Kuba Machowina

Okoński: Jestem bardzo mało plemienny

27 kwietnia 2013

Miałem niedawno przyjemność przeprowadzić wywiad z jednym z największym znawców Premier League w Polsce, człowiekiem bezgranicznie zakochanym w Tottenhamie, któremu ta miłość nie przeszkadza jednak życzliwie patrzyć na Arsenal i krytykować Garetha Bale’a za nurkowanie. Prywatnie jest ojcem dwóch synów (6 i 4 lata), już dziś próbującym pogodzić się z faktem, że w przyszłości wybiorą inne kluby do kibicowania. Od swojego dziennikarstwa wymaga wysokich standardów – wyznaczanych m.in. przez Jonathana Wilsona i kwartalnik „Blizzard”. Zapraszam na rozmowę z zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”, autorem książki i bloga „Futbol jest okrutny”, Michałem Okońskim.

Dziennikarze sportowi unikają jak ognia jasnych deklaracji co do swoich sympatii klubowych. Pan swojego kibicowskiego coming outu dokonał już dawno. Dlaczego akurat Tottenham?

To długa historia, opowiadam ją zresztą w książce, która w przyszłym tygodniu ukaże się nakładem wydawnictwa Czarne i jest efektem mojej przygody blogowej. Wszystko zaczyna się w roku 1987, kiedy jako 16-letni licealista jadę autobusem, czytając nieistniejący już sportowy dziennik „Tempo”. Usiłuję otworzyć gazetę i znaleźć relację z meczu Cracovii, jednak w tłoku nie jestem w stanie tego zrobić, dlatego skupiam się na ostatniej stronie. Znajduję sprawozdanie z meczu IV rundy Pucharu Anglii, zaczynam czytać, odnoszę wrażenie, że parę nazwisk piłkarzy już gdzieś słyszałem, a i sama nazwa klubu brzmi niebanalnie…

Pamięta Pan wynik?

Michał Okoński
Michał Okoński (fot. Grażyna Makara / Tygodnik Powszechny )

4:0 dla Tottenhamu, który – jak wszystko wtedy wskazywało – szedł po zwycięstwo w Pucharze Anglii. Szedł, ale nie doszedł… gdybym to wiedział zawczasu i gdybym nie zaczął od tamtego poniedziałku maniakalnie śledzić wyników tej drużyny, może byłbym dziś zupełnie normalnym człowiekiem.

Dzisiejszemu czytelnikowi wypada dopowiedzieć, że ta historia zaczyna się jeszcze w PRL-u. Dopływ informacji z Anglii jest mocno ograniczony, a wyniki meczów prezentuje się w sposób cokolwiek oryginalny. W niedzielne wieczory w telewizji pojawia się tablica sportowego totka, na której można przeczytać np. „Liverpool – Tottenham 1”, co oznacza, że wygrał gospodarz, „X”, czyli remis, lub „2”, czyli zwycięstwo gości. W poniedziałek prasa sportowa najczęściej publikuje wyłącznie wyniki, czasem strzelców bramek, prawie nigdy – składy. W dodatku opisując to, co się dzieje na Wyspach, jako fakty podaje tzw. rumors, plotki, najczęściej dotyczące transferów. Mam gdzieś zeszyty z notatkami z tamtych czasów, z których wynika, że przez długie miesiące żyłem w przekonaniu, iż piłkarzem Tottenhamu jest zawodnik, którego klub nigdy nie kupił, wbrew temu, co napisał nieszczęsny dziennikarz „Tempa”.

Wiele czasu minęło, zanim w końcu, w wolnym kraju, stałem się abonentem Canal Plus i zobaczyłem moją drużynę w telewizji.

Który to był rok?

Musiało minąć jakieś dziesięć lat mojego kibicowania „na nieoglądanego”, może 1997? Oczywiście widywałem jakieś migawki, pojedynczych piłkarzy w meczach reprezentacji, ale tego doświadczenia nigdy nie zapomnę. Było trochę tak, jakbym jako ośmioletni chłopiec zakochał się w koleżance z kolonii, potem utrzymywał z nią kontakt listowy i w końcu, jako dorosły już facet, miał zobaczyć ją po raz pierwszy jako równie dorosłą kobietę. Mocna rzecz, a trema… gigantyczna.

I jaka była ta dziewczyna z White Hart Lane?

Dla mnie było już za późno: musiałem uwierzyć w jej urodę i w siłę własnego uczucia do niej. Nawet fakt, że przegrała, u siebie z Manchesterem United na inaugurację sezonu, nie był w stanie tego zmienić.

Co Pana najbardziej pociąga w Premier League?

Są rzeczy opisywane i oczywiste: walka do końca i rozstrzygnięcia w „Fergie Time”, nieprzewidywalność, faworyt dostający lanie od słabeusza, nieodpuszczanie sobie i rywalowi, dzikie tempo gry… Zwłaszcza to ostatnie – ileż to razy słyszeliśmy od zawodnika przyjeżdżającego na Wyspy, że musiało minąć dobrych parę meczów, zanim się przyzwyczaił do szybkości, z jaką piłka lata mu nad głową.

Jest też drugi aspekt, o którym sporo piszę w książce: kwestia społeczna. Angielskie kluby były zawsze zakorzenione w swoich miastach i dzielnicach – były „stąd”. 60 proc. tamtejszych kibiców wynosi swój piłkoholizm z domu, dziedziczony po rodzicach i dziadkach, i chodzi na te same trybuny, co oni. Oczywiście w związku z globalizacją to się zmienia – sam nie urodziłem się przecież w okolicach White Hart Lane, ale doceniam fakt, że mój klub dba o tożsamość, działa na rzecz rozwoju dzielnicy, za pośrednictwem swojej fundacji wspiera rozwój miejscowej młodzieży itd. Równie mocno poruszają mnie historie o kibicach, którzy jednoczą się i zakładają własne kluby, nie akceptując polityki chciwego właściciela ich dotychczasowej drużyny (vide losy AFC Wimbledon albo FC United of Manchester), albo walczą o uratowanie klubu przed bankructwem – jak w przypadku szeroko opisywanego przeze mnie Portsmouth. Historie, które mogą być uniwersalne, choć angielska tradycja, dzielność i zdolność samoorganizacji, czyni je wyjątkowymi.

Jest wreszcie sposób, w jaki piłka jest na Wyspach opowiadana – przez ludzi inteligentnych i dla ludzi inteligentnych, przy użyciu skojarzeń i kontekstów pozapiłkarskich, np. literackich bądź filmowych. Oprócz samej gry kręci mnie więc mówienie o niej przez grupę tamtejszych dziennikarzy, zwłaszcza związanych z redagowanym przez Jonathana Wilsona kultowym już kwartalniku „The Blizzard”. Wilson zresztą też jest po „coming-oucie” – wszyscy wiedzą, że kibicuje Sunderlandowi.

Patrzy Pan łaskawym okiem na jakieś inne kluby w Anglii? Kibicuje Pan komuś oprócz Tottenhamu?

Ja w ogóle jestem bardzo mało plemienny: chociaż nie kryję sympatii do Tottenhamu, to przecież nie jest tak, że nie widzę np., jak Gareth Bale nurkuje, a jeśli sędzia myli się na naszą korzyść, nie przymykam oka. Ze wszystkich sił próbuję być obiektywny, staram się także zachęcać czytelników mojego bloga do podobnego stylu i mam wrażenie, że większość naszych dyskusji przebiega w sposób wręcz salonowy.

Jeśli mam swoich ulubieńców spoza północnego Londynu, to takich, którzy próbują zaszczepiać na Wyspach grę opartą na posiadaniu piłki. Lubię małe, lokalne drużyny z niewielkimi stadionami, za którymi nie stoi wielki biznesmen, oraz takie, które wierzą, że w futbol można grać po ziemi, np. Swansea czy Wigan. Jestem też na tyle niestandardowym kibicem Tottenhamu, że lubię oglądać… Arsenal.

Właśnie o to chciałem spytać…

Cenię Arsene’a Wengera i to, jak zmienił angielską piłkę. Oczywiście czasem bolą mnie zęby, pewnie tak samo jak kibiców „Kanonierów”, patrzących na to, jak klub ponosi klęski na rynku transferowym, albo nie potrafi dowieźć korzystnego wyniku do 90. minuty. Może to jakiś północnolondyński wirus?

Jak według Pana wyglądać będzie przyszłość Tottenhamu? Czy „Koguty” na dobre zagoszczą w elicie Premier League, czy znów wrócą do szarej rzeczywistości? Mówi się, że Bale odejdzie…

Kluczem jest oczywiście końcówka tego sezonu. Jeśli będzie czwarte miejsce i awans do Ligi Mistrzów, to gwiazdy – bo przecież nie tylko Bale – zostaną i Tottenham zrobi kolejny krok naprzód. Wiadomo, że aby klub się rozwijał, musi albo grać w LM, albo mieć możnego sponsora, albo stabilne dochody z innych źródeł – np z biletów na duży stadion. Jestem pod wrażeniem tego, jak prezes Daniel Levy zarządza Tottenhamem  maksymalizując zyski z transferów, podpisując umiarkowanie wysokie kontrakty z zawodnikami, zawierając nowatorskie umowy sponsorskie (inne reklamy na koszulkach podczas meczów ligowych, inne na pucharowych itp.). Prawdziwy przełom przyniosłaby jednak rozbudowa White Hart Lane i kolejny awans do Ligi Mistrzów – na wejście gwarantujący jakieś 20 milionów funtów ekstra i będący magnesem dla piłkarzy, zarówno tych, co już tu grają, jak i tych, którzy mogliby przyjść.

A jeśli awansu nie będzie?

Odejdzie Bale, mówi się także, że Real Madryt zagnie parol na Andre Villasa-Boasa. Byłby to cały Tottenham: dwa do przodu, trzy do tyłu.

Wychował się Pan na oldschoolowym angielskim futbolu…

Mimo że nieoglądanym [śmiech].

Niemniej jednak śledził Pan piłkę na Wyspach przez lata. Nick Hornby w swojej książce „Fever Pitch” pisał, że zmiany w lidze angielskiej były nieuniknione, jednak reforma ligi zabiła prawdziwego ducha angielskiego futbolu. Podziela Pan jego zdanie?

Nie. W Premier League wciąż oglądamy świetne mecze, podczas których leją się przysłowiowe krew, pot i łzy. Mecze, a nie sztuczne produkty. Owszem – można już powiedzieć, że są to produkty, świetnie opakowane, doskonale promowane itd., ale nadal z duszą.

Czy Premier League zmiękła? Nie brakuje Panu prawdziwych twardzieli, prawdziwych mężczyzn, co nawet muchom nie przepuszczą, w stylu Graeme’a Sounessa, Stuarta Pearce’a czy Roya Keane’a?

Kompletnie nie brakuje. W ogóle kiepsko się czuję słuchając rozważań, podczas których używa się kategorii męski – niemęski, gdyż tak naprawdę nie wiem, co to znaczy. Czy Sian Massey powinna biegać z chorągiewką w tej męskiej lidze?

Oczywiście, że powinna. Jest świetna.

Ano właśnie. O tym też trochę piszę w swojej książce, kwestionując obiegowe pojęcie męskości. Nick Hornby pytał, czy skoro interesuje się futbolem, oznacza to, że lubi wyłącznie piwo, kobiety z wielkim biustem i muzykę soul? Ani on, ani ja, ani wielu innych kibiców nie odnajdzie się w takiej stereotypowej wizji. Nawet jeśli Magdalena Środa i tak nam w to nie uwierzy, na wiele spraw patrzymy podobnie jak ona.

Czy brakuje mi ostrej gry, którą symbolizowały przywołane przez Pana nazwiska? Nie, cieszę się, że np. za atak z tyłu czy wejście obiema wyprostowanymi nogami można dostać czerwoną kartkę i że piłkarze są dzięki temu zdrowsi. Oczywiście widzę problem – nie tylko wyspiarski – z nurkowaniem, udawaniem sfaulowanego, i doceniam fakt, że w Anglii nie ma na taki teatr przyzwolenia. Gdy Gareth Bale lub Luis Suarez upadają na boisko, w mediach od razu podnoszą się głosy potępienia, a sędziowie sięgają po kartki – ludzie nie chcą tego oglądać i mają rację.

A wracając jeszcze do „męskości” graczy, którzy generalnie stali się ładniejsi, bardziej zadbani, jak to się mówi – metroseksualni… Wszyscy wiemy, że gwiazdy futbolu mają rolę wzorcotwórczą: skoro wysyłają do kibiców przekaz, że należy się myć i dbać o uzębienie, to… proszę bardzo.

Dużo się mówi o uzależnieniu angielskich piłkarzy od portali społecznościowych, jak Twitter i Facebook. Czy przekroczyli już granicę dobrego smaku? Czy doszło do ekshibicjonizmu?

Myślę, że ogromna większość pozostaje na poziomie nieszkodliwego w gruncie rzeczy lansu. A dla niektórych może to być (odnoszę to zresztą również do siebie, jako użytkownika obu tych platform) doświadczenie bardzo demokratyzujące: oto pojawiły się narzędzia ułatwiające kontakt i rozmowę ze zwykłymi śmiertelnikami.

Piłkarze skandaliści – jak Joey Barton (obecnie wypożyczony do Olympique Marsylia) czy Luis Suarez: dodają smaczku angielskiemu futbolowi, czy raczej są czarnymi owcami?

Powiem bardzo proste zdanie: dla mnie piłka nożna jest piękna sama w sobie. Czy oglądam ją w telewizji, czy w parku z dziećmi – cieszę się, patrząc na kolejne akcje, strzały czy wślizgi. To mi wystarcza, nie potrzebuję skandali obyczajowych, bójek, fatalnych decyzji sędziowskich, rasistowskiego bluzgu, kopania czy gryzienia rywala.

Zupełnie inaczej niż Hornby i jego receptura idealnego spotkania (m.in. skandaliczna decyzja, deszcz, czerwona kartka, wrzeszczący kibice i kontrowersyjny rzut karny).

To już wolę Gianniego Brerę, który powiedział, że mecz idealny powinien się kończyć wynikiem 0:0. Moim zdaniem Hornby nie pisał do końca serio – chodziło mu raczej o to, żeby obnażyć mechanizm, o którym tu mówimy, a który polega na tym, że dla wielu ludzi piszących i żyjących z futbolu takie zjawiska są na rękę, bo dzięki nim łatwiej sprzedać futbol gawiedzi. Od subtelnych rozważań o taktyce zawsze lepiej brzmi przecież informacja o tym, że Vinnie Jones złamał nogę Paula Gascoigne’a albo przynajmniej złapał go za przyrodzenie. Nie mówię już o tym, że na taktyce znać się nieco trudniej niż na łapaniu za przyrodzenie.

Śledź Bloody Football! na Facebooku

Ulubieni obecnie gracze i trenerzy w Anglii?

Trochę się obawiam podawania nazwisk, bo mnóstwo razy było tak, że kiedy się do kogoś przywiązałem, np. do Dymitara Berbatowa czy Luki Modricia, i sprowadzałem sobie nawet koszulkę z jego numerem, to on natychmiast odchodził z klubu.

Lubię ludzi od lat związanych ze swoimi drużynami. Stevena Gerrarda, Paula Scholesa, do niedawna Ledleya Kinga [zakończył karierę wskutek kontuzji  przyp. red.]. Od czasów Claude’a Makelele lubię defensywnych pomocników (przed ubiegłoroczną kontuzją uwielbiałem Scotta Parkera) i cofniętych rozgrywających – takich w stylu Andrei Pirlo. Martwię się, że zatrzymał się w rozwoju trapiony kontuzjami Tom Huddlestone. On zresztą pewnie również odejdzie z Tottenhamu, bo nie pasuje do koncepcji Andre Villas-Boasa. Portugalczyk chce grać pressingiem, szybko, a Tom jest za wolny.

Nigdy nie słynął z piłkarskiej sylwetki.

Ma skłonność do tycia. Juande Ramos [były boss „Kogutów”  przyp. red.] próbował karmić go specjalnymi papkami robionymi z przecieranych warzyw przez dietetyka z jakiegoś hiszpańskiego uniwersytetu. Do czasu przyjścia Harry’ego Redknappa, który powiedział Huddlestone’owi: „Nie obchodzi mnie, ile używasz keczupu, ważne, czy celnie podajesz piłkę”.

To typowe dla Redknappa.

Zgadza się. A Huddlestone potrafi podawać piłkę jak mało kto.

Bardzo lubię Michaela Dawsona. Zawsze miał zadatki na lidera, przy Kingu był wicekapitanem, ale w poprzednim sezonie przez wiele miesięcy się leczył i po przyjściu portugalskiego menedżera, który wiedział o jego brakach szybkościowych, a planował grę wysoką linią obrony, usłyszał w szczerej rozmowie: „Chłopie, QPR się Tobą interesuje i daje dobre pieniądze. Ja nie mogę zagwarantować Ci gry, wśród moich stoperów jesteś piąty. Możesz odejść”. Dawson postanowił zostać, zakasać rękawy i walczyć, a kiedy na skutek kontuzji wypadli Kaboul i Assou-Ekotto, zaś Vertonghen przeszedł na lewą obronę – dostał szansę i wspaniale ją wykorzystał.

Ta historia jest fajna z dwóch powodów: AVB z wielką klasą przyznał, że przed sezonem popełnił błąd w ocenie Dawsona, a Dawson z równie wielką klasą przetrwał trudny czas, nie rozbijając atmosfery w zespole: po prostu ciężko pracował na treningach i czekał na swój czas.

Andre Villas-Boas to właściwy człowiek na właściwym miejscu? Czy nadchodzi powoli zmierzch nestorów, jak Ferguson i Wenger, a ich miejsce zajmą piłkarscy technokraci pokroju właśnie AVB czy Mourinho?

AVB jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, dodałbym jednak, że we właściwym czasie. Właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, ale o niewłaściwym czasie był w Chelsea, gdzie nie poradził sobie z grupą trzymającą władzę w szatni.

Piłkarze właściwie go zwolnili…

Mam wrażenie, że to doświadczenie czegoś go nauczyło. Dziś Portugalczyk wie już, że nie wystarczy mieć najlepsze koncepcje taktyczne – trzeba jeszcze jasno i klarownie przekonać do nich zawodników. Wejść z piłkarzami w relację, mieć ich po swojej stronie, nie traktując jak robotów czy trybiki w taktycznej maszynie. Czasem nawet odpuścić jakieś strategiczne niuanse na rzecz stworzenia dobrej atmosfery. Przed ostatnimi derbami Tottenhamu z Arsenalem mówił wręcz, że taktyka na ten mecz jest nieważna, bo wszystko i tak rozegra się w głowach zawodników: zadecydują odporność psychiczna, koncentracja, zdolność kontrolowania i wyrażania emocji. W zasadzie coś podobnego mógłby mówić Harry Redknapp, który – jak opowiadał Rafael van der Vaart – miał, owszem, tablicę do rysowania taktycznych schematów w szatni, tylko nigdy nic na niej nie narysował.

AVB ma oczywiście szczęście, bo w Tottenhamie natrafił na młodą ekipę o otwartych głowach. Ci zawodnicy – inaczej niż gwiazdy Chelsea, które uważały, że wiedzą i umieją już wszystko – chcą się uczyć. Ale gdyby trafił do Realu Madryt, musiałby pewnie postępować kompletnie inaczej – inaczej przygotowywać treningi, inaczej rozmawiać z prasą, inaczej motywować drużynę. Następną książkę chcę napisać właśnie o trenerach i ich relacji z drużynami. Mniej o kwestiach taktycznych, bardziej o tym, jak je zawodnikom komunikować. Zakładam, że będzie się nazywała „Futbol jest inteligentny”.

Wojtek Szczęsny  zepsuł się mentalnie, myśląc, że złapał Pana Boga za nogi? Mówi się, że Casillas może przyjść do Arsenalu. Czy dla Szczęsnego będzie wciąż miejsce?

Bardziej wierzę w pogłoski o sprawdzonym już w Premier League Asmirze Begoviciu – jego nazwisko w kontekście Arsenalu zaczęło się pojawiać jeszcze w czasach, gdy grał w Portsmouth.

Jest parę poziomów rozmowy o Szczęsnym. Po pierwsze, nie jestem pewien, czy trener bramkarzy Arsenalu jest najlepszy na świecie [a właściwie dwaj trenerzy – Gerry Payton oraz Tony Roberts przyp. red.] – pewnie Almunia czy Lehmann mogliby powiedzieć więcej, czy i jakie zrobili postępy pod jego okiem. Co nie zmienia faktu, że uważam, iż Szczęsny sobie poradzi. Rzadko zdarza się tak duży talent i tak duże doświadczenie w tak młodym wieku, połączone z wielką pewnością siebie.

A nie jest przypadkiem zbyt pewny siebie?

Ano właśnie… Pamiętam derby z Tottenhamem, podczas których wygarnął piłkę spod nóg Bale’a, taranując go przy okazji. Walijczyka zniesiono z boiska, a Polak puścił oczko do kolegów. Widać było, że adrenalina hula, a Szczęsny myśli: „Ale jestem gość”, tylko że paręnaście minut później próba powtórzenia tego manewru z Lennonem już się nie udała: tym razem Polak ściął szarżującego rywala, Arsenal kosztowało to karnego, a „Koguty” wróciły do gry. Pewność siebie pomaga, gorąca głowa przeszkadza – chodzi o znalezienie równowagi, a ta przychodzi z wiekiem i doświadczeniem. Także z doświadczeniem ławki rezerwowych, na której siedział w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Jak już jesteśmy przy Szczęsnym, to Boruc. Feniks z popiołów czy zaraz odpali znów jakąś bombę, pogrążając się w sportowym niebycie?

Jeśli wierzyć temu, co sam opowiada, Boruc dojrzał. Mówi przecież, jak wiele się nauczył zarówno trenując bez klubu, jak i na początku przygody w Southampton. Ma za sobą parę fantastycznych miesięcy, przedłużył kontrakt z klubem, wrócił do kadry… Myślę, że jeszcze dobrych parę lat będziemy go oglądać w Premier League – niekoniecznie zresztą w dotychczasowym klubie.

A jak Pan ocenia plotki na temat powrotu „The Special One” na Wyspy?

Chelsea potrzebuje takiego trenera, zaś Mourinho mówił wprost, że raczej nie zostanie w Realu. 2+2=4, można by powiedzieć. Problem w tym, że u pana Abramowicza 2+2 często daje 5…

Wróćmy do samego pisania. Jak Pan uważa: czy samorodny talent w jakiejkolwiek dziedzinie dziennikarstwa – czy to polityce, czy w futbolu – jeśli jest dobry, to i tak zostanie odkryty, czy potrzeba jednak szczęścia i realizacja zawodowa nie jest możliwa, jeśli nie spotka się na swojej drodze kogoś, kto w odpowiednim momencie poda pomocną dłoń?

Uważam, że dziś absolutnie każdy ma szansę na przebicie się, a o tym, czy ktoś go odkryje i zacznie czytać, rozstrzygają głównie pracowitość i talent. Pamiętam, jak zaczynał Michał Zachodny, dziś jedna z gwiazd blogosfery, publikujący także na portalach typu Taktycznie czy Krótka Piłka: najpierw komentował wpisy na blogach kilku dziennikarzy (między innymi moim), prowadząc równocześnie bloga o „swojej” Chelsea. Stopniowo coraz więcej osób zaczynało go czytać, wyrobił sobie nazwisko. Pamiętam, jak wybrałem się kiedyś do Warszawy, pogadać z kolegami z „Gazety Wyborczej” i jednym z pierwszych pytań, jakie mi zadali, to czy znam Michała Zachodnego… Podobnych przypadków jest więcej: z dużą frajdą obserwuję ludzi, których znam z dyskusji na swoim blogu, a którzy zaczynają samodzielnie funkcjonować w świecie medialnym. Czy i jak da się z tego żyć, to inna kwestia. Ja nie żyję z pisania o futbolu, bloguję raczej po godzinach.

Pana ulubiony dziennikarz sportowy w Polsce i ulubiony komentator?

O, mam się narażać? Dziennikarz to Rafał Stec, który ma wszystko to, co kocham w angielskim dziennikarstwie: świetne pióro, dar tworzenia narracji dla inteligentów, z mnóstwem kulturowych kontekstów. Jeśli chodzi o komentatorów, bezkonkurencyjny wydaje mi się Andrzej Twarowski ze swoimi genialnymi skojarzeniami. Do dziś pamiętam frazę „odjeżdża TGV”, wypowiedzianą na widok pędzącego po lewym skrzydle na Highbury młodego Thierry’ego Henry’ego. Podobało mi się, jak podczas Euro 2012 pomagał w czytaniu gry Rafał Ulatowski. Ale jest coś jeszcze: szczęście komentatorów polega przecież na tym, że ich głos na zawsze związany jest z może najbardziej wzruszającymi wydarzeniami w naszym życiu…

Już wiem, o kogo Panu chodzi…

W Anglii głosem futbolu jest John Motson, a u nas Dariusz Szpakowski. Nieważne, czy się na tym zna, czy jest w stanie dostrzec, że drużyna od dawna nie gra już w ustawieniu 4-4-2, czy myli nazwiska… Skończyłem już 40 lat, jestem starym koniem, ale momenty, w których po golu polskiej drużyny Szpakowski woła: „Pocieszymy się razem z nimi” i milknie, sprawiają, że czuję się jakbym znów miał 10 lat.

Niedługo wydaje Pan książkę. Jej tytuł – „Futbol jest okrutny” – wskazywałby, że będzie to polski odpowiednik wspominanego już „Fever Pitch” Nicka Hornby’ego. Zgadza się Pan z tym porównaniem?

Hornby jest tylko jeden, a ja znam miarę. Z drugiej strony wiele opisywanych przez niego doświadczeń i obsesji jest na tyle uniwersalnych, że zapis podobnych można znaleźć i u mnie. „Futbol jest okrutny” to opowieść o piłkoholizmie, uzależnieniu, manii, z której nie da się wyjść, póki śmierć nas nie rozłączy. Trochę w tym mojej własnej biografii, czyli autoportret kibica inteligenta, który pracuje w poważnej gazecie i nie potrafi stać się poważny. Są jednak i inne poziomy: opowieść o współczesnej piłce, chorobach, które ją toczą, i nadziejach na ich wyleczenie. Pewnie jest tu trochę utopii i całkiem sporo romantyzmu, bo ja wierzę w zdolność futbolu do samonaprawy, mimo komercjalizacji, chuliganów, homofobii czy rasizmu. Ba, wierzę, że człowiek słaby i pełen wad może stać się lepszy przez kontakt z piłką nożną.

Jest jeszcze miejsce na poważne pisanie o fubolu?

Bardzo pouczająca jest historia wspomnianego już kwartalnika „The Blizzard”. Okazało się, że bardzo wielu ludzi szuka właśnie poważnej rozmowy o piłce, dłuższych form, powrotów do historii, niedoraźnego wywiadu… Twórcy kwartalnika założyli najpierw, że będą wydawać pismo w wersji elektronicznej i w takiej formie przygotowali numer zerowy, ale zainteresowanie było tak duże, że ukazuje się również wersja papierowa.

Tak, wierzę w przyszłość pisania o futbolu – nie damy się. A półżartem powiem również, że do poważniejszego myślenia o piłce świetnie przygotowuje gra w Football Managera, który wymaga przecież dużo więcej niż sprawnego operowania konsolą.

A jak Pan ocenia dziennikarstwo stojące w opozycji do Pańskiego, nazwijmy je tabloidowe, nastawione na sensację?

Chodzi o jakiś konkretny tytuł?

Np. portal Weszlo.com i dziennikarstwo Pawła Zarzecznego.

Nie uważam się za opozycję dla świetnie się podobno klikających portali. Na boku robię swoje.

Pana jedenastka marzeń?

W bramce Ray Clemence, w obronie Gary A. Stevens, Gary Mabbutt, Richard Gough i Chris Hughton, w pomocy Osvaldo Ardiles, Glenn Hoddle, Chris Waddle, Steve Hodge i Paul Allen, w ataku Clive Allen. Jest rok 1987, ja nie bardzo wiem jeszcze, co to „Tygodnik Powszechny”, nie czytam „Władcy pierścieni”, nie słucham Toma Waitsa, nie piję wina i nie umawiam się na randki z Anną W. Lepiej już skończmy tę rozmowę, bo nadchodzi atak melancholii.

Wywiad ukazał się także na Bloody Football! Blog

Zapraszam ponadto gorąco na bloga Michała Okońskiego:

Futbol jest okrutny

Futbol jest okrutny na Facebooku

Źródło: Bloodyfootball.machowina.krakow.pl

Komentarze:
  • ~!!!

    No cóż… Nie ze wszystkim się zgadzam ,a jego
    książkę ja traktuje jako zarobek ,ale tym więcej
    kibiców Tottenhamu tym lepiej :)

  • ~Szczypior

    Fajny wywiad. Dzięki :)

Przeczytaj także: