Marcin Pianka

Strategia jest dla słabych. Trenerski los, czyli spontaniczne zmiany koncepcji klubów ekstraklasy

Jak często zmieniano koncepcję trenera w klubach ekstraklasy i gdzie było to najmniej przemyślane?

16 grudnia 2016

Los trenera w ekstraklasie nie bez kozery porównujemy często do karuzeli. Bardzo rzadko władze naszych rodzimych klubów mają cierpliwość do zatrudnianych przez siebie szkoleniowców lub po prostu przekonane są, że pracę z drużyną podejmuje cudotwórca i z marszu zacznie wykręcać świetne wyniki. Niestety, czarodzieja na trenerskiej ławce w Polsce jeszcze się nie dorobiliśmy, więc każdego nowego szkoleniowca powinno się obdarzyć zaufaniem i przede wszystkim dać mu czas na pracę. Powinno, ale tu jest Polska, a prezesi naszych drużyn bardzo nie lubią czekać. Efekt? Bardzo częste zmiany na trenerskiej karuzeli i często absurdalne zwroty akcji w kwestii ogólnej koncepcji prowadzenia zespołu.

Najświeższym przykładem braku cierpliwości, czy może jednak całkowitego niezrozumienia piłki nożnej, było zwolnienie z Górnika Łęczna Andrzeja Rybarskiego i odnalezienie dla niego zastępstwa w osobie Franciszka Smudy. Czy naprawdę zarząd klubu z Lubelszczyzny wierzy, że „Franz” zrobi z gromadki mocno przeciętnych piłkarzy o potencjale podobnym temu Rafała Siemaszki z Arki (dół tabeli 1. ligi) maszynę do zdobywania punktów? Nie uczynił tego młodszy poprzednik, nie zrobi tego rutynowany Smuda. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ruchy władz „Dumy Lubelszczyzny” bardziej przypominają frywolną improwizację niż długofalowe i konsekwentne działanie. Niestety, bardzo podobnie jest w innych ekstraklasowych klubach.

Tutaj jest nieźle

Jako że na naszym podwórku naprawdę specyficzne jest podejście do tematu trenerów i mam tutaj na myśli fakt, że do standardów europejskich trochę nam brakuje (choć i w najlepszych ligach zdarzają się „igraszki” władz klubu z obsadą szkoleniowców), warto wykonać głęboki ukłon w stronę drużyn, u których wygląda to na tle innych ligowców naprawdę nieźle.

Ruch Chorzów

Trudno uwierzyć, że klub z tak ogromnymi problemami finansowymi potrafi racjonalnie podchodzić do tematu trenera pierwszego zespołu. W zasadzie opiekun chorzowskiej drużyny, który zastępował swojego poprzednika, nie różnił się od niego jakoś znacznie. Dla przypomnienia: po tym jak Waldemar Fornalik w 2012 roku został selekcjonerem reprezentacji Polski, zespół „Niebieskich” przejął jego brat – Tomasz – co było wyraźnym znakiem, że dzieło Waldemara będzie kontynuowane. Niestety, nie potrafił on zbudować w Chorzowie zespołu, który byłby w stanie sprostać ligowym rywalom, i już po kilku miesiącach jego misja została zakończona. Jako strażaka ściągnięto Jacka Zielińskiego.

Były opiekun m.in. Polonii Warszawa poprawił nieznacznie grę zespołu, ale nadal chorzowianie miewali gorsze momenty. Jeden z takich momentów trwał 90 minut i poskutkował laniem 0:6 z Jagiellonią Białystok, po którym to Jacek Zieliński podał się do dymisji. Warto zaznaczyć, że styl pracy z zespołem urodzonego w Tarnobrzegu szkoleniowca nie różnił się znacznie od stylu poprzedników, co tylko pokazuje konsekwencję działania władz klubu. Kolejnym na to dowodem było sprowadzenie Jana Kociana. Słowak, który trenerskiego fachu uczył się w Niemczech, pasował do „ekonomicznego” wariantu prowadzenia zespołu.

Trener Fornalik wrócił przeszło dwa lata temu i znów zaczął po prostu robić swoje, czyli wyciskać jak cytrynę cały potencjał, jaki dostarczono mu do prowadzenia.

Nowa miotła nie tylko poprawiła grę drużyny, lecz także tchnęła w zawodników wiarę we własne umiejętności. Wystarczyło to do dość zaskakującego miejsca na podium ligowych rozgrywek i wywalczenia startu w eliminacjach do europejskich pucharów. Kolejny sezon potwierdził, że Ruch nie potrafi rozegrać dwóch dobrych sezonów, co doprowadziło do rozstania ze Słowakiem, ale i tak pozostawił on po sobie miłe wspomnienia. Natomiast w klubie powrócono do starego, dobrego „Waldka Kinga”. Trener Fornalik wrócił przeszło dwa lata temu i znów zaczął po prostu robić swoje, czyli wyciskać jak cytrynę cały potencjał, jaki dostarczono mu do prowadzenia. Ostatni szkoleniowcy Ruchu potwierdzają swoją pracą, że wypełniali wizję założoną przez klub, i z czystym sumieniem można powiedzieć, że na tym polu „Niebiescy” wyróżniają się jak najbardziej na plus. Pozostaje tylko pytanie: Czy trenerzy chorzowian mogli zrobić coś inaczej, skoro pieniędzy na większe wzmocnienia w klubowej kasie nigdy nie było?

Wisła Płock

Grzechem byłoby nie umieścić obok Ruchu klubu, którego trener piastuje swoje stanowisko nieprzerwanie najdłużej ze wszystkich szkoleniowców w ekstraklasie. Marcin Kaczmarek znacznie poprawił wizerunek działaczy płockiego klubu, przed tym, jak objął on zespół w czerwcu 2012 roku, ławka Wisły przypominała bowiem tramwaj – ciągły ruch, jedni wsiadają, drudzy wysiadają. Dość wspomnieć, że od 2010 roku przez szatnię „Nafciarzy” przewinęło się sześciu (!) szkoleniowców, w tym „niezapomniany” Libor Pala.

Całe szczęście, zarząd Wisły doszedł do wniosku, że przyszła pora ustabilizować sytuację i pozwolić wybranemu przez siebie człowiekowi na spokojną pracę. Zaufanie, jakim obdarzono Marcina Kaczmarka, odpłaciło się w ubiegłym sezonie, kiedy to prowadzona przez niego drużyna w końcu wywalczyła upragniony awans do ekstraklasy.

Bruk-Bet Termalica Nieciecza

W zasadzie trudno było jakoś szczególnie zakwalifikować klub z Niecieczy, ale finalnie trafił on do grona „normalnych” obyczajów w zakresie zatrudniania i zwalniania trenerów. Co prawda, można się było przyczepić przed tym sezonem, że władze klubu podziękowały za współpracę Piotrowi Mandryszowi, który był ojcem awansu drużyny z Małopolski do ekstraklasy i w niezłym stylu się w niej utrzymał, ale zamiana na Czesława Michniewicza akurat wygląda na bardzo racjonalną. Wracając do Mandrysza, należą mu się słowa uznania, zatrzymał bowiem elitę dla Niecieczy, dysponując przy tym dosyć ograniczonymi zasobami ludzkimi. Niewiele lepiej ma Czesław Michniewicz, ale podobnie jak poprzednik potrafi on napsuć krwi ligowym rywalom.

Co łączy Piotra Mandrysza z „polskim Mourinho”? Obaj świetnie potrafią ustawić swój zespół. No, może były szkoleniowiec Pogoni czy Jagiellonii opanował tę sztukę troszkę lepiej, ponieważ gra Bruk-Bet Termaliki w tym sezonie przypomina działanie wyrachowane niczym u zabójcy na zlecenie. „Słonie” cierpliwie i skutecznie się bronią, po czym wyprowadzają groźne kontry. Zespół z Niecieczy potrafił to już za trenera Mandrysza, a to pokazuje tylko, że konsekwencja w tej małej miejscowości jest.

Jagiellonia Białystok

W Białymstoku, co prawda, zmian w ostatnich latach na trenerskiej ławce było całkiem sporo, ale prezes Cezary Kulesza zawsze stawiał na dosyć młodych szkoleniowców. Po odejściu Michała Probierza w glorii chwały, w 2011 roku, jego miejsce zajmowali kolejno: Czesław Michniewicz, Tomasz Hajto i Piotr Stokowiec. Cała trójka to „specyficzni” opiekunowie, aczkolwiek wszyscy starali się stawiać w Jagiellonii na piłkarzy młodych.

Właśnie te próby wdrażania wychowanków i młodzieżowców do ekstraklasy są podstawowymi celami w białostockim klubie. Każdy z wymienionych trenerów swoje zasługi w tej dziedzinie posiadał, jak chociażby rozkwit talentu Macieja Makuszewskiego pod skrzydłami Tomasza Hajty, ale zdecydowanie najlepszym fachowcem jest Michał Probierz, który w kwietniu 2014 roku wrócił na stare śmieci i prowadzi „Jagę” w kolejnym, zapowiadającym się bardzo obiecująco sezonie.

Tutaj trąci absurdem

Piast Gliwice

Kolorowo we wspomnianym już Górniku Łęczna nie jest, ale miano „największej chorągiewki ekstraklasy” przyznaję Piastowi Gliwice. To, co działo się w ostatnich latach na ławce gliwiczan, to jakieś nieporozumienie. Najpierw zespół powierzono młodemu Marcinowi Broszowi, który kilka razy już zdążył udowodnić, że potrafi zbudować naprawdę ciekawy projekt z grą na dobrym poziomie. Włodarze „Piastunek” dosyć szybko stracili jednak cierpliwość do polskiego szkoleniowca i postanowili postawić na egzotykę, sprowadzając do siebie wychowanka wielkiego Realu Madryt – Angela Pereza Garcię. Tak, to ten od „resultados historicos”.

Po staraniach młodego Brosza, by powstało coś trwałego na lata, zarząd Piasta ściągnął do siebie człowieka w ogóle nieznającego realiów naszego futbolu.

Nie mam nic przeciwko trenerom z zagranicy, ale chodzi przede wszystkim o wizję budowy drużyny, a raczej jej brak. Po staraniach młodego Brosza, by powstało coś trwałego na lata, zarząd Piasta ściągnął do siebie człowieka w ogóle nieznającego realiów naszego futbolu. Charyzmy Garcii wystarczyło na kilka świetnych meczów gliwickiego zespołu, po czym, wskutek słabszego okresu, podziękowano mu za współpracę. Mając na uwadze „spontaniczność” przy Okrzei, wszyscy z zaciekawieniem czekali na obwieszczenie informacji o nowym trenerze pierwszej drużyny. Wybór padł na Radoslava Latala, czyli kolejny zwrot o 180 stopni.

Trzeba oddać czeskiemu szkoleniowcowi, że potrafił przy pomocy kilku swoich rodaków stworzyć zespół na miarę wicemistrzostwa Polski, ale równie dobrze jego misja mogła się nie powieść, co zresztą miało miejsce na początku tego sezonu. Po słabiutkich wynikach i „chwilach nadmiernej szczerości” Latala zwolniono, by po kilku miesiącach zatrudnić go z powrotem. Kabaret.

Legia Warszawa

Może niektórych to zdenerwuje, ale oberwać powinna także Legia. Sternicy mistrza kraju cały czas zapewniają o planie na rozwój drużyny, ale ich czyny wręcz krzyczą „nie mamy pojęcia, co robimy”. Wszystko zaczęło się od zatrudnienia Henninga Berga. Wtedy to ogłoszono światu, że Legia, za przykładem Ajaksu Amsterdam, zbuduje fabrykę talentów, a kontakty i obycie w wielkim świecie Norwega mają w tym pomóc. W porządku, Legia zaczęła grać nieźle, zdobyła mistrzostwo, otarła się o Ligę Mistrzów, ale po pewnym czasie nastąpiło chyba zmęczenie materiału i Bergowi podziękowano.

Wtedy to, w przededniu stulecia klubu, postawiono wszystko na jedną kartę i sprowadzono z Rosji Stanisława Czerczesowa. To było niczym spalenie sztandaru z napisem „polski Ajax”, o którym mówił prezes Leśnodorski. Rządy na trenerskiej ławce Rosjanina to sukcesy, ale filozofia zakładająca stawianie na młodych legła w gruzach. Czerczesow mistrzostwo zdobył i nawet chciał prowadzić Legię w kolejnej kampanii, jednak wymagał od klubu dużej kasy na transferowe zachcianki. Różnica zdań na linii trener – klub i „Niedźwiedzia” w Warszawie już nie ma. Gdy wydawało się, że już nic nie może zdziwić, Legia zatrudniła Albańczyka – Besnika Hasiego.

Wielu ekspertów od ligi belgijskiej wygłaszało całe ody na cześć albańskiego trenera, ale bardziej niż jego pochodzenie martwiła kolejna zmiana koncepcji warszawskiego zespołu. Od tej pory Legia miała już być „polskim Anderlechtem”. Hasi sprowadził do Polski Moulina, Langila i Odjidja-Ofoe (prawdziwa ironia losu, Albańczyka bowiem przeklinano, a summa summarum sprowadził do Polski chyba najlepszego gracza, jaki kiedykolwiek biegał po naszych boiskach) oraz bądź co bądź awansował do Ligi Mistrzów. Wyniki miał jednak fatalne i w Warszawie w końcu postawiono na „swojego człowieka”, czyli Jacka Magierę. Era „Magica” to kolejny zwrot w kwestii założeń prowadzenia zespołu i czekam z niecierpliwością, co z tego wyjdzie, ponieważ na razie jest naprawdę dobrze.

Lechia Gdańsk

Nie da się oprzeć wrażeniu, że kluby bogatsze mają dużo więcej problemów związanych z przywiązaniem do trenerów. Przykładem tego jest Lechia Gdańsk, która po przejęciu klubu przez niemieckiego inwestora długo szukała złotego środka na trenerską ławkę. W ostatnich pięciu latach „Biało-zielonych” prowadziło, bagatela, 10 szkoleniowców. Była linia Polaków z „Bobo” Kaczmarkiem i Michałem Probierzem na czele. Potem chwila eksperymentowania ze stylem holenderskim (Moniz) i portugalskim (Machado), by znów powrócić do Polaków w osobach pary Unton – Kalkowski i w końcu Jerzy Brzęczek.

W ostatnich pięciu latach „Biało-zielonych” prowadziło, bagatela, 10 szkoleniowców.

Były trener Rakowa Częstochowa nie spełnił oczekiwań włodarzy Lechii i jego miejsce zajął Thomas von Heesen. Wydawało się wtedy, że przychodzą niemieckie porządki i będziemy mieli w Polsce klub na wzór Bundesligi. Jak się jednak okazało, z niemieckimi rozgrywkami nie miało to wiele wspólnego i po rozczarowujących wynikach postanowiono z Niemcem się rozstać.

Przez moment pieczę nad pierwszym zespołem trzymał Dawid Banaczek, ale po chwili zatrudniono na jego miejsce Piotra Nowaka – człowieka, który wypracował sobie świetną markę w USA, ale po konfliktach ze swoją ostatnią drużyną w Stanach – Philadelphia Union – okryty został za oceanem złą sławą. Wyniki Lechii pod jego wodzą bywają różne, ale ten sezon zapowiada się na przełomowy i może w końcu w Gdańsku zaspokoją swoje ogromne ambicje. Tak czy inaczej, liczba i styl zmian trenerów Lechii wcale nie świadczą najlepiej o zarządzaniu tym klubem.

Normalność na miarę ligi

W zasadzie reszta klubów ekstraklasy niczym szczególnym się nie wyróżnia i zdecydowana większość trzyma ligową średnią, jeśli chodzi o długość pracy trenerów, choć bardziej pasowałby tutaj termin „krótkość pracy”. Jest to niezbitym dowodem, że brakuje w naszym kraju cierpliwości do szkoleniowców.

Innym dosyć istotnym problemem jest obracanie się w gronie tych samych opiekunów. Warto zauważyć, że w gronie ewentualnych następców zwolnionego z jakiegoś klubu trenera przewijają się wciąż niemal te same nazwiska. A skąd ten upór włodarzy naszych klubów i wiara, że trener X, który nie sprawdził się w klubie Y, przyniesie sukces właśnie ich drużynie? Naiwność? Nie wiem, ale czas najwyższy, by kluby ekstraklasy wreszcie odnalazły swoje koncepcje budowy zespołu. Przykłady z Zachodu pokazują, że warto.

Komentarze:
Przeczytaj także: