Mariusz Janik

Leżing na trawingu

W 15. kolejce III ligi gr. 1 Widzew Łódź podejmował ŁKS 1926 Łomża

05 listopada 2017

Po remisie w Sulejówku (3:3), gdzie tamtejsza Victoria urwała punkt Sokołowi Aleksandrów Łódzki, przed Widzewem narodziła się szansa, aby odskoczyć rywalom na kilka punktów i wygodnie usadowić się na tronie. Żeby jednak tak się stało, podopieczni trenera Franciszka Smudy musieli ograć 15. w tabeli ŁKS 1926 Łomża.

Powiew Europy

Przed pierwszym gwizdkiem sędziego doszło do kilka miłych uroczystości. Jeden z sympatyków Widzewa odebrał od prezesa Przemysława Klementowskiego pamiątkową koszulkę z numerem 400. Liczba ta symbolizuje liczbę wyjazdów, jakie zainteresowany zaliczył w swojej kibicowskiej przygodzie. Chwilę później specjalny prezent (pamiątkowe zdjęcie po meczu z Broendby w 1996 roku) z okazji 50. urodzin od Zarządu klubu przy al. Piłsudskiego otrzymał Andrzej Michalczuk. Ukrainiec posiadający także polski paszport w czerwono-biało-czerwonej koszulce rozegrał 223 spotkania. Zdobywał z Widzewem dwa tytuły mistrzowskie, Superpuchar Polski, występował także w europejskich pucharach. To właśnie gol legendarnego „Michała” przesądził o zwycięstwie łodzian w pamiętnym meczu z Legią w 1997 roku, gdy warszawianie przegrali mistrzostwo Polski w pięć minut.

W sobotnie popołudnie przy al. Piłsudskiego pojawiło się także dwóch byłych bramkarzy reprezentacji Polski: Andrzej Woźniak i Jerzy Dudek. Szczególnie dla tego drugiego wizyta w Łodzi mogła nieść za sobą wiele zaskoczeń – czy były golkiper Liverpoolu i Realu Madryt mógł się spodziewać, że na mecze drużyny występującej na czwartym poziomie rozgrywkowym przychodzi regularnie ponad 15 tysięcy kibiców? W trakcie spotkania z ŁKS-em 1926 Łomża na trybunach zasiadło 16521 fanów. Gdy dodamy, że cały mecz (i powtórki) mogli śledzić na dwóch stadionowych telebimach – poziom iście europejski.

Rozczarowanie

O ile frekwencja mogła zachwycać, o tyle poziom gry gospodarzy nieszczególnie. Mocniej mecz rozpoczęli goście. Po strzale Damiana Gałązki już w 7. minucie interweniować musiał Patryk Wolański. Sześćdziesiąt sekund po akcji Mateusza Michalskiego odgryzać się próbował Aleksander Kwiek, ale po jego uderzeniu futbolówka wpadła do koszyczka Pawła Lipca. Najlepszą sytuację w pierwszej odsłonie spotkania łodzianie stworzyli sobie w 23. minucie. Na siódmy metr Kacprowi Falonowi piłkę wyłożył Mateusz Michalski, ale 20-letni pomocnik uderzył tak, że zamiast bramkarza rywala postraszył ptaki znajdujące się za jego bramką.

Niewykorzystane sytuacje się mszczą. Po raz kolejny stare piłkarskie porzekadło sprawdziło się. Po pół godzinie gry goście cieszyli się z prowadzenia. Składną akcję zespołu ładną główką zwieńczył Michał Misiak. Zawodnicy Franciszka Smudy mogli doprowadzić do remisu już 240 sekund później. Dwukrotnie rzutu wolnego – na wprost bramki gości – nie potrafił spożytkować Aleksander Kwiek. Skoro nie można było dopiąć swego po stałych fragmentach gry, miejscowi raz jeszcze postanowili skorzystać z aktywnego na skrzydle Mateusza Michalskiego. 25-letni pomocnik nabiegał z prawej strony, zagrał w pole karne do Daniela Mąki, jednak jego kolega, zamiast skierować futbolówkę do bramki… wybił ją w drugą stronę.

Mogło być 1:1, a tymczasem ekipa trenera Krzysztofa Ogrodzińskiego wyszła na dwubramkowe prowadzenie. Kapitalnie z rzutu wolnego – ok. 18 metrów przed bramką Wolańskiego – uderzył Marcin Świderski. Trzeba oddać, że duży wkład w zdobycie tego gola miał – przytomnie uchylający się w murze – brazylijski defensor gości, Reinaldo Melao do Nascimento. 29-latek swoim zachowaniem zwiódł czujność Patryka Wolańskiego. Mimo że golkiper łodzian wygiął się jak struna, ostatecznie nie zdołał sięgnąć piłki. Po stracie drugiego gola Widzew wyglądał jak słaniający się na nogach bokser. Gdyby w 41. minucie po ładnym uderzeniu z powietrza do bramki łodzian trafił jeszcze Damian Gałązka, kibice znajdujący się w Sercu Łodzi obejrzeliby nokaut ich ukochanej drużyny.

Po zmianie stron Widzew próbował atakować, ale chaotyczna gra była wodą na młyn dla gości, którzy nastawili się na kontry. Być może, gdyby w 52. minucie po strzale głową z najbliższej odległości do bramki trafił Maciej Kazimierowicz, gospodarzom grałoby się łatwiej. Dziesięć minut później futbolówka zatrzepotała w siatce ŁKS-u, ale sędzia uznał, że wprowadzony po przerwie Daniel Świderski wybijał piłkę z dłoni Pawła Lipca. Nawet oglądając powtórki, trudno jednoznacznie ocenić sytuację, więc należy zaufać decyzji arbitra.

Gospodarze bili głową w mur, a przyjezdni, gdy tylko mieli ku temu okazję, kradli cenne sekundy. Nic dziwnego, przed przyjazdem do Miasta Włókniarzy – znajdujący się w tabeli tuż nad kreską – zespół gości w delegacji zdołał wygrać tylko dwukrotnie (w Ostródzie i Wikielcu). Każdy pomysł na przytulenie kolejnego kompletu oczek był na wagę złota. Kombinacje te nie umknęły jednak uwadze arbitra, który postanowił dorzucić do regulaminowego czasu gry pięć minut. Już w doliczonym czasie kontaktowego gola zdobył wprowadzony na boisko kilka chwil wcześniej Mateusz Ostaszewski.

Na trafienie wyrównujące stan meczu łodzianom zabrakło czasu. Pierwsza w sezonie domowa porażka stała się faktem. Sponsorem klubu z Łomży jest miejscowy browar. W jednej z reklam telewizyjnych tego produktu bohaterowie wspominają o „leżingu (kocingu) na trawingu”. Te trzy słowa najlepiej podsumowują grę Widzewa w sobotni wieczór. A już na pewno jej konsekwencje.

Franek Smuda czyni cuda?

Na konferencji pomeczowej szkoleniowiec gości był wyraźnie zaskoczony wynikiem. Podziękował swoim piłkarzom, przed meczem przekonywał ich, że „w życiu piękne są tylko chwile”. Zastanawiał się również, czy wpływu na dobrą postawę jego podopiecznych nie miała… wypłata, która dzień wcześniej – po raz pierwszy od dawna – pojawiła się na ich kontach. Frazes, że pieniądze nie grają, sprawdza się w tym momencie idealnie. Wynagrodzenie wypłacane dla łomżan od czasu do czasu, dla widzewiaków jest codziennością. W klubie dba się, by nie zabrakło im ptasiego mleka. Co zatem powoduje, że ci grają poniżej oczekiwań?

Głowi się nad tym sam Franciszek Smuda, który zapowiada zimowe zmiany. Pod naporem krytyki trener broni jednak swoich zawodników: – Im naprawdę się chce, widzę to. Po prostu czasem nie wychodzi. Po pierwszych meczach – pewnie wygrywanych przez Widzew – w Łodzi słyszało się popularne hasło: „Franek Smuda czyni cuda”. Obecnie, gdy „Czerwono-biało-czerwoni” znaleźli się w dołku, mają one jeszcze silniejszy wydźwięk. Cud jest potrzebny i to szybko.

Na razie za „magiczne różdżki” chwycili kibice, ewidentnie stracili cierpliwość do swoich ulubieńców. Nie obyło się bez gwizdów i rozmów wychowawczych. Po kibicowskiej burze czas na pracę szkoleniową. Popularny „Franz” musi zrobić wszystko, co w jego mocy, by zespół powrócił na zwycięską ścieżkę. Wyjazdowy mecz z 3. w tabeli Lechią Tomaszów Mazowiecki już w następną sobotę.

Komentarze:
Przeczytaj także: