproszenia do telewizji.

W tym wszystkim tkwił jeszcze jeden aspekt – wraz z polepszeniem gry, w dyspozycji klubu dostrzeżono jeszcze inne kluczowe zjawisko, odbudowę Sebastiana Mili. Rzeczywiście, w tamtym okresie pomocnik zdecydowanie odżył. Sam zainteresowany nawet nie próbował chować się za kotarą dyplomacji, wspominając o trudnych czasach. Opowiadał m.in., że to dzięki Pawłowskiemu zrzucił wagę, a także odzyskał radość z gry – coś czego mu brakowało u trenera Levy’ego. Zwieńczeniem zaś tej eksplozji formy okazał się jesienny mecz z Niemcami. Można zaryzykować tezę, że kilkanaście minut gry na Narodowym zagwarantowało piłkarzowi dostatnie lata w Lechii i ogólnopolską sławę.

Widać więc gołym okiem, że na cały 2014 rok szkoleniowiec nie musiał specjalnie narzekać. Problem w tym, że ten stan rzeczy miał być tylko krokiem w kierunku budowy ligowego potentata. Tymczasem w następnym roku drużyna zaczęła przypominać zardzewiały pojazd.

… potem treningi czytał z kartki

I chociaż łatwo byłoby zrzucić znów wszystkie winy na „pocałunek śmierci”, czyli 4. miejsce na koniec sezonu 2014/2015, kłopoty zaczęły się wcześniej. Po odejściu Sebastiana Mili do Gdańska szkoleniowiec nie zdołał wymyślić planu B. W efekcie Śląsk stracił impet w trakcie rundy rewanżowej, a także przyjemny dla oka styl. Mecze coraz częściej przypominały męczenie buły, aniżeli sympatyczną rozrywkę. Tylko jeszcze większa słabość rywali sprawiła, że ostatecznie Śląsk doczłapał się do mety na miejscu premiowanym występami w Europie.

Tylko co z tego, skoro jesienią już definitywnie wszystko się posypało? Smaku pucharów zespół nie zdoła de facto odczuć. Czwarta runda w wykonaniu trenera, zamiast umocnić jego pozycję, tylko ją pogrążyła. Jedynym piętnem, jakie szkoleniowiec zdołał wycisnąć na drużynie, stały się dramatycznie nudne spotkania. Efekt? Urlopowanie pana Tadeusza, który… trzy tygodnie później wylądował w krakowskiej Wiśle. Docenienie fachu? Raczej bezmyślne poszukiwanie ratownika przez krakowski klub. O tym etapie swojej trenerskiej kariery sam zainteresowany wolałby zapomnieć. W ciągu trzech meczów „Biała Gwiazda” pod jego wodzą stała się pośmiewiskiem. Z treningów klubu dobiegały natomiast informacje, jakoby Pawłowski przygotowywał treningi… z kartki. I mylił imiona piłkarzy.

W ciągu trzech meczów „Biała Gwiazda” pod wodzą Pawłowskiego stała się pośmiewiskiem.

Czym zatem wytłumaczyć początkową hossę Śląska pod wodzą trenera? Nowym impulsem? Charakterem? Chęciami piłkarzy? Z całym szacunkiem, raczej nie filozofią i taktyką.

Tadeusz Pawłowski w Śląsku, rok 2014: 2. miejsce w wirtualnej tabeli, 33 mecze, 62 punktów, średnia 1,87 pkt/mecz.

Tadeusz Pawłowski w Śląsku, rok 2015: 13. miejsce w wirtualnej tabeli, 36 meczów, 39 punktów, średnia 1,08 pkt/mecz.

Gliwickie San Francisco

Pełno miejsca długofalowej polityce swego czasu poświęcano również w Gliwicach. I wcale nie mamy tu na myśli ostatniego sezonu w wykonaniu gangu Latala, lecz nieco starszy okres. Konkretnie – pierwszy sezon po powrocie Piasta do ekstraklasy. Właśnie wtedy, beniaminek prowadzony już od kilku lat przez Marcina Brosza zdołał na swój sposób ośmieszyć stawkę rywali, zajmując przy tym 4. miejsce. Jasne, styl zespołu nie był zbyt powalający, bardziej opierał się na walce, wybieganiu oraz skuteczności, jednak na nasze warunki zdecydowanie zdawał egzamin. Choć trudno w to uwierzyć, to właśnie wtedy o sile drużyny stanowił ówczesny czołowy ligowiec… Tomasz Podgórski.

Piast był na ustach niemalże całej dziennikarskiej Polski. Największe portale oraz stacje telewizyjne przygotowywały reportaże o zarządzie klubu, jednogłośnie podkreślając rozsądek i konsekwencję działaczy. Tak, tak, dobrze czytacie – ROZSĄDEK i KONSEKWENCJĘ. Brzmi to niewiarygodnie, gdy uświadomimy sobie wszystkie wydarzenia, jakie w klubie zaszły od tamtego czasu. Absurdalne zmiany na ławce, sprowadzanie hiszpańskiego szrotu, zastępowanie go czeskimi zawodnikami… sporo tego.

Z Marcinem Broszem sytuacja wyglądała trochę inaczej. Z jednej strony, wynik szkoleniowca niewątpliwie doceniano, z drugiej – sama jego postać wzbudzała pewnie dystans, przede wszystkim spowodowany jego podejście do mediów. Dlatego też w momencie kryzysu drużyny opinia publiczna niespecjalnie wzięła trenera w obronę – Piast nie tylko na starcie zakończył swoją przygodę w europejskich pucharach, ale też w lidze napotkał na mnóstwo problemów. Wyrachowany, fizyczny futbol obrócił się przeciwko klubowi, formę zgubiło kilka filarów zespołu. Nudny styl drużyny stracił swój główny argument – efektywność. Gdy tego zabrakło, włodarze Piasta postanowili zmienić politykę o 180 stopni, zatrudniając znikąd Angela Pereza Garcię.

Po zwolnieniu trenera Brosza jego zawodnicy zaczęli pośrednio odsłaniać kulisy pracy szkoleniowca. Długi okres pracy szkoleniowca okazał się jego największym przekleństwem. Piłkarzom zwyczajnie znudził się wyrachowany, mało efektowny i zdyscyplinowany styl gry. Pierwsze mecze pod wodzą Pereza Garcii były tego najlepszym dowodem – drużyna zaczęła grać z polotem, widowiskowo. Że za tym nie krył się jakikolwiek warsztat? To już dla wielu problemem nie było. Reasumując, szkoleniowiec zamiast zbudować drużynę, swoją filozofią wynudził piłkarzy, którzy odżyli po przyjściu luźnego, sympatycznego i trochę nierozgarniętego Hiszpana.

Marcin Brosz, sezon 2012/2013: 4. miejsce, 30 meczów, 46 punktów, średnia 1,53 pkt/mecz.

Marcin Brosz, sezon 2013/2014: 14.miejsce, 32 mecze, 35 punktów, średnia 1,09 pkt/mecz.

Krok do przodu, ile w tył?

Kiedy na Łazienkowskiej trzy lata temu zatrudniano Henninga Berga w miejsce Jana Urbana, szefostwo klubu postanowiło swoją decyzję obronić spójną wizją. Pomimo tego że poprzedni szkoleniowiec pozostawił drużynę na pierwszym miejscu w tabeli, nikt nie miał wątpliwości, że przygoda Legii w Lidze Europy obnażyła wiele problemów zespołu. Zakontraktowanie Norwega miało być zatem krokiem do przodu, konieczną ewolucją drużyny. Nowego trenera z ciekawym CV i bogatą historią (pamiętacie telefon do Fergusona?) traktowano jako potrzebny bodziec, niezbędny impuls w rozwoju drużyny.

To prawda, była gwiazda Premier League miała w Polsce trudny początek. Jeszcze nie rozpoczęła rundy wiosennej, już miała przeciw sobie grono sceptyków. Chociaż Berg zdobywał punkty, pchając zespół w kierunku mistrzostwa, gra legionistów nie porywała. Z kolei zdobyty przez warszawian tytuł część wręczała tak naprawdę Urbanowi, mimo że był to pierwszy sezon z podziałem dorobku po rundzie zasadniczej. W efekcie dla wielu o słuszności zatrudnienia Norwega miał dopiero udowodnić następny sezon. A ten, jak pamiętamy, jesienią w wykonaniu Legii był absolutnie bardzo dobry. Tylko przez fatalny błąd administracyjny zespół odpadł z walki o Ligę Mistrzów, lecz w Lidze Europy pozostawił po sobie niezwykle przyjemne wspomnienia.

Nawet jeśli Legia przez moment wykonała krok do przodu, trudno było zaprzeczyć, że w drugiej części norweskiego projektu postawiła przynajmniej krok wstecz.

Nie bójmy się tego określenia – pod koniec 2014 roku mało kto próbował podważać pracę Norwega. Sam osobiście należałem do grona osób, którzy widzieli w szkoleniowca kandydata na tego człowieka, który po raz pierwszy od długiego czasu przekroczy w Polsce bramy Ligi Mistrzów. A jednak, stało się. Wielokrotne rotacje, przekonanie o własnej sile, a także zatracenie stylu, poskutkowały porażką Legii na ligowym froncie. Bergowi pozwolono jeszcze poprowadzić klub przez kilka miesięcy, jednak każdy gołym okiem mógł dostrzec, że ta formuła zdołała się wypalić. W ostatecznie po trzech rundach z hakiem Skandynawowi postanowiono podziękować. Nawet jeśli Legia przez moment wykonała krok do przodu, trudno było zaprzeczyć, że w drugiej części norweskiego projektu postawiła przynajmniej krok wstecz.

Henning Berg, rok 2014 w Legii: 1.miejsce, 35 meczów, 76 punktów, średnia 2,17 pkt/mecz.

Henning Berg, rok 2015 w Legii: 2.miejsce, 29 meczów, 49 meczów, średnia 1,69 pkt/mecz.

Przypadek niepotwierdzający reguły?

Ktoś wskaże Michała Probierza jako przykład obalający powyższe rozważania – w końcu szkoleniowiec Jagiellonii w tym momencie lideruje w klasyfikacji najdłuższego stażu, przywdziewając tzw. żółtą koszulkę. Szczerze gratulując szkoleniowcowi i doceniając wykonywaną przez niego pracę, należy dobitnie podkreślić, że ten na dobrą sprawę niemalże cały czas musi budować zespół. Wszyscy przecież wiemy, na jakich filarach opiera się funkcjonowanie drużyny z Białegostoku. Zwyżka formy, a co za tym idzie – lepsza jakość piłkarzy, podnosi ich wartość, doprowadzając do transferów. Od wielu lat Jagiellonię chwali się przede wszystkim za doskonałe interesy, szlifowanie zawodników na prawdziwe gwiazdy. Sprzedawane później z zyskiem. Przecież na takich zasadach z Podlasia wytransferowano już Michała Pazdana, Bartłomieja Drągowskiego czy Patryka Tuszyńskiego. Następni w kolejce są zaś kwestią czasu. Jeśli więc pod takim kątem spojrzymy na pracę trenera, możemy faktycznie dostrzec tu pewien szlif. Naszym jednak zdaniem Michał Probierz nie otrzymał jeszcze prawdziwej szansy, by spokojnie skonstruować ekipę według własnego, długofalowego projektu.

Skoro po hossie musi nastąpić bessa, Białystok jest idealnym miejscem obrazującym sytuację. Po świetnym sezonie 2014/2015 drużyna napotkała problem w trakcie następnych rozgrywek. I chociaż wielu wieszczyło już koniec Probierza, ten obronił swoją pozycję. A dziś znów może być dumny z kolejnej drużyny, która zimę spędzi w czołowej trójce. Do czasu, gdy znów zabiorą mu piłkarzy, a budowa rozpocznie się na nowo.

Komentarze:
Przeczytaj także: