Wojciech Anyszek

Piąta kolejka fazy grupowej czasem wielu rozstrzygnięć

Co przyniosły środowe spotkania piątej kolejki fazy grupowej Champions League?

fazy grupowej
23 listopada 2017

Środowe mecze 5. kolejki Ligi Mistrzów przyniosły kolejne rozstrzygnięcia. Głównym aktem wieczoru był mecz Juventusu z Barceloną. Miał to być dla mistrza Włoch rewanż za klęskę 0:3 w pierwszym pojedynku Champions League na Camp Nou. Piąte spotkanie fazy grupowej okazało się również szczęśliwe dla mistrza Anglii, Chelsea. Zapewniła sobie ona bowiem awans do fazy pucharowej. Wielkim rozczarowaniem okazała się Benfica, która w spotkaniu z CSKA w Moskwie ostatecznie pogrzebała swoje szanse. Nawet najwięksi pesymiści nie spodziewali się, że mistrz Portugalii po pięciu meczach nie zanotuje w tabeli choćby punktu. 

Pora przedstawić w telegraficznym skrócie to, co wydarzyło się drugiego dnia piątej kolejki fazy grupowej Champions League.

Hit fazy grupowej w Turynie

Mecz Juventusu z Barceloną był zapowiadany jako rewanż za pierwszą kolejkę spotkań grupowych. Na Camp Nou Barcelona pewnie pokonała finalistę poprzedniej edycji Ligi Mistrzów 3:0 i spowodowało to chęć zemsty ze strony mistrza Włoch. Juventus chciał również udowodnić, że ich ostatnia wpadka w lidze przeciwko Sampdorii była jedynie wypadkiem przy pracy. Spotkanie na Allianz Stadium toczyło się w szybkim tempie, szczególnie widoczne było to w przypadku turyńczyków. Bardzo aktywni w tym starciu byli dwaj skrzydłowi, Juan Cuadrado i Douglas Costa. Robili oni bowiem sporo szumu na boisku, z czym nie zawsze radziła sobie defensywa wicemistrza Hiszpanii.

Barcelona z kolei postanowiła nieco oszczędzić siły części zawodników. Będąc niemal pewnym awansu do fazy pucharowej, Ernesto Valverde postanowił, że w związku z meczem z Valencią w weekend da możliwość odpoczynku Leo Messiemu i Jordiemu Albie. Valverde wiele nie ryzykował, ponieważ nawet w przypadku porażki Barcelona i tak była pewna awansu. Doprowadziło do tego zwycięstwo Sportingu w drugim spotkaniu tej grupy.

Anglia wraca do żywych

Po latach posuchy angielskich klubów w Lidze Mistrzów wydaje się, że następuje ich powolny renesans w tych rozgrywkach. Drużyny z Premier League nie dość, że wygrywają, to czynią to w sposób bardzo efektowny. Wyjątkiem od tej reguły może być jedynie porażka Chelsea 0:3 w Rzymie, lecz patrząc na całokształt gry angielskich zespołów, można rzec, że grają świetnie. Niemal wszyscy reprezentanci ligi angielskiej, oprócz Liverpoolu i Manchesteru United, co jest tylko kwestią czasu, zapewnili już sobie awans do fazy pucharowej.

W środowy, chłodny wieczór 22 listopada swój dalszy byt w Lidze Mistrzów zapewniła sobie Chelsea. Mistrz Anglii przypieczętował wyjście z grupy drugim wysokim zwycięstwem nad mistrzem Azerbejdżanu Qarabagiem Agdam 4:0. Z kolei Manchesterowi United do tego celu wystarczył remis w meczu z FC Basel. Niestety dla kibiców drużyny Jose Mourinho ten cel nie został osiągnięty, ponieważ mistrz Szwajcarii postanowił odwlec swoim zwycięstwem świętowanie awansu Manchesteru.

Dramat Benfiki

Mało kto spodziewał się tak słabej postawy mistrza Portugalii w tym sezonie Ligi Mistrzów. Zwłaszcza że Benfica trafiła do grupy w miarę wyrównanej, w której powinna była poradzić sobie bez większego wysiłku. Nikt jednak nie przewidział tego, że utrata ważnego ogniwa, jakim był Julio Cesar, aż tak odbije się na postawie Benfiki.

O ile porażkę z Manchesterem United mistrzowie Portugalii mogli przewidzieć, to już brak zdobycia jakichkolwiek punktów po pięciu meczach trudno jest wytłumaczyć. Zdarzało się wprawdzie Benfice odpadać już na etapie fazy grupowej, ale nie w tak fatalnym stylu.

Atletico uciekło spod topora

Coraz częściej mówi się wśród sympatyków „Los Colchoneros” o poważnym kryzysie drużyny Diego Simeone. Zakaz transferowy, zmiana stadionu czy wreszcie prawdopodobne wyczerpanie formuły „Cholo” musiało odbić się na wynikach Atletico. Nikt jednak nie spodziewał się, że finalista Ligi Mistrzów z roku 2014 i 2016 będzie miał takie problemy na etapie fazy grupowej.

Atletico mocno skomplikowało sobie sytuację dwoma fatalnymi w skutkach remisami z Qarabagiem. Kto wie, czy te cztery stracone punkty w tych meczach nie będą kluczowe dla losów podopiecznych Simeone w tej edycji Ligi Mistrzów. By utrzymać się przy życiu, Atletico musi wygrać oba swoje spotkania i liczyć na wpadkę Romy z Qarabagiem. Jeden z tych trzech warunków już spełnili, ponieważ pokonali Włochów 2:0.

Pięćdziesiątka Lewandowskiego w Brukseli i kanonada PSG

W polskim starciu na stadionie Constanta Vanden Stocka pewny awansu Bayern podejmował outsidera grupy B, belgijski Anderlecht. Mistrz Niemiec z racji spokoju w grupie nie miał zbyt dużego ciśnienia na wynik, zwłaszcza że PSG i tak raczej zajmie pierwsze miejsce choćby z tytułu ogromnej liczby zdobytych goli.

Mimo problemów w pierwszej połowie i kilku sytuacji zmarnowanych przez Łukasza Teodorczyka Bayern pokazał, że jest aktualnie w dobrej dyspozycji. Szczególnie widać to po Robercie Lewandowskim, który w starciu z mistrzem Belgii ustanowił swój osobisty rekord liczby goli w roku kalendarzowym. Bramka w Brukseli była jego 50. trafieniem w 2017 roku, co do tej pory udało się jedynie Leo Messiemu.

Z kolei Paris Saint-Germain znów udowodnił swój olbrzymi potencjał w ofensywie. Celtic pokazał, że pod żadnym pozorem nie należy denerwować bestii, jaką jest w tym sezonie zespół ze stolicy Francji, ponieważ może ona łatwo pożreć, przeżuć i wypluć swoją ofiarę. Tym, który rozjuszył paryskiego potwora, był w piątej kolejce fazy grupowej Champions League Moussa Dembele.

Jego gol z pierwszej minuty dał chwilowe złudzenie mistrzowi Szkocji na ewentualny sukces w Paryżu. Niezwykle naiwni jednak okazali się podopieczni Brendana Rodgersa, ponieważ jeszcze do przerwy PSG doprowadziło do wyniku 4:1. Niewiele lepiej dla Celticu było po przerwie, gdyż po zmianie stron Neymar i spółka wbili rywalowi jeszcze trzy gole.

Środowe mecze piątej kolejki fazy grupowej Champions League dały awans kolejnym dwóm zespołom. Do PSG, Bayernu, Manchesteru City, Besiktasu, Realu i Tottenhamu dołączyły po środowych spotkaniach Chelsea i Barcelona.

Komentarze:
Przeczytaj także: