Patryk Domagała

Can ma ogromne wymagania, lecz niewiele argumentów

Z każdym kolejnym miesiącem Emre Can jest coraz bliższy odejścia z Anfield

13 listopada 2017

23-letni Niemiec wciąż nie podpisał nowego kontraktu z klubem i według angielskiej prasy nic nie wskazuje na to, by w najbliższej przyszłości miało to ulec zmianie. Ostatnia tura rozmów zakończyła się fiaskiem, gdyż Can wciąż stawiał kolejne żądania, nie respektując jednocześnie warunków Liverpoolu.

Przygoda Emre Cana z Liverpoolem niechybnie zmierza ku końcowi. Były zawodnik Bayeru ani myśli zmniejszyć swoje oczekiwania, w związku z czym już w styczniu będzie mógł rozpocząć negocjacje z potencjalnymi pracodawcami. Karierę Cana w Liverpoolu trudno określić jednym słowem. Była ona tak przewrotna, iż sam Niemiec najchętniej zapamięta tylko momenty, wymazując ze swojej pamięci najczęściej szarą rzeczywistość.

Emre Can trafił do klubu z Anfield w trudnym momencie. Z Liverpoolu odszedł właśnie Suarez, zaś ówczesny trener The Reds – Brendan Rodgers, wzmocnił swój zespół kilkoma nowymi graczami. Wielu z nich miało ogromne problemy z aklimatyzacją, przez co cierpiała cała drużyna. Can nie był ulubieńcem Rodgersa, który widział Niemca w różnych rolach. Środek pola, nieco później obrona, zaś na końcu nawet wahadłowy. Nominalny pomocnik nie narzekał na swoją pozycję, choć wielokrotnie podkreślał, że najlepiej czuje się właśnie w drugiej linii.

Nowy trener i stara pozycja

Kariera Cana nabrała rozpędu, gdy do klubu trafił Juergen Klopp. Były szkoleniowiec Borussii tchnął w zespół nowego ducha. Gracze z dnia na dzień nagle zyskali na jakości i prezentowali się znacznie lepiej. Pozytywne zmiany nie ominęły samego Cana, który z każdym kolejnym spotkaniem rósł w oczach. Imponował siłą fizyczną, ciekawym rozegraniem, boiskową odwagą i niezłym uderzeniem z dystansu. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku. A przynajmniej tak się wydawało…

Kolejny sezon przyniósł jednak rozczarowanie. Choć Can nie był zawodnikiem regularnie zawodzącym, to oczekiwano od niego znacznie większego progresu. Miewał mecze genialne, po których na kolejne kolejki kompletnie znikał z radarów. Rzadko kiedy potrafił pociągnąć za sobą zespół i coraz częściej popadał w smutną przeciętność.

Sezon 2016/2017 to jednak nie tylko same rozczarowania. Can zdobył kilka efektownych bramek, ale najważniejszym i z pewnością najpiękniejszym golem okazał się ten przeciwko Watfordowi. Liverpool potrzebował trzech punktów, które znacznie przybliżały „The Reds” do gry w Lidze Mistrzów. Defensywa Szerszeni przez długi czas była szczelna, ale fenomenalne trafienie Cana przewrotką spoza pola karnego dało ekipie Kloppa cenne zwycięstwo. Piękny moment, który nieco zasłonił prawdziwy obraz gry niemieckiego pomocnika.

Przez całe rozgrywki Can był kompletnie innym zawodnikiem. Cieniem samego siebie. Był powolny, nieskuteczny i co najgorsze – całkowicie nieodpowiedzialny. Notował proste straty i wikłał się w niepotrzebne dryblingi. To wszystko było jednak usprawiedliwiane kontuzją, która rzekomo uniemożliwiała Niemcowi grę na normalnym dla niego poziomie. Kolejna kampania miała być nie tylko krokiem naprzód, ale również walką o nową umowę.

Teraz albo nigdy

Can wszedł w obecny sezon podobnie jak w poprzedni, czyli po prostu powolnie. Z czasem jednak się rozkręcał i w niektórych spotkaniach prezentował fenomenalną dyspozycję. Sęk w tym, że ponownie były to jedynie przebłyski. Wciąż brakowało regularności i stabilizacji, o którą tak bardzo apelował Klopp. Pomimo tego Liverpool zasiadł do negocjacji z Canem. Ku ogromnemu zdziwieniu przedstawicieli klubu sam zawodnik niechętnie podszedł do możliwości przedłużenia umowy.

Can poczuł, że jest w odpowiednim momencie, aby zrobić kolejny krok. Odejść do większego klubu, w którym będzie regularnie walczył o najwyższe laury. Pomysł ambitny, ale bez cienia wątpliwości szalony.

Negocjacje, które okazały się początkiem końca

Przy stole negocjacyjnym Niemiec miał wobec klubu wiele żądań. Jedna z najwyższych tygodniówek w zespole, regularne miejsce w podstawowej jedenastce i klauzula wykupu. O ile Liverpool przystał na wysoką pensję, to pozostałe dwie kwestie do dziś stanowią kość niezgody. Nauczeni doświadczeniem z Coutinho włodarze nie zamierzają zgadzać się na zawarcie klauzuli wykupu i stawiać się później na straconej pozycji podczas negocjacji z innymi klubami. Wiele nieprzyjemnych emocji wzbudziła również potrzeba zapewnienia Niemcowi regularnej gry w podstawowym składzie. Klopp nie ma zamiaru nikomu gwarantować silnej pozycji w zespole, a już na pewno nie przy stole negocjacyjnym.

Obawy Cana o regularną grę nie są jednak bezpodstawne. Do klubu przed przyszłym sezonem dołączy Naby Keita, który z pewnością będzie graczem podstawowym. O miejsce w składzie rywalizują jeszcze Henderson, Wijnaldum i Lallana, zatem Can mógłby zasiadać niekiedy na ławce rezerwowych. Postawa Niemca może jednak dziwić, gdyż do tej pory przedstawiał się raczej jako piłkarz, który nie boi się żadnych wyzwań.

Analogiczne wytłumaczenie możemy odnaleźć w przypadku klauzuli wykupu. Can obserwując sytuację z Coutinho, którego transfer do Barcelony został zablokowany, sam chciałby mieć w przyszłości pewność, że bez najmniejszego problemu będzie mógł odejść do lepszego klubu. Takie myślenie nie podoba się jednak włodarzom Liverpoolu, którzy woleliby, aby Can skupił się wyłącznie na grze w czerwonej koszulce.

Patrząc na sytuację prostolinijnie, trudno zrozumieć przedstawicieli Liverpoolu, którzy najprawdopodobniej pozwolą 23-letniemu zawodnikowi odejść za darmo, zamiast zgodzić się na jego żądania. Z perspektywy czasu taka decyzja może się jednak okazać niezwykle korzystna. Szczególnie teraz, gdy znaczenie piłkarzy na rynku wzrasta.

To my tu rządzimy!

Ustępstwo wobec jednego zawodnika jest równoznaczne z tym, że kolejni również będą próbowali różnych sztuczek, by wejść klubowi na głowę. Na taką sytuację nie może sobie pozwolić żaden pracodawca. Liverpool temperując zapędy Cana, straci najpewniej trochę pieniędzy, ale zyska na sile podczas kolejnych negocjacji, które będą się odbywały ze znacznie istotniejszymi piłkarzami. Pamiętajmy przecież, że prawdopodobne odejście Cana będzie miało miejsce dopiero po zakończeniu sezonu, kiedy na Anfield trafi Naby Keita.

W dobie rosnącej siły piłkarzy coraz więcej klubów stawia jednak na swoim i mówi zdecydowane DOŚĆ! Liverpool nie jest pierwszym, lecz idealnym przykładem takiego działania, gdyż podobnie postępował podczas letniego okna transferowego. Coutinho próbował wielu sztuczek, aby wymusić transfer do Barcelony, jednak włodarze klubu z Anfield pozostawali niewzruszeni.

Identyczną wręcz postawą charakteryzował się Southampton, który nie zezwolił van Dijkowi na negocjacje z Liverpoolem. Choć Holender strajkował i odmówił treningów, to został zmuszony do kontynuowania kariery z drużyną Świętych. Podobnych przykładów możemy wymieniać bez końca. Wygląda zatem na to, że czasy panowania piłkarzy kończą się szybciej, niż na dobre się zaczęły…

Komentarze:
Przeczytaj także: