Michał Janusz

La Liga loca – jak przegrywać, żeby wygrać

Duchy przeszłości wiszą nad obecnym sezonem Primera Division, który może być kalką tego, co wydarzyło się blisko dziewięć lat temu

15 października 2016

Maj 2014 roku. Lizbona. Do przeszłości przechodzi jedna z największych obsesji w ponad stuletniej historii Realu Madryt – La Decima. Wyczekiwana od przeszło dziesięciu lat. Spędzająca sen z powiek całego madridismo. Upragniony puchar Ligi Mistrzów, który stał się dla klubu czymś wręcz nieosiągalnym. Zwycięstwo z Atletico rozpoczęło nowy rozdział na kartach historii „Królewskich”. Triumf z maja tego roku był z kolei swoistym dopełnieniem. Teraz, pod wodzą Zinedine’a Zidane’a, w biurach na Santiago Bernabeu nie ukrywa się faktu, że celem nadrzędnym jest mistrzostwo kraju, którego w stolicy nie posmakowano od sezonu 2011/2012.

Postawiona przez szefostwo portalu teza na ten tekst brzmiała: ile razy jeszcze może potknąć się Real, żeby ziścić swoje marzenie o panowaniu na Półwyspie Iberyjskim. Być może się narażę, ale pozwolę zaryzykować sobie stwierdzenie, że nie tak ona powinna brzmieć. Za nami zaledwie siedem kolejek bieżącej kampanii, a główni kandydaci do mistrzostwa – tj. właśnie Real, Barcelona i Atletico – potracili już punkty w aż trzech kolejkach. Co więcej, Katalończycy dwukrotnie kończyli mecz bez choćby jednego zdobytego punktu. Primera Division stała się w ostatnich latach nieco bardziej konkurencyjna ze względu na obecność w gronie najlepszych Atletico, jednak w dalszym ciągu charakteryzuje się tym, że do końcowego triumfu nie wystarczy 70 czy 75 punktów. Jeśli marzy się o tytule, trzeba być niemal bezbłędnym. A raczej trzeba było być.

Szalony sezon 2006/2007

Real Madryt za czasów Fabio Capello w sezonie 2006/2007 przerwał hegemonię Barcelony i zdobył w końcu upragnione mistrzostwo, kończąc sezon z taką samą, zatrważająco małą wydawałoby się, liczbą punktów co Katalończycy. 76 oczek wystarczyło wówczas do świętowania. W kolejnych sezonach mistrz kraju zdobywał już odpowiednio 85, 87, 99, 96, 100, 100, 90, 94 i 91 punktów. W sezonie 2006/2007 po pierwszych siedmiu kolejkach liderem była Barcelona, która pięć razy wygrała, raz zremisowała i raz przegrała. Real już wtedy tracił do niej dwa oczka, mając na koncie o jeden remis więcej. Podopieczni Capello ścigali Katalończyków praktycznie przez cały sezon, co rusz potykając się nie tylko na tle mocnych rywali, ale przede wszystkim… o własne nogi. Jak bowiem inaczej nazwać takie porażki jak 0:3 u siebie z Recreativo Huelva, 0:1 z Getafe czy 0:2 z Deportivo. Na pierwszy rzut oka fakt ten każe sądzić, że Real nie miał prawa sięgnąć wówczas po tytuł.

Otoczenie „Los Blancos” pozostaje wręcz zastanawiające spokojne po remisach z Las Palmas, Eibarem i Villarrealem. Wokół każdej tego typu straty punktów tworzy się teza, że to właśnie takimi meczami wygrywa się mistrzostwo. Za Fabio Capello sukces stworzony został jednak w spotkaniach z największymi. Przy takiej samej liczbie punktów o mistrzostwie w Hiszpanii decydują bezpośrednie starcia, w których – w tym przypadku z Barceloną – Real wygrał 2:1 u siebie i zremisował 3:3 na Camp Nou, trzykrotnie zresztą dając się dogonić rywalom, których golem w ostatnich minutach uratował wchodzący wówczas na wielkie salony Leo Messi. Dlatego wydaje się, że podobnie może być i teraz. Różnica w La Liga nieco się zaciera, a to wszystko przez natłok meczów i chęć najlepszych do wygrywania absolutnie wszystkich trofeów. Nikt nie ma w głowie odpuszczania Pucharu Króla, każdy celuje w tryplet. Jeśli na koniec obecnej kampanii któraś z drużyn znowu zdobędzie ponad 90 punktów, trzeba będzie uznać to za wydarzenie epokowe. Dlatego też wpadki z Eibarem czy Las Palmas – te najbardziej bolesne – nie dały podstaw do paniki. Na Bernabeu w pełni zaufano Zidane’owi, który ma wśród zawodników chyba jeszcze większych posłuch niż Carlo Ancelotti.

W tej chwili naszym priorytetem jest mistrzostwo Hiszpanii.
Zinedine Zidane

Francuski trener „Królewskich” od początku obecnego sezonu jasno mówił, że triumf na krajowym podwórku będzie dla stołecznego zespołu celem numer jeden. W głowie byłego reprezentanta Francji bez wątpienia siedzi chęć przejścia do historii z Realem, który jako pierwszy po reformie rozgrywek wygrałby Ligę Mistrzów dwa razy z rzędu. Etap sezonu jest jednak wczesny i nic dziwnego, że najwięksi europejscy mocarze nie skupiają się aż tak na rozgrywkach międzynarodowych. Na to przyjdzie czas w lutym, kiedy rozpocznie się faza pucharowa. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że bez wystrzegania się – uczciwie nazwijmy to – głupich strat punktów, Real Zidane’a nie ma co marzyć o mistrzostwie Hiszpanii. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak na to, że – podobnie jak w poprzednich sezonach – o tytule zadecydują bezpośrednie pojedynki czołowej trójki. Z tą jednak różnicą, że nic nie zapowiada tego, by mistrz kraju znowu miał zdobyć ponad 90 punktów, co we współczesnym futbolu jest wręcz rzeczą niewiarygodną.
Francuz od początku sezonu postawił na rotacje, narażając się tym samym na ewentualnie wpadki spowodowane brakiem zgrania czy mniejszym doświadczeniem takich piłkarzy jak chociażby Asensio, którego pierwsze mecze akurat przeszły najśmielsze oczekiwania. Nie ulega jednak wątpliwości, że zarówno „Królewskim”, jak i Atletico i Barcelonie będą przydarzać się wpadki. Ważnym elementem w bieżącej kampanii będzie jednak zachowanie równowagi. Trzy punkty to zawsze tylko trzy punkty, które można odrobić w bezpośrednich starciach. To one będą kluczem do mistrzostwa.

Komentarze:
Przeczytaj także: