Kamil Tybor

Pobudka. Ligue 1 po krótkiej przerwie czas zacząć!

Po 23 dniach na boiska wróciły rozgrywki o mistrzostwo Francji

16 stycznia 2017

Miniony weekend we Francji przyniósł nie tylko intensywne opady śniegu i porywiste podmuchy wiatru. Przyniósł też ulgę wszystkim sympatykom francuskiej piłki nożnej. Po dwudziestu trzech dniach przerwy wznowiono rozgrywki Ligue 1. Rozgrywki mimo wszystko przez wielu niedoceniane, niecieszące się już taką estymą jak dawniej, a jednak ciągle prezentujące wysoki poziom i aspirujące do statusu, jaki dziś posiada włoska Serie A.

Ligue 1 to liga w Polsce do pewnego czasu zapomniana, a teraz – ze wględu choćby na naszych rodaków w niej występujących – przezywająca swój mały renesans. Oczywiście pamiętać należy, że jaki renesans, taki jego Da Vinci, a nim dla francuskiej piłki ligowej był bez wątpienia Zlatan Ibrahimović. W dużej mierze to właśnie rosły, niebanalny Szwed występujący ostatnimi czasy w Paris Saint-Germain, odpowiedzialny jest za marketingowy rozwój piątych obecnie – według klasyfikacji UEFA – zmagań piłkarskich w Europie. Rywalizacji, która wbrew utrudnień – choćby ograniczeń fiskalno-prawnych i francuskiego systemu podatkowego – stara się równać do tych najlepszych. Dzieje się tak za sprawą katarskich i rosyjskich pieniędzy pompowanych w kluby ze stolicy i Księstwa Monako, a także prawdziwych pasjonatów i tytanów pracy jak legendarny prezes Olympique Lyon Jean-Michel Aulas czy sternik OGC Nice Jean-Pierre Rivère. Aktualnie Ligue 1 obrała pułap wznoszący, a jeśli kiedyś przyjdzie jej znów spadać, to jak ogólnie wiadomo – lepiej robić to z wysokiego konia.

Spokojna francuska zima

Zima to okres bardzo spokojny. Ujemne temperatury, padający śnieg i mrok nastający dużo wcześniej niż zazwyczaj nie sprzyjają wzmożonej aktywności. W gabinetach prezes i dyrektorów sportowych pracujących w klubach piłkarskich na próżno szukać intensywnych i gwałtownych poczynań. Starają się oni skupiać raczej na zachowaniu stabilności, ewentualnie delikatnych korektach czy uzupełnieniach składu. Naturalnie zdarzają się zdecydowane ruchy, ale te spowodowane są głównie pojawiającym się w ich oczach przerażającym widmem degradacji. Dokładnie taka spokojna zima panuje nad Sekwaną.

Bieżące okienko transferowe w Ligue 1, przynajmniej jak na razie – z jednym wyjątkiem,  nie przyniosło spektakularnych rezultatów. Francuskie kluby, rozsądnie podchodzące do wydawania pieniędzy, i tym razem nie były nader aktywne. Najgłośniejszego transferu dokonało bogate PSG, postanawiając ściągnąć do siebie „Wunderkinder” niemieckiej piłki Juliana Draxlera za bagatela 40 milionów euro. Drugim co do wielkości transferem gotówkowym pochwaliło się FC Lorient, płacąc 2 miliony w europejskiej walucie za Mathieu Peybernesa z SC Bastia. Ciekawych wzmocnień dokonało też walczące o utrzymanie SCO Angers. „Les Scoïstes” wypożyczyli z Montpellier oraz AS Saint Etienne odpowiednio Kévina Bérigaud i Jonathana Bambe, a więc solidnych zawodników.

Najciekawszym transferem wychodzącym z ligi francuskiej jest przejście Paula-Georgesa Ntepa do VfL Wolfsburg. Za pomocnika i jednocześnie konkurenta Kamila Grosickiego w walce o miejsce w pierwszym składzie Niemcy zapłacili Stade Rennais 10 milionów euro.

Łączna suma, jaką w zimowym okienku transferowym wydały pierwszoligowe francuskie kluby, wynosi 44,5 miliona euro (stan na 15.01.2017), a 89,9% z niej na zawodników spożytkowano w Paryżu. Nadmienić warto, że jest to kwota, jaka plasuje Ligue 1 na piątym miejscu w porównaniu nakładów transferowych ze wszystkich światowych rozgrywek – za chińską Superligą, Premier League, Serie A i Bundesligą. Dotychczas na transfery nie zdecydowano się jeszcze w Nicei, Marsylii, Bordeaux oraz Lyonie.

Jesienne wspomnienie

Runda jesienna Ligue 1 była wyjątkowo ciekawa i obfitująca w wiele niespodzianek. Przed sezonem wśród głównych faworytów wymieniano bezpośrednio Paris Saint-Germain i AS Monaco. Nikt, ale to nikt – nawet w zainteresowanych klubach – nie śmiał przypuszczać, że po dziewiętnastej kolejce sensacyjnym liderem będzie zespól OGC Nice, Guingamp walczyć będzie o występy w europejskich pucharach, a Lille będzie blisko strefy spadkowej. Czwarty w tabeli Olympique Lyon i 15. Dijon FCO na półmetku rozgrywek dzieli jedynie dziesięć punktów, dlatego walka o triumfy i ostateczne rozstrzygnięcia w rundzie wiosennej zapowiadają się naprawdę bardzo interesująco.

Początek w pechowy piątek

Z pozytywnym nastawieniem zasiadłem do entrée 20. kolejki, jakim było starcie Lille OSC z AS Saint Etienne. Spotkanie w Lille było wyjątkowe ze względu na osobę Michela Seydoux, prezesa klubu z Flandrii, który stanowisko piastował przez ostatnich 15 lat, a w meczu z St. Etienne oficjalnie pożegnał się z kibicami. Mecz ten rozgrywany był w piątek i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie data – piątek trzynastego… a to pech. Jeżeli kibice „Mastifów” nie wierzyli do tej pory w przesądy, tego dnia po prostu uwierzyć w nie musieli.

Statystyki po 45 minutach kształtowały się następująco: posiadanie piłki 61%–39%, strzały 9–2, wszystko na korzyść Lille. Na tablicy wyników Stade Pierre-Mauroy widniało natomiast 0:1. Bramkę w 17. minucie po podaniu Monnet-Paqueta zdobył Romain Hamouma i to podopieczni Christophe Galtiera schodzili do szatni, prowadząc. Po zmianie stron sytuacja na murawie nie uległa znaczącej zmianie, zawodnicy trenera Collota starali się prowadzić grę i przebić się przez szczelną defensywę drużyny z Saint Etienne. Sztuka ta udała im się w 71. minucie. Dopiero co wprowadzony na boisko De Preville popisał się fenomenalnym strzałem zza pola karnego, odczarowując tym samym bramkę gości, której tego wieczora strzegł zastępujący Stéphane’a Ruffiera Jessy Moulin. Wynik nie zmienił się już i pierwszy mecz rundy wiosennej we francuskiej najwyższej klasie rozgrywkowej zakończył się podziałem punktów. Co ciekawe, był to 16. mecz z rzędu, w którym AS Saint Etienne nie zdołało wygrać w Lille. Po raz ostatni w roli zwycięzcy gracze z departamentu Loary wracali do domów 18 września 1993 (LOSC 0–2 AS Saint Etienne).

Po raz ostatni w roli zwycięzcy gracze z departamentu Loary wracali z Lille do domów 18 września 1993 (LOSC 0–2 AS Saint Etienne).

Sobota – ligowy debiut Draxlera

Sobotnim piłkarskim obiadem serwowanym w Ligue 1 miało być dla mnie spotkanie rozgrywane w Bretanii. Zespól Kamila Grosickiego kontra paryski dream team nieobecnego z powodu kontuzji i przezywającego niemałe katusze Grzegorza Krychowiaka. Stade Rennais niewygrywające w lidze od trzech ostatnich gier (jeden remis, dwie porażki) versus PSG, nie za dobrze radzące sobie w tym sezonie na wyjazdach (przegrane dwa ostatnie wyjazdowe mecze).

Mecz nie zachwycił, jednak w związku z nim na myśl przyszła mi pewna rzecz. Wśród wielu ludzi obecnych w piłkarskim światku utarło się bardzo górnolotne powiedzenie… mianowicie, że pieniądze nie grają. Według mnie tego dnia akurat na Roazhon Park w Rennes zagrały. 40 milionów euro zdobyło ważną bramkę i to dzięki nim trzy punkty powędrowały do Paryża. Bramkę dla zespołu prowadzonego przez Unaia Emery’ego w 39. minucie zdobył debiutujący w lidze Draxler, ustalając tym samym wynik spotkania. Stade Rennais – PSG 0:1.

Ciekawiła mnie też konfrontacja Mariusza Stępińskiego – najlepszego strzelca swojego FC Nantes (wliczając wszystkie rozgrywki tego sezonu) – z drużyną z Tuluzy. Liczyłem na to, że polski utalentowany zawodnik po raz kolejny może pokusić się o wpisanie na listę strzelców. Niestety tym razem wyręczył go Emiliano Sala, a sam Mariusz – o zgrozo! – opuścił boisko w 41. minucie, oficjalnie z powodu nie najlepszego stanu zdrowia, ale kto oglądał ten mecz, ten wie, iż Mariusz najjaśniejszą postacią w nim nie był. Mecz zakończył się zwycięstwem „Kanarków”. Toulouse FC – FC Nantes 0:1.

Pozostałe sobotnie wyniki:

Angers SCO – Girondins Bordeaux 1:1

FC Lorient – EA Guingamp 3:1

Montpellier Herault SC – Dijon FCO 1:1

AS Nancy Lorraine – SC Bastia 1:0

Niedzielny deser z Kamilem Glikiem

Wisienką na torcie 20. kolejki Ligue 1 był niedzielny mecz jednej z trzech niepokonanych na własnym stadionie drużyn, Olympique Marsylia (pozostałe dwie to Nicea i PSG) z zespołem grającym najbardziej ofensywna piłkę, zdobywcą największej liczby bramek (56), AS Monaco.

Najpierw jednak, bo o godzinie 15, na Allianz Riwierę w Nicei wybiegli gracze miejscowego OGC, by zagrać z głównym kandydatem do spadku – FC Metz. W spotkaniu tym nie wystąpił zawieszony za czerwoną kartkę Mario Balotelli – zobaczył ją za faul na Igorze Lewczuku z Bordeaux – i jego nicejskie „Orły” nie zdołały wygrać z ambitnie grającym tegorocznym beniaminkiem. OGC Nice – FC Metz 0:0.

Sensacyjnym rezultatem zakończył się mecz pomiędzy SM Caen a Olympique z Lyonu.

Sensacyjnym rezultatem zakończył się mecz pomiędzy SM Caen a Olympique z Lyonu. W 29. minucie po samobójczym trafieniu Maxwela Corneta i rzucie karnym wykorzystanym przez Ivana Santiniego zawodnicy z Normandii prowadzili 2:0. Jeszcze przed przerwą do wyrównania doprowadził niezawodny Alexandre Lacazette, zdobywając bramki w 35. i 45. minucie. W drugiej połowie spotkania toczącego się w ogromnych strugach deszczu kibice zebrani na Stade Michel-d’Ornano ujrzeli tylko jedną bramkę, zdobytą po raz kolejny przez Santiniego – zapewne dzięki niej Calvados w Caen lal się strumieniami do późnych wieczornych godzin. Maciej Rybus pojawił się na murawie w 73. minucie, zastępując Jeremy’ego Morela, a chwilę przed ostatnim gwizdkiem został ukarany przez arbitra żółtą kartką. SM Caen – Olympique Lyon 3:2.

W końcu nadszedł długo wyczekiwany crème de la crème, mecz meczów w pierwszej styczniowej kolejce Ligue 1. Stade Velodrome w Marsylii. Olympique – AS Monaco, dwa najbardziej utytułowane kluby Lazurowego Wybrzeża. Poprzedni mecz pomiędzy tymi drużynami odbył się w 14. kolejce – Monaco ograło wtedy gładko marsylczyków 4:0) – i jeśli liczyć tylko od tego czasu, zespół z Marsylii w lidze był niepokonany (cztery zwycięstwa, jeden remis, trzy czyste konta).

Niedzielny wieczór nie należał jednak do piłkarzy w charakterystycznych białych koszulkach. Całe show skradli im, ubrani tym razem na czarno, zawodnicy z Księstwa, wygrywając 4:1. Wynik w 16. minucie otworzył fenomenalny Thomas Lemar, podwyższył Radamel Falcao, a dzieła zniszczenia dopełnił – jeszcze przed zejściem do szatni – Bernardo Silva. Portugalczyk kilka minut po przerwie po raz drugi pokonał strzegącego bramki Olympique Yohanna Pele. Graczy z Marsylii stać było tego wieczora tylko na honorowe trafienie, w 28. minucie piłkę w siatce monakijczyków umieścił Rolando. Nasz reprezentacyjny obrońca, Kamil Glik, jak zwykle ostatnio rozegrał pełne spotkanie. Dzięki tej wygranej drużyna z Monako awansowała na pierwsze miejsce w tabeli.

 

Podsumowanie wideo 20. kolejki

Ligue 1 to nie Premier League, nie ma w niej takich środków finansowych, jakimi obsypują piłkarzy Chińczycy, ale to liga, z którą nie można się nudzić!

Komentarze:
Przeczytaj także: