Wojciech Kowalski

Najlepsi skrzydłowi ekstraklasy 2016/2017

Grzegorz Rutkowski
11 czerwca 2017

O konieczności posiadania dobrego partnera na skrzydle wie dziś niemal każdy. Kimże bez kogoś takiego byłby największy specjalista wśród kobiet? No właśnie. Tak się składa, że ekstraklasa wcale nie odbiega od tej fundamentalnej reguły. Co więcej, potrafi ona również obecność takiej osoby w składzie sowicie wynagrodzić, zważywszy na postępujący w ostatnich czasach niedobór ludzi tej profesji. Nie zrozumcie nas źle, nie chcemy określać pozycji skrzydłowego mianem gatunku na wymarciu. Trudno jednak nie zauważyć, że w ostatnich latach rola zawodnika występującego na tej pozycji jest coraz częściej modelowana. Trenerzy stopniowo odchodzą od klasycznych pomocników trzymających się blisko linii bocznej na rzecz piłkarzy uniwersalnych, szczególnie lubiących zejść do środka lub zamienić się pozycjami. Która tendencja w tym roku dominowała na naszym podwórku? Zaprezentujmy najlepszych, naszym zdaniem, przedstawicieli tej strefy boiska w zakończonym sezonie. Przed państwem najlepsi skrzydłowi.

Wyróżnienia

Wbrew naszym oczekiwaniom kandydatów do czołowej piątki mieliśmy zaskakująco dużo. Ostatecznie postanowiliśmy ograniczyć listę do dziesięciu nazwisk, z których w głosowaniu wybraliśmy najlepszą „piątkę”. Nie zmieścili się w niej tacy zawodnicy jak chociażby Patryk Małecki, który w trudnych chwilach potrafił całym sercem wspierać klub na boisku. Wśród nominowanych, którzy nie dostali się do czołówki, znalazło się również dwóch bardzo chimerycznych piłkarzy – Adam Gyursco oraz Grzegorz Bonin. Umówmy się, gdy obaj w swoich drużynach byli w gazie, gra Pogoni i Górnika wyglądała bardzo efektownie. Niestety, w tym sezonie brakowało takiej stabilizacji.

Większy plusik chcieliśmy natomiast postawić przy Gerardzie Badii, który pod wodzą trenera Wdowczyka zaliczył prawdopodobnie najbardziej owocny okres w swojej karierze, jeśli chodzi o indywidualne osiągnięcia. Całą dziesiątkę z kolei zamknął piłkarz Korony Kielce, Nabil Aankour.

 

5. miejsce: Guilerhme (Legia Warszawa)

Grzegorz Rutkowski

Absolutnie jeden z kluczowych piłkarzy mistrza Polski. Szczególnie cenimy w nim cechy ambicjonalne. Brazylijczyk jest przykładem zawodnika, który z pewnością nie kalkuluje na boisku, o czym świadczyć może chociażby 11 żółtych kartek, które otrzymał w całym sezonie za wszystkie rozgrywki. Jego aktywność nie ogranicza się jednak tylko do łapania kolejnych indywidualnych kar. Guilerhme reprezentuje typ zawodnika, którego kibice lubią najbardziej, a mianowicie żywiołowego, potrafiącego w każdej chwili poderwać drużynę.

Ile to już razy widzieliśmy taki oto obrazek – apatyczna Legia nie może znaleźć pomysłu na akcję. Kto w tych momentach próbował „szarpnąć”? Właśnie Guilerhme. Zwłaszcza że jest do tego predysponowany. Posiada doskonałą technikę i zwinność, której mogłoby mu pozazdrościć sporo zawodników naszej ligi.

Chociaż wiosna tego sezonu była w jego wykonaniu słabsza, wciąż możemy mówić o jednym z najważniejszych zawodników drużyny z Łazienkowskiej. Z klubu aktualnie dochodzą sygnały o chęci przedłużenia z nim kontraktu. Obecny kończy się w przyszłym roku, więc nadchodzące lato byłoby ostatnią szansą na ewentualny transfer.

4. miejsce: Rafał Boguski (Wisła Kraków)

Grzegorz Rutkowski

Wyjątkowo dobry sezon w wykonaniu zawodnika, którego większość kibiców postrzega z lekkim przymrużeniem oka. Nie zrozumcie nas źle, cenimy umiejętności Boguskiego, który ma wszelkie cechy, by z powodzeniem radzić sobie na poziomie naszej ekstraklasy. Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że to bardziej typ wiernego, solidnego żołnierza aniżeli człowieka od zadań specjalnych. Bo z całym szacunkiem dla Rafała, ale od pamiętnych sezonów jeszcze u Macieja Skorży to nigdy nie był zawodnik, bez którego nie wyobrażalibyśmy sobie pierwszego składu.

Mimo wszystko jednak Boguski to dla nas pewnego rodzaju fenomen. Już kilkanaście razy mógł sobie dać z Wisłą Kraków spokój. Przez tyle przecież zdążył się nasłuchać mnóstwa komentarzy na temat swojej bezproduktywności i przeciętności. Jednak od chwili przyjścia do drużyny Franciszka Smudy coś w jego grze zdecydowanie drgnęło. Jasne, trudno tu mówić o jakiejś wielkiej metamorfozie, lecz piłkarz Wisły od tego momentu wiele razy zdążył udowodnić, jak bardzo może się jeszcze przy ulicy Reymonta przydać.

Powiedzmy sobie wprost – to nigdy nie będzie już zawodnik, którego okrzykniemy gwiazdą ligi. Dajemy sobie rękę uciąć, że nic specjalnego nie zmieni się w jego grze. Dalej bardzo dobre mecze będzie przeplatał ze słabszymi. Mamy jednak dla kibiców Wisły Kraków pewną informację. Jeśli ktoś myśli, że tak łatwo przyszłoby działaczom znalezienie odpowiedniego zastępstwa dla Boguskiego, z pewnością jest w błędzie.

Swoją drogą, gdy sezon zbliżał się ku końcowi, w prasie pojawiły się informacje na temat rozstania zawodnika z Wisły. Szczerze mówiąc, przeczucie nam mówiło, że jednak do czegoś takiego nie dojdzie. Rafał Boguski nigdy się nie palił do odejścia z Krakowa. To człowiek, który sprawia wrażenie lubującego spokój i stabilizację. Ktoś powie – minimalista, który boi się zmian. Naszym zdaniem – dojrzały facet, świadomy swojej wartości.

 

3. miejsce: Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok)

Accredito/Jagiellonia

Kolejny dowód na Probierzową umiejętność do szlifowania diamentów. Trudno jednak zawodnika Jagiellonii klasyfikować dziś np. do miana odkrycia, którego talent eksplodował w szybkim tempie. To zupełnie inny typ piłkarza. W przypadku Frankowskiego proces ten trwa już od dłuższego czasu, niekiedy nacechowany dużą dawką cierpliwości. Zawodnik bowiem często potrafił dobre okresy przeplatać tymi słabszymi. Nie ma jednak wątpliwości, że ostatni sezon upłynął w jego wykonaniu pod znakiem hossy.

Choć może to się wydawać zaskoczeniem, 21-latek to już piłkarz niezwykle ograny na poziomie ekstraklasy, zaliczył w niej w końcu 135 spotkań. Przyznajemy, że jak na nasze standardy wynik robi wrażenie. W tym czasie zdążył kibiców przyzwyczaić głównie do gry na skrzydle, która raz wyglądała lepiej, raz gorzej. Frankowskiemu zarzucano przede wszystkim słabe liczby. Czy słusznie? Cóż, biorąc pod uwagę ten sezon, nie wyglądały one aż tak źle – w 35 spotkaniach Frankowski zaliczył osiem trafień i cztery asysty. Z pewnością w tej drugiej statystyce skrzydłowemu przydałby się lepszy wynik, lecz w ostatecznym rozrachunku każdy gołym okiem dostrzega rosnącą wartość zawodnika. Zwłaszcza że w tym sezonie zdołał zaprezentować swój nowy atut.

Mało kto przecież spodziewał się, że w piłkarzu drużyny z Białegostoku tkwi również spory potencjał do gry defensywnej. Tymczasem ostatnie spotkania Jagielloni pokazały, że Probierz po raz kolejny wpadł na genialny pomysł, przesuwając swojego zawodnika na prawą stronę obrony. Szczególnie zapadł w pamięci jego występ przeciwko Legii, gdy w trakcie spotkania zastąpił on w tej strefie przeciętnego Łukasza Burligę. Od byłego zawodnika Wisły Kraków spisał się o niebo lepiej, natychmiast polepszając grę na tej flance.

Kilka lat temu Michał Probierz ściągnął go za grosze z Lechii Gdańsk. Dziś Jagiellonia może go wytransferować za naprawdę poważne pieniądze. Mimo wszystko Frankowskiego stać jeszcze na znacznie większy progres.

2. miejsce: Sławomir Peszko (Lechia Gdańsk)

Grzegorz Rutkowski

Drugim miejscem nagradzamy skrzydłowego Lechii Gdańsk, dla którego był to sezon mniej więcej taki jak on sam. Z jednej strony momentami błyskotliwy, spektakularny, skuteczny i nieszablonowy. Z drugiej – elektryczny, przesadnie rozemocjonowany i do tego bezmyślny.

Wyobraźcie sobie, że macie bardzo fajnego kumpla. Wiecie doskonale, że bez niego trudno będzie zorganizować dobrą imprezę, zwłaszcza że to połączenie Johna Travolty i Jimmy’ego Fallona. Już od dawna chodzi obiegowa opinia, że domówki bez niego to jak wódka bez lodu, piwo bez chipsów czy frytki bez ketchupu – no po prostu nie pasuje. A przecież goście muszą się dobrze bawić, prawda?

No i w tym momencie mamy tego pana Sławka. Facet jest supersympatyczny, umie rozruszać nawet imprezę warszawskich prawników, jednak… czasem mu po prostu odwala. Szkopuł w tym, że nigdy nie można dokładnie przewidzieć, kiedy to nastąpi. Gdy zaś „Peszkin” zaczyna robić kwas, czyni to na całego, bez jakichkolwiek hamulców. Wtedy można się po nim wszystkiego spodziewać: zniszczonego pokoju, wypchnięcia kogoś przez okno, spiny z sąsiadami czy też nocki na komisariacie.

Pytanie brzmi, jak w takim razie z nim postąpić? Peszko to bez wątpienia na nasze ligowe warunki doskonały skrzydłowy. Wielokrotnie w tym sezonie pokazywał, że stać go na pociągnięcie całej drużyny. To właśnie jeden z tych typów indywidualności, na których Piotr Nowak opierał przez większą część sezonu siłę ofensywną swojej ekipy. Oczywiście, czasem taka taktyka przynosiła efekt odwrotny od zamierzonego, lecz ogólnie dość często wypełniała swoje założenia.

Tylko że pan Sławomir to również wspomniana już elektryczność, w wyniku której jakikolwiek kontakt fizyczny, a nawet wzrokowy może się skończyć dla poszkodowanego groźnym porażeniem. Skrzydłowy wielokrotnie pokazał w tym sezonie, że nie wytrzymuje ciśnienia. Skutkuje to zaś poważnymi konsekwencjami nie tylko na boisku, lecz i poza nim. W tym sezonie jego przygody z kartkami i zawieszenia kosztowały klub bardzo dużo. Dowód? Bez Peszki pauzującego za upomnienia Lechia straciła w pięciu spotkaniach dziewięć punktów. To świadczy jednocześnie o jego ważnej roli, jak i sporym problemie.

1. miejsce: Fedor Cernych (Jagiellonia Białystok)

Grzegorz Rutkowski

Naszym zdaniem typ zawodnika, którego dziś chciałby mieć każdy zespół w ekstraklasie. Litwin reprezentuje fantastyczne cechy. Z jednej strony jest graczem uniwersalnym, który potrafi odnaleźć się zarówno na skrzydle, jak i w ataku. W tym wszystkim dorzuca zaś coś cennego – znakomite liczby. Te mówią wszystko – 12 goli i dziewięć asyst. Wynik absolutnie kapitalny, czyniący go prawdopodobnie jednym z najbardziej efektywnych zawodników wszelakich odmian fantasy.

Pamiętamy, w jakich okolicznościach trafił do Białegostoku. Mocno osłabiony klub po letnim okienku transferowym pilnie poszukiwał zastępcy dla odchodzącego z drużyny Patryka Tuszyńskiego. Litwin z miejsca wydawał się idealnym zawodnikiem. W końcu wszyscy dobrze go znaliśmy na naszym rynku jako wyróżniającego się gracza zwykłego Górnika Łęczna. Z drugiej jednak strony byliśmy świadomi, że to jeszcze nie jest piłkarz gotowy na zagraniczny transfer. Jagiellonia więc wydawała się dla niego naturalnym krokiem do przodu.

I rzeczywiście, Fedor doskonale wpasował się do drużyny, w której rozwinął mnóstwo swoich umiejętności. Nic dziwnego zatem, że jego usługami jest dziś zainteresowane spore grono europejskich klubów. Naszym zdaniem Cernych to dziś gotowy zawodnik na czołowy zespół np. z Rosji lub Belgii. W silniejszych ligach z pewnością musiałby się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności.

Komentarze:
Przeczytaj także: