Patryk Motyka

Oda do Vadisa Odjidji-Ofoe (i Jacka Magiery przy okazji też)

O dwóch takich, co uczynili Legię wielką

Grzegorz Rutkowski;
08 grudnia 2016

Pamiętacie pierwsze mecze Vadisa Odjidji-Ofoe w Legii? Tego tłuścioszka, który aparycją bardziej nadawał się do pracy jako tester hamburgerów niż do gry w piłkę? Tego samego, który niby próbował w pojedynczych zagraniach pokazywać coś ekstra, zwykle nie znajdując zrozumienia wśród kolegów? Ten człowiek przestał istnieć. Zastąpił go niebywały atleta, na dodatek traktujący futbolowe rzemiosło jak utalentowany artysta porywający tłumy.

Wiadomo, że na temat Belga powstało już około sto miliardów tekstów w naszej sieci. O jego kreatywności, która, nie bójmy się tego powiedzieć, nie była spotykana w naszej lidze nigdy. O umiejętności gry w destrukcji, pod względem której prezentuje się nie gorzej niż najlepsze „szóstki”, o zdolności do utrzymywania niesłychanego tempa przez całe 90 minut meczu. I jeszcze o grze pod presją – im trudniej, tym lepiej. A świat patrzy.

Jeszcze kilkanaście tygodni temu kibice pytali, jakim cudem Odidja-Ofoe jest najlepiej zarabiającym piłkarzem w historii ekstraklasy. Dziś ci sami ludzie skłonni by byli prosić o podwojenie jego pensji, byleby tylko nikt nam go nie podkradł. A że lepsze kluby, z mocniejszych lig, będą chciały, nie możemy mieć wątpliwości. Legia pewnie zarobi na nim grube miliony, padnie ekstraklasowy rekord, ale zadowolona i tak być nie może. Bo Vadis w obecnej formie jest nie do zastąpienia. Trudno bowiem przypuszczać, że legijny skauting będzie w stanie znaleźć kogoś równie dobrego.

Za ten konkretnie transfer (i jeszcze świetnego Thibaulta Moulina) szczególne podziękowania należą się temu, którego w Warszawie już nie ma. Wiadomo bowiem, że nie byłoby wspomnianej dwójki, gdyby nie Besnik Hasi. Najgorszy trener Legii w XXI wieku sprowadził doń najlepszego piłkarza. Piękny uśmiech losu. Ostatnio Legia ma ich więcej niż kiedykolwiek. Real wbija bramkę Sportingowi na 2:1 w doliczonym czasie gry i trafia w poprzeczkę w stolicy Polski przy stanie 3:3. W ostatnim meczu niepodyktowany karny dla Portugalczyków. Odwróciło się za Celtic, wszak bilans szczęścia i pecha zawsze równa się zero.

Jacek Magiera na drodze ku chwale?

Trzy miesiące temu obecny szkoleniowiec Legii robił wszystko, by w swojej pierwszej poważnej samodzielnej pracy wywalczyć jak najlepszy wynik z Zagłębiem Sosnowiec w I lidze. Teraz zarobił dla warszawian 10 milionów złotych jednym meczem. Jeśli ktoś jakimś cudem uważa, że sam „Magic” niewiele zdziałał z drużyną, która po prostu sama z siebie zaczęła grać, niech porówna oba spotkania ze Sportingiem. W tym pierwszym chwaliliśmy Legię za to, że nie straciła pięciu bramek i że wreszcie skonstruowała JAKĄŚ akcję pod bramką rywala. W tym drugim mistrz Polski był zespołem lepszym od faworyzowanych rywali, a na starcie wyszedł z niesamowitą pewnością siebie. Wątpliwości co do klasy Magiery chyba zostały rozwiane raz na zawsze.

Co dalej? Jak przedłużyć ten piękny miesiąc miodowy? Przede wszystkim pora na przełamanie kolejnej klątwy i przejście choć jednego rywala na wiosnę. Trzecie miejsce w grupie Champions League, wygrana ze Sportingiem…, to wszystko sprawia, że warszawianie znów poprawiają swoją pozycję w europejskim rankingu, zapewniając sobie niemal na pewno rozstawienie w końcowych fazach eliminacji do LM i LE. Dla Magiery nadchodzi zaś czas odpowiedzi na wielkie pytania. Taktykiem jest świetnym, motywatorem także. Jeśli w najbliższych miesiącach uda mu się powtórzyć dotychczasowe sukcesy, kolejnym przystankiem może być tylko jeden z dwóch – kadra narodowa lub klub zagraniczny.

Komentarze:
Przeczytaj także: