Radosław Sendra

Pep się myli? LFC i United śpieszą z pomocą. Jak nie reklamować ligi – wersja EPL

Pep Guardiola „odkrył” to, o czym wiedzą wszyscy, ale głośno nie mówi o tym nikt

101greatgoals.com
17 października 2016

W niedzielę Wielka Brytania zadrżała w posadach na konferencji po remisowym meczu Manchesteru City z Evertonem, kiedy to Pep Guardiola, zapytany o intensywność rozgrywek, odesłał żurnalistów do oglądania Bundesligi i Primiera Division. Zakochani w Premier League kibice podnieśli w mediach społecznościowych rwetes – przecież ich ukochane zespoły przegrywają w Europie tylko dlatego, że siły tracą na krajowym podwórku! Nie minęła doba, a Liverpool i Manchester United postanowiły wesprzeć hiszpańskiego szkoleniowca. Szlagier – jak nieadekwatnie to brzmi. 

Jeśli tak mają wyglądać derby Anglii, to lepiej, żeby nad stadionem zrywała się burza z piorunami, a mecz był przekładany na inny termin. Widowisko (choć to słowo jest co najmniej nie na miejscu), na które czekały miliony, było o wiele bardziej rozczarowujące niż wynik na tablicy po 90 minutach. Ile przecież widzieliśmy spotkań z wynikiem 0:0 będącym efektem dziesiątek znakomitych akcji, po których ryzyko zawału wzrastało dziesięciokrotnie? Liverpool do tego typu roboty zabrał się dopiero pod koniec spotkania. Zresztą skrajnie defensywny Mourinho nie pozwolił chłopcom Kloppa na dobrą zabawę.

Dwie świetne interwencje de Gei, jeden wart zauważenia strzał Coutinho – na tym kończy się wyliczanka sytuacji, które można pokazywać dzieciom, aby rozkochać je w futbolu. Uśredniając, jedna akcja na pół godziny. Przynajmniej przez chwilę nie bawmy się w koneserów taktycznych rozwiązań. Wszyscy przecież chcemy goli, walki na boisku, gry na jeden kontakt i wchodzenia do bramki, mijając bramkarza ruletą. Co się tyczy emocji, starcie „The Reds” z „Czerwonymi Diabłami” mogło z umiarkowanym powodzeniem konkurować z układaniem pasjansa na starym Windowsie.

Mityczna intensywność vs Pep Guardiola: jesteście słabi

Co bardziej zatwardziali premierligofile będą próbowali usprawiedliwiać oba zespoły, które w tak nieumiejętny sposób zatrzymały nas przy telewizorach. Prawdą jest jednak, że piłka na niewysokim poziomie nie powinna nikogo dziwić – mowa przecież o klubach, które nawet nie zakwalifikowały się do Ligi Mistrzów, a i grają w lidze, której przedstawiciele sięgnęli po najcenniejsze klubowe trofeum zaledwie raz w ostatnich ośmiu latach. W weekend oczom Anglików ukazał się śmiałek, który postanowił nazywać rzeczy po imieniu.

– Wiele razy słyszałem o intensywności gry w Premier League, tyle że chyba żaden z was nie widział, jak wygląda to w La Lidze czy w Bundeslidze. (…) Myślę, że powinniście szanować inne rozgrywki – tak Pep Guardiola odpowiedział zapytany o intensywność w Premier League. Prócz śmiałej wypowiedzi Hiszpana należy zwrócić uwagę na sam fakt pytania – pojawia się remis, rozmowa wchodzi na temat trudów ligi, ale nie ze strony menedżera, a dziennikarza. W powietrzu czuć zapach nonsensu.

Kilka chwil później Guardiola mówił jeszcze, że Barcelona miewa przebieżki w lidze, ale nie ze względu słabości rywali, lecz genialny skład. Tutaj prawda na pewno nie jest tak bliska słowom Katalończyka, ale szpilkę w angielski wymiar postrzegania futbolu wbił niczym guru akupunktury. Wracając do intensywności, Klopp i Mourinho postanowili wspomóc w szerzeniu idei swojego zagranicznego kolegę. Październikową nudę też zrzucimy intensywność?

Komentarze:
Przeczytaj także: