Łukasz Kaczmarek

Gwiezdne wojny w Paryżu

Neymar vs Cavani

21 września 2017

Jak dwa koguty walczące o najlepszą kurę w wiosce – tak ostatnio wyglądali Neymar i Cavani, kiedy ich PSG męczyło się z Olympique’iem Lyon w ostatniej ligowej kolejce. W walce o prawo do piłki jeden nie ustępował pola drugiemu, wypinali klaty, stroszyli pióra i dziobali za każdym razem, kiedy ich zespół zyskiwał jakiś stały fragment gry, nieważne, czy był to rzut wolny, czy rzut karny. Zawody trwały w najlepsze, bukmacherzy, miast zakładów o zwycięzcę w meczu, gotowi byli już wypuszczać nowe typy do obstawiania, kto z tej dwójki pierwszy dopadnie futbolówkę i weźmie ją w posiadanie. A cały ten ambaras na oczach milionów.

Jak ćwierkają zagraniczni dziennikarze, spór znalazł swój ciąg dalszy w szatni, kiedy dwaj zainteresowani rzucili się sobie do gardeł, chcąc wyjaśnić sytuację jak mężczyźni, jeden od drugiego żądając satysfakcji. Rozdzieleni przez kolegów z zespołu ostatecznie rozeszli się do domów, wciąż jednak nie oznaczało to rozejmu, a jedynie chwilowe zawieszenie broni, ciszę przed prawdziwą burzą, jaka za chwilę może ogarnąć Paryż. I lepiej by było dla sympatyków PSG, żeby nie skończyła się ta nawałnica jak w Dolinie Kościeliskiej – kataklizmem i totalnym spustoszeniem.

 

Kompleks wiecznie drugiego

 

Problem może leżeć w nienasyconych wciąż ego obydwu gwiazdorów. Bo właśnie, mimo tego miana zawsze był ktoś, kto był przed nimi, kto był tym primus inter pares i nie dawało to im nigdy satysfakcjonującej w pełni pozycji w klubie.

Doskonale rozumiem zachowanie Edinsona Cavaniego, patrząc na to, jaką drogę przebył w Paryżu. Przychodząc do PSG w 2013 r., jako król strzelców Serie A w barwach Napoli, musiał z miejsca pogodzić się z rolą jedynie zmiennika dla, panującego już od roku na Parc Des Princes, Zlatana Ibrahimovicia. „El Matador” przez trzy kolejne sezony czekał na swoje pięć minut, aż w końcu nastały wraz z odejściem Szweda. Wielu wtedy się zastanawiało, czy Cavani będzie na tyle silną osobowością, by przejąć schedę po „Ibrze”, i czy udowodni swoją wartość na boisku. Urugwajczyk na tyle godnie wszedł w buty starszego kolegi, że bardzo szybko otarto łzy po Zlatanie i rozpoczęła się era Cavaniego. Ostatni sezon Edinsona przyniósł mu tytuł króla strzelców Ligue 1 z 35 trafieniami na koncie oraz nagrodę dla najlepszego zawodnika rozgrywek. Wydawało się, że Paryż ma niekwestionowanego lidera na kilka sezonów. Z pewnością nie będzie chciał oddać tak ciężko wywalczonego i długo wyczekiwanego miejsca w klubie, przynajmniej nie bez walki.

Aż tu nagle prezes Nasser Al-Khelaifi zrobił psikusa nie tylko Barcelonie, ale i właśnie Cavaniemu, sprowadzając do Paryża Neymara.

Przypomnijmy, jaka była główna motywacja Brazylijczyka przy podejmowaniu decyzji o zmianie barw klubowych? Oprócz kasy, oczywiście. Wciąż padało, że czuje się niedoceniany w Barcelonie, że chce odgrywać większą rolę w klubie, wyjść z cienia Messiego i pisać własny rozdział w historii futbolu. Czyli mówiąc wprost – chce być numerem jeden, liderem. I najprawdopodobniej dostał zapewnienie od wszystkich w stolicy Francji, że tak się właśnie stanie, byleby podpisał kontrakt.

I też jestem gotów zrozumieć w takiej sytuacji postawę Neymara. No bo ej, jak jestem w końcu liderem, to takim pełną gębą, że ja tu dzielę i rządzę. I nie będzie mi jakiś Urugwajczyk wchodził w paradę.

Neymar od dłuższego czasu wykazywał oznaki ogólnego niezadowolenia, manifestował je otwarcie, miał skłonności do fochowania się i szantażowania otoczenia. Dość wspomnieć sytuację sprzed odejścia Luisa Enrique, kiedy na następnego szkoleniowca „Dumy Katalonii” namaszczany był jego asystent, Juan Carlos Unzue. Jego kandydaturę popierali zawodnicy, łącznie z Brazylijczykiem, do momentu, aż na jednym z treningów zawodnik nieżyczliwie wypowiedział się na temat metod Unzue. Były bramkarz Barcelony nie pozostał mu dłużny i ostrzegł Neymara, by lepiej skupił się na pracy i ładował energię w zaangażowanie w  wydarzenia na boisku, nie poza nim. Po tej „zniewadze” kapitan „Canarinhos” zapowiedział, że albo on, albo Hiszpan – ktoś musi opuścić Camp Nou. W efekcie Unzue odszedł, obejmując stery w Celcie Vigo.

 

Neymar u prezesa

 

Teraz Brazylijczyk sięga po tę samą broń. Jak donoszą media, udał się na rozmowę do prezesa PSG i zażądał sprzedaży Cavaniego, ponieważ nie ma zamiaru dłużej z nim współpracować na boisku. Swoją drogą, panie prezesie, sam sobie tego piwa nawarzyłeś, sam ściągnąłeś na siebie te kosmiczne problemy, wydając prawdziwie kosmiczne sumy na nie mniej kosmicznych piłkarzy. Fajnie jest mieć taką pakę na boisku, ale trzeba nad tym wszystkim umieć zapanować i zarządzać odpowiednio zasobami ludzkimi. Gdyby były jasno określone zasady, hierarchia ustalona z góry przez czy to Nassera, czy Emery’ego, można by było uniknąć tej zabawy o piłkę z ostatniego weekendu. A jak już jesteśmy przy trenerze, to jak na razie nie wygląda on na gościa, który jest w stanie poskromić temperamenty południowoamerykańskich piłkarzy. Wygląda to bardziej na samowolkę, zresztą nie pierwszy raz za kadencji Emery’ego. Wystarczy wspomnieć tylko o tym, jak szatnia odrzuciła Krychowiaka, jego ulubieńca jeszcze z Sevilli, i trener, zamiast dać odpór naciskowi piłkarzy, przyznał im rację i odsunął Polaka od gry. Zbyt pobłażliwe podejście może się kończyć tylko kolejnymi strajkami, konfliktami i pretensjami, a te będą miały wpływ na formę paryżan. Nie wiem, czy to przez niesnaski między Neymarem i Cavanim, czy przez trudne warunki, jakie w ostatni weekend postawili zawodnicy OL, ale gdyby nie szczęście i dwie samobójcze bramki, to kto wie, czy nie bylibyśmy świadkami stracenia pierwszych punktów sezonie przez PSG.

Jak problem chce rozwiązać Al-Khelaifi? Poprosił o spotkanie piłkarzy razem z trenerem i dyrektorem. Ma ponoć zarządzić, żeby napastnicy wykonywali stałe fragmenty gry na zmianę (jak w szkole, z dziećmi…), padł również pomysł zmotywowania zawodników dodatkowymi bonusami pieniężnymi za asysty. Zarówno Neymar, jak i Cavani, mają zapisane w kontraktach premie za zdobycze bramkowe, co też nie jest bez znaczenia, patrząc na ich postawy. Każdemu zależy na strzelaniu i dopisywaniu kolejnych zer na konto. Logika prezesa może okazać się słuszna, może po takich ustaleniach piłkarze będą chętniej szukali się na boisku, nie tylko zachwycali indywidualnymi akcjami. Kto bogatemu zabroni, jeśli ma to przynieść efekt w postaci lepszych humorów i zwycięstw?

 

Cavani sam?

 

Neymar wydaje się paradoksalnie w lepszej sytuacji. Mimo że dołączył do klubu ledwie półtora miesiąca temu, to na nim i jego zadowoleniu będzie bardziej zależało krezusom z Paryża. Poza tym widać na boisku, że brazylijska kolonia w stolicy Francji mocno trzyma sztamę – to Dani Alves sprzątnął sprzed nosa piłkę Cavaniemu i podał Neymarowi, żeby ten wykonał rzut wolny. W dalszej części spotkania, po bramce Urugwajczyka, wszyscy koledzy ruszyli do narożnika pogratulować kolejnego trafienia „El Matadore”, tylko właśnie Neymar z Alvesem coś jakby niechętnie, ociągali się, gadali między sobą, śmiali. W końcu paroma niedelikatnymi uderzeniami w głowę Edinsona podziękowali za bramkę, ale widać było, że robią to niejako z przymusu, bo wypada. Musi się mieć na baczności Cavani, by się nie okazało, że jest w tym sporze bez sprzymierzeńców, i niedawni koledzy z szatni odwrócą się do niego plecami, uznając, że lepiej nie zadzierać z Brazylijczykami.

A tak osobiście, radziłbym piłkarzom zjeść po popularnym batonie i przestać gwiazdorzyć, bo najwyraźniej kiedy są głodni, to nie są sobą.               

 

     

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: