Paweł Kaczmarek

Męczarnie City, bezbłędne United i bęcki na Anfield. Trzecia kolejka Premier League

W lidze wciąż pozostaje pięć niepokonanych zespołów

28 sierpnia 2017

W weekend na angielskich boiskach odbyła się trzecia kolejka Premier League. Rozegrano kilka ciekawych spotkań, a w niedzielne popołudnie zafundowano deser w postaci meczu Liverpoolu z Arsenalem. Tradycyjnie już, można powiedzieć, nie obyło się bez czerwonej kartki spowodowanej bezmyślnym atakiem na nogi rywala. Prawdziwą „truskawką na torcie” była z kolei bramka Charliego Danielsa.

Horror na Vitality Stadium

Trzecią serię spotkań inaugurowało starcie Bournemouth z Manchesterem City. Zdecydowanym faworytem była tutaj ekipa Pepa Guardioli. Gospodarze przed tym meczem nie dość, że nie mieli na koncie żadnego punktu, to nawet nie udało im się strzelić gola. „Obywatele” chcieli natomiast odkuć się po meczu z Evertonem, w którym stracili dwa oczka i Walkera, ukaranego czerwoną kartką. W mecz lepiej weszli gospodarze – grali z werwą, ambicją i odważnie. Nie starali się murować swojej bramki, broniąc do niej dostępu całym zespołem, ale z pewnością siebie rozgrywali futbolówkę, raz po raz zagrażając bramce strzeżonej przez Edersona. Ich miła dla oka gra została wynagrodzona bramką w 13. minucie. I to jaką! Lewy obrońca „Wisienek”, Charlie Daniels, dopadł do piłki, nieudolnie wybitej przez obrońców City, i potężnym strzałem zza pola karnego pokonał bramkarza rywali. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki i zatrzepotała w siatce. Ederson był tutaj bez szans. Wątpliwe jest, by którykolwiek z bramkarzy był w stanie obronić to uderzenie. Radość gospodarzy nie trwała długo, ponieważ swój błysk geniuszu zaprezentował David Silva. Hiszpan fenomenalnym podaniem wyprowadził Gabriela Jesusa, który tylko trącił piłkę, by ta wpadła do siatki. Po tej bramce Manchester City zaczął kontrolować spotkanie – grał tak, jak do tego przyzwyczaił. Skrzętnie korzystał z tego, że Nathan Ake, środkowy obrońca Bournemouth, był w sobotę w fatalnej dyspozycji. Zawinił przy bramce i tak na dobrą sprawę powinien wylecieć z boiska, kiedy w 23. minucie faulował Jesusa wychodzącego sam na sam z bramkarzem. Sędzia był łaskawy i pokazał Ake tylko żółtą kartkę.

Prawdziwy festiwal rozdawania kartek przez sędziego, Pana Mike’a Deana, rozpoczął się w drugiej połowie. Piłkarze zdecydowanie poczuli krew, było kilka stykowych sytuacji, w których żaden z zawodników nie odstawiał nogi. To owocowało spięciami między poszczególnymi graczami, na przykład tak swoją pierwszą żółtą kartkę dostał Raheem Sterling – za odwet i faul na Harrym Arterze. Łącznie arbiter pokazał dziesięć żółtych kartek i jedną czerwoną. Choć trzeba sobie powiedzieć jedno: Dean zupełnie nie przesadzał z upominaniem, to piłkarze zmusili go do tak częstego przerywania gry. Goście dominowali w drugiej połowie, dążyli do zdobycia gola, a gospodarze ograniczali się do kontrataków. Jeden z nich mógł przynieść im bramkę, ale Joshua King (Norweg kilka ładnych lat spędził w Manchesterze United, stąd może były to dla niego odrobinę „derby”) trafił tylko w słupek. A City takich prezentów nie marnuje. Kiedy sędzia doliczył pięć minut, podopieczni Eddiego Howe’a grali na czas, kradli każdą sekundę, byleby dowieźć remis do końca i zdobyć pierwszy punkt w sezonie. Tak się jednak nie stało. Zegar wybijał 97. minutę, kiedy bramkę na wagę zwycięstwa Manchesteru City zdobył nie kto inny, jak Sterling, który przeciwko „Wisienkom” zdobył już sześć goli w Premier League. Anglik tak się cieszył z kibicami ze swojej bramki, że w ocenie sędziego przesadził i dostał drugą żółtą kartkę, w konsekwencji czego musiał opuścić boisko w 99. minucie meczu. To oznacza, że skrzydłowy City będzie zawieszony na mecz z Liverpoolem. Swoje problemy ma też Sergio Aguero, który został oskarżony przez jednego ze stewardów o uderzenie. Argentyńczyk na swoim profilu społecznościowym zdecydowanie temu zaprzecza. Koniec końców, City powraca do Manchesteru z trzema punktami, a Bournemouth wciąż ma problem w postaci zerowego dorobku punktowego. Może przerwa reprezentacyjna okaże się dla niego zbawienna i po niej w końcu zacznie wygrywać.

Szczelna defensywa kluczem do sukcesu

Zero. Tyle bramek w trzech pierwszych kolejkach Premier League stracił Manchester United. Para stoperów Bailly–Jones wygląda niczym Vidić–Ferdinand z czasów sir Alexa Fergusona, świetna i ciężka praca Maticia, „król asyst” Mkhitaryan, a także kluczowe zmiany Jose Mourinho. To wszystko przyczyniło się do tego, że „Czerwone Diabły” pokonały w sobotę Leicester City. „Lisy” praktycznie przez cały mecz były zepchnięte do defensywy, ograniczały się do kontr, co przekłada się na statystyki: posiadanie piłki 69% do 31% na korzyść gospodarzy. Od pierwszego gwizdka sędziego widać było, kto w tym meczu będzie kontrolował sytuację, kto zamierza atakować, a kto bronić. W pierwszej połowie mistrzowie Anglii z sezonu 2015/2016 szczelnie chronili dostępu do swojej bramki, nie pozwalając na to, by Romelu Lukaku rozwinął skrzydła. Belg był skutecznie blokowany przez Wesa Morgana i Harry’ego Maguire’a, którzy posturą zupełnie nie odstają od napastnika United. Słabo wyglądało też ostatnie dogranie gospodarzy – czy to było dośrodkowanie Antonio Valencii, Daleya Blinda, czy podanie Paula Pogby. Gospodarze nie mogli znaleźć drogi do bramki, której pilnował Kasper Schmeichel. I tak upłynęło pierwsze 45 minut – na niczym konkretnym. Wydawać się mogło, że to jeden z tych meczów, kiedy Manchester United atakuje całe spotkanie, lecz rezultat to rozczarowujący remis 0:0. W wywiadzie pomeczowym wspominał o tym Juan Mata: – Stworzyliśmy sobie wystarczającą liczbę okazji, aby strzelić gola. Zasłużyliśmy na zwycięstwo. To był przekonujący występ z naszej strony. Wyglądało tak, że nigdy nie strzelimy tego gola, ale ostatecznie się udało (za Devilpage.pl)

Pierwszą poważną okazję do zdobycia gola na Old Trafford miał Romelu Lukaku. Piłkę z lewej strony chciał dośrodkować Anthony Martial, ta trafiła jednak w rękę jednego z obrońców Leicester i Michael Oliver nie miał innego wyjścia, jak pokazać na wapno. Do piłki podszedł Belg, a w telewizji ukazała się grafika z jego ostatnimi pięcioma strzałami z rzutów karnych. Wniosek dla Schmeichela był jeden, bardzo prosty: rzucić się w swój prawy róg, bo tam zawsze uderza Lukaku. I tak też było tym razem. Duński bramkarz wybronił uderzenie Belga, poprawiając tym samym osiągnięcie swojego ojca, który na Old Trafford nigdy nie obronił rzutu karnego. Gra Manchesteru United wciąż wyglądała tak samo – ciągły atak, jednak bez rezultatu. Mourinho postanowił działać i na boisko w 67. minucie wpuścił Marcusa Rashforda. Zaledwie trzy minuty później wychowanek „Czerwonych Diabłów” umieścił piłkę w siatce po dośrodkowaniu Mkhitaryana z rzutu rożnego. Stadion odetchnął z ulgą, pojawił się doping. W międzyczasie na murawę wbiegli Jesse Lingard i Marouane Fellaini. I po akcji właśnie tej dwójki rezultat spotkania został ustalony na 2:0. Indywidualna akcja Lingarda, dośrodkowanie w pole karne, gdzie nogę nadstawił Fellaini i piłka trafiła do bramki. Manchester United imponował w pierwszych dwóch kolejkach i choć teraz wynik nie jest tak okazały, bo „tylko” 2:0, to jego gra wygląda bardzo dobrze – szybki, ofensywny futbol. Grę Leicester trudno ocenić. Nastawione było tylko na obronę i kontrataki, jedyną okazję do zdobycia gola miał w końcówce Andy King, ale jego strzał obronił David de Gea. Liczby Manchesteru United są imponujące. Trzy wygrane, dziesięć strzelonych goli, zero straconych. Taką grę ostatnio na Old Trafford widziano jeszcze za czasów sir Alexa Fergusona.

Liverpool Arsenal:0 Arsenal

Prawdziwym hitem tej kolejki miało być spotkanie Liverpoolu z Arsenalem na Anfield. Wszystko wyglądało normalnie: stadion, kibice fenomenalnie odśpiewali „You’ll Never Walk Alone”, pierwszy gwizdek sędziego i stała się rzecz niecodzienna. Piłkarze Arsenalu zniknęli. Dosłownie. Na boisku zostali tylko piłkarze biegający z herbem Liverpoolu na piersi i Petr Cech w bramce Arsenalu. Wynik takiego meczu nie mógł być inny niż wysoka wygrana gospodarzy. I tylko tego Czecha szkoda – uwijał się, jak tylko mógł, by nie dopuścić do blamażu, ale kilkukrotnie musiał wyjmować piłkę z bramki. Po raz pierwszy w 17. minucie meczu, gdy Joe Gomez dośrodkował piłkę w pole karne, a tam czyhał już Roberto Firmino, który bez najmniejszego problemu głową skierował piłkę do bramki. Brazylijczyk miał udział jeszcze przy drugim golu – wtedy zgrał piłkę na lewą stronę, gdzie był Mane, który minął treningową tyczkę i strzałem po dalszym rogu pokonał bezradnego w tym przypadku Cecha. Jeszcze w pierwszej połowie „The Reds” mieli kilka okazji do podwyższenia rezultatu, ale zawsze na posterunku stawał bramkarz Arsenalu. Gdyby nie on, na tablicy wyników pojawiłaby się cyfra „3”, „4”, a może nawet „5”. A tak, było „tylko” 2:0.

W drugiej części tego „spotkania” gospodarze kompletnie nie myśleli o odpuszczeniu, zaprzestaniu atakowaniu czy też o chwilowej przerwie. Ciągle atakowali z tą samą intensywnością, zaangażowaniem i determinacją. I nieważne, że prowadzili już dwiema bramkami i mogli spokojnie doklepać do ostatniego gwizdka sędziego. Uszanowali tym samym obecność na boisku Petra Cecha, wciąż sprawdzając jego umiejętności. Sporo szumu w drużynie gospodarzy robił Mohamed Salah, ale brakowało mu najważniejszego – dobrego wykończenia. Wszystkie jego wcześniejsze próby paliły na panewce. Dopiero w 57. minucie dopiął swego po samotnym rajdzie przez całą połowę „rywali”. Miał okazję sam na sam i choć jeden z „Kanonierów” wyczuł intencje, nie udało mu się powstrzymać Egipcjanina. W końcu Salah zdobył bramkę, na którą ciężko pracował cały mecz. Nie bez powodu otrzymał notę „8” od dziennikarzy SkySports. Do bramki na 3:0 nowy nabytek Liverpoolu dorzucił jeszcze asystę przy trafieniu Daniela Sturridge’a, zamykającym tą gierkę treningową piłkarzy Liverpoolu z Petrem Cechem. Gdyby nie bramkarz Arsenalu, ten mecz mógł się zakończyć spokojnie wynikiem 8:0 i nikt nie byłby zdziwiony.

Nagany

1. Miguel Britos

W meczu Watford–Brighton czerwoną kartkę otrzymał Miguel Britos, 32-letni obrońca. Wydawać by się mogło, że 32-latkowie szanują swoich rywali, są ostoją spokoju i doświadczenia. Nie tym razem. Po zobaczeniu tego bandyckiego zachowania nie ma żadnych wątpliwości, że czerwona kartka była tutaj absolutnym minimum. Britos po prostu wskoczył w Anthony’ego Knockaerta. Całe szczęście, że nie trafił zawodnika Brighton tak, że złamał mu nogę. Nie ma żadnych podstaw, by jakkolwiek Britosa tutaj usprawiedliwiać. On sam po otrzymaniu czerwonej kartki był najwyraźniej tym zdziwiony. Zdecydowanie należy potępić takie zachowanie i – oby tak było – wlepić kilka meczów zawieszenia.

2. Arsene Wenger

W jednym z przedsezonowych tekstów zostało zadane pytanie: Arsene, czy to ten sezon? Po tym, co wszyscy widzieli w meczu z Liverpoolem, odpowiadam: zdecydowanie nie. Z powodów, które zna pewnie tylko Francuz, w pierwszej jedenastce na mecz z Liverpoolem wyszedł Danny Welbeck. Zakupiony przed sezonem Alexandre Lacazette siedział na ławce do 62. minuty, kiedy pojawił się na boisku wraz z Oliverem Giroud. Tylko – co oni mieli zrobić, kiedy było już 3:0 dla rywala, a sami partnerzy nie mieli zbytniej ochoty do gry w piłkę nożną? To samo w defensywnie. Dlaczego w pierwszym składzie wyszedł tragicznie grający Rob Holding, który w seniorskiej piłce rozegrał tylko jeden sezon na wypożyczeniu w Championship, a Shkodran Mustafi przesiedział cały mecz na ławce rezerwowych? Wenger do dyspozycji miał jeszcze Pera Mertesackera. Doświadczony Niemiec nie znalazł miejsca nawet na ławce rezerwowych. W trakcie meczu Wenger wyglądał na człowieka kompletnie bezradnego. Pokrzykiwał, dyrygował, ale to nie dawało żadnego efektu. Arsenal w tym sezonie wygrał tylko pierwszy mecz, z Leicester – i to też po bardzo dużych męczarniach. Teraz dwie porażki i drużyna znajduje się na 16. (!!) miejscu w tabeli z bilansem bramkowym -4! Przed sezonem Wenger podpisał nowy, dwuletni kontrakt, ale jeżeli gra jego zespołu się nie poprawi, to nie ma pewności, czy dotrwa do jego końca.

3. Romelu Lukaku

W pierwszych dwóch meczach Belg wpisał się trzykrotnie na listę strzelców, ale w meczu z Leicester nie wyglądał najlepiej. Wokół niego zawsze był ktoś z dwójki solidnie zbudowanych stoperów Morgan–Maguire i Lukaku nie za bardzo miał pole do popisu. To jedno. Jednak kiedy podchodzi się do rzutu karnego, trzeba być pewnym wykonania. Realizator przedstawił na grafice, jak Belg uderzył ostatnie pięć karnych. Cztery w prawy róg bramkarza, raz w środek. Halo, Panie Lukaku? Jesteśmy w Premier League. Tutaj każdy rywal jest przed meczem analizowany na każdy możliwy sposób, Peter Schmeichel na 99,9% wiedział, jak wyglądały jego ostatnie rzuty karne, i rzucił się w prawą stronę, zanim jeszcze napastnik Manchesteru United oddał strzał. Efekt strzału mizerny, obrona bramkarza udana. Lukaku ma szczęście, że potem jego partnerzy zdobyli dwa gole, bo gdyby ten mecz zakończył się remisem albo porażką, winnym z pewnością byłby on.

Wyróżnienia

1. Huddersfield

Trzy mecze, siedem punktów na koncie i żadnej straconej bramki. O kim mowa? Chelsea? Liverpool? Arsenal? Manchester City? Nie! To wyczyn tegorocznego beniaminka Premier League, Huddersfield. W trzeciej kolejce mierzyło się na własnym boisku z Southampton i bezbramkowo zremisowało. Wyrównało tym samym rekord angielskiej ekstraklasy: jako drugi beniaminek w historii nie stracił bramki w pierwszych trzech kolejkach Premier League. Jako pierwszy tego osiągnięcia dokonał zespół Chartlon Athletic w sezonie 1998/1999. Okazja do poprawienia tego wyczynu i przejścia do historii na stałe będzie już w poniedziałek, 11. września. „Teriery” zmierzą się na wyjeździe z West Ham United, który znajduje się na dnie tabeli. Trzeba jednak pamiętać, że WHU wraca na swój stadion i na pewno będzie walczył o każdy punkt. Przed Huddersfield nie lada wyzwanie, ale kolejne czyste konto da mu miejsce w annałach.

2. Alvaro Morata

W niedzielę Chelsea wróciła na zwycięskie tory, pokonując na Stamford Bridge Everton. Bardzo duży udział w tej wygranej miał Hiszpan, który najpierw zanotował asystę przy trafieniu Cesca Fabregasa, a potem sam podwyższył prowadzenie „The Blues”, kierując piłkę głową do bramki po dośrodkowaniu Cesara Azpilicuety. Były gracz Realu Madryt był aktywny przez 78 minut, jakie spędził na boisku, i raz po raz nękał obrońców Evertonu. Najwyraźniej na Hiszpanie nie ciąży już presja związana z kwotą transferu i pudłem z rzutu karnego w meczu o Tarczę Wspólnoty. Imponująco wyglądają dwie bramki i dwie asysty po trzech meczach w Premier League. Jeśli tylko Antonio Conte sprawi, że Morata utrzyma swoją obecną dyspozycję, żadne tęsknoty za Diego Costą nie będą miały miejsca.

3. Liverpool

Podopieczni Juergena Kloppa wymazali z pamięci niefartowny remis z Watfordem. Wygrana z Crystal Palace 1:0 może nie napawała jeszcze hurraoptymizmem, ale niedzielny przejazd po Arsenalu – już tak. Liverpool wyglądał w niedzielę kapitalnie, praktycznie trudno wskazać kogoś, kto zagrał słabo (tylko Loris Karius sam sprawiał sobie kłopoty niepotrzebnymi zagraniami we własnym polu karnym). Ciąg ofensywny na Anfield mają ogromny. Firmino, Salah, Mane potrafią wkręcić w ziemię każdego obrońcę w Premier League, są bardzo, bardzo nieprzewidywalni w swoich zagraniach, co potwierdzili w niedzielę. Firmino  z golem i asystą, Salah z golem i asystą, Firmino z golem i asystą. Ten ofensywny tercet miał udział przy każdej bramce. Jeśli tylko dojdzie do tego pewna gra w defensywie, Liverpool może śmiało myśleć o walce o mistrzostwo kraju.

Bramka kolejki

Bramka Charliego Danielsa z meczu z Manchesterem City.

Cytat kolejki

Zespół, do którego dołączyłem, potrafił rywalizować i walczyć. Gdzie była walka dzisiaj? Gdzie był powrót do akcji i wygrywanie piłek 50:50? To, co się dzisiaj wydarzyło, jest niedopuszczalne. Rozmawiamy o Alexisie Sanchezie i o tym, czy on i reszta zawodników pozostanie w Arsenalu, ale oni nie chcą być częścią tego zespołu. Widzą, że w drużynie nie dzieje się najlepiej i dlatego nie chcą przedłużyć swoich kontraktów.Thierry Henry

Komentarze:
Przeczytaj także: