Mariusz Janik

Gol marzenie dał sygnał do ataku

Widzew rozegrał swój kolejny mecz ligowy

24 sierpnia 2017

Choć Widzew pod batutą trenera Franciszka Smudy w dwóch spotkaniach zainkasował sześć punktów, nie tracąc przy tym gola, prawdziwy sprawdzian łodzian czekał w 4. kolejce. Los skojarzył ich w Aleksandrowie Łódzkim z tamtejszym Sokołem. Warto podkreślić, że delegacja na teren lidera rozgrywek dla „Franza” była pierwszą w sezonie od momentu, gdy ten powrócił na ławkę trenerską „Czerwono-Biało-Czerwonych”.

Trudny test?

Po zwycięstwach nad Świtem Nowy Dwór Mazowiecki (2:0 – przyp. red.) i Wartą Sieradz (3:0 – przyp. red.) złośliwi twierdzili, że to żaden efekt Smudy, a zdecydowanie bardziej magia Serca Łodzi. Rzeczywiście, na stadionie Widzewa regularnie pojawiają się tłumy, które niezwykle żywiołowym dopingiem motywują piłkarzy, by ci grali nie na 100, a na 1910%. Jeśli rzeczywiście tak miałoby być, przed drugim wyjazdem tej rundy wszyscy przy al. Piłsudskiego powinni drżeć ze strachu. Nie tylko dlatego, że pierwsza delegacja – w Sulejówku – zakończyła się porażką (2:1 – przyp. red.). Kwestia istotniejsza: przed piątą serią spotkań to właśnie aleksandrowianie w ligowej tabeli spoglądali na wszystkich z góry. Jeśli spojrzeć na statystyki podopiecznych trenera Piotra Kupki, mogły one robić wrażenie. Gdy zagłębić się w nie, nie taki diabeł straszny. Szczęśliwie dla „Zielono-Białych” kalendarz został tak ułożony, że w pierwszych trzech spotkaniach za rywali mieli oni ligowych nowicjuszy – Tur Bielsk Podlaski, Wartę Sieradz oraz GKS Wikielec. Oczywiście, dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe,  lekceważyć także nikogo nie należy, niemniej można postawić śmiałą tezę, że dla Sokoła starcie z ekipą z al. Piłsudskiego było pierwszym poważnym sprawdzianem w tegorocznych rozgrywkach.

Na trybunach stadionu im. Włodzimierza Smolarka zasiadło wielu kibiców, choć mniej więcej do 30. minuty meczu atmosfera przypominała bardziej piknik lub sparing aniżeli potyczkę ligową. Wprawdzie dało się słyszeć zdawkowe okrzyki czy incydentalne oklaski, ale jednak znacznie lepiej wybrzmiewało „boisko”. Dopiero gdy na trybunie znajdującej się za jedną z bramek znaleźli się sympatycy z Łodzi, mecz nabrał kibicowskich barw. Fani Widzewa doping rozpoczęli od Jesteśmy zawsze tam, później paleta wykonywanych przez nich pieśni była naprawdę szeroka. Ci szalikowcy, którzy nie dostali się na obiekt, skorzystali z różnorodnych substytutów. Część zasiadła na płocie okalającym stadion, niektórzy wdrapali się na drzewa, kilku miłośników futbolu znalazło miejscówkę nawet na… dachu okolicznego budynku. Truizm, że kibice Widzewa są wszędzie, w środowe popołudnie nabrał zupełnie nowego znaczenia.

Wzmianki na temat sytuacji „trybunowej” przywoływane są nie bez kozery. W pierwszej połowie na boisku działo się naprawdę niewiele i próżno poszukiwać w pamięci zapierających dech w piersi akcji. Choć Widzew, który personalnie wyglądał identycznie jak w dwóch poprzednich spotkaniach, od pierwszego gwizdka Piotra Rzucidły ruszył do ataku, nie miało to przełożenia na wynik. Groźniejsze akcje przeprowadzali gospodarze, którzy nastawili się na kontrataki. W 8. minucie niemal oko w oko z Patrykiem Wolańskim stanął Jakub Rogalski, jednak nazbyt dużo siły włożył w swój strzał i futbolówka poszybowała wysoko nad bramką łodzian. W kolejnych próbach do kapitulacji widzewskiego golkipera próbowali zmusić Bartosz Mroczek i Kamil Żylski, jednak im również ta sztuka się nie udała. W 23. minucie Sokół był najbliżej objęcia prowadzenia, ale po główce w polu karnym Damiana Bierżyńskiego kapitalną, instynktowną interwencją popisał się kapitan zespołu Franciszka Smudy. W pomeczowych rozmowach sam zainteresowany podkreślał, że intuicja to jedno, ale w tej sytuacji przede wszystkim dopisało mu szczęście. Mawia się, że to sprzyja lepszym. Aby tego dowieść, należało poczekać na drugie czterdzieści pięć minut. W pierwszych nie wydarzyło się już nic wartego odnotowania.

Karny to jeszcze nie gol

Po zmianie stron obraz gry znacząco się nie zmienił. Widzew nie zachwycał, a Sokół próbował kontrować. Jedna z takich akcji zakończyła się nawet golem dla zespołu Piotra Kupki. Problem w tym, że według głównego rozjemcy środowego spotkania wpychający futbolówkę do bramki Widzewa Bartosz Mroczek znajdował się na pozycji spalonej. Widok piłki trzepoczącej w siatce mocno rozzłościł widzewiaków, którzy już w następnej akcji wywalczyli rzut karny. W pole karne z lewej strony wpadł Michał Miller, napastnik łodzian został powalony na ziemię, natomiast arbiter bez chwili zawahania wskazał na „wapno”. Ku zaskoczeniu wszystkich do wykonania stałego fragmentu gry podszedł nie Daniel Mąka, a Mateusz Michalski. Na swoje nieszczęście pomocnik nie zdołał pokonać Michała Brudnickiego, ponieważ ten dokładnie wyczuł intencje strzelca. – Zico też nie strzelił karnego i żyje dalej – w swoim stylu podsumował sytuację na pomeczowej konferencji prasowej Franciszek Smuda. Trudno się nie zgodzić ze szkoleniowcem, niemniej w 66. minucie na tablicy wyników nadal znajdowały się dwa okrągłe zera. Wśród kibiców można było usłyszeć głosy, że jeśli Widzew nie strzela z jedenastu metrów, to chyba w ogóle nie zdoła pokonać golkipera miejscowych.

„Widły”

Kolejne próby spalały na panewce: z jednej strony Patryka Wolańskiego chciał zaskoczyć wprowadzony po przerwie Łukasz Chojecki, z drugiej winy za niewykorzystany rzut karny odkupić próbował Mateusz Michalski. Ostatecznie wynik „otworzono” w 86. minucie. Najpierw około 30. metrów przed „szesnastką” faulowany był Adam Radwański. Następnie do piłki podszedł Michał Miller i oddał strzał życia. Futbolówka wpadła w samo okienko bramki Sokoła. Michał Brudnicki, mimo że wygiął się jak struna, nie zdołał uchronić swojego zespołu przed utratą gola. Golkiper aleksandrowian mógł poczuć się jak Hugo Loris, który w niedawnych derbach Londynu był bezradny wobec precyzji Marcosa Alonso, który także trafił w same „widły”. Śmiem twierdzić, że gol widzewskiego napastnika był piękniejszy od tego z Wembley. Efektowna, aczkolwiek ryzykowna była także jego cieszynka, która (chyba) nie do końca wyszła snajperowi. Całe szczęście, że po kaskaderskich wygibasach nie odniósł on żadnej kontuzji.  Jako ciekawostkę można również dodać, że wspaniałemu trafieniu byłego zawodnika Finishparkietu towarzyszyła… tęcza. Meteorologiczne zjawisko optyczne pojawiło się na niebie w drugiej połowie spotkania i – metaforycznie rzecz ujmując – po pochmurnym okresie gry dała przyjezdnym nadzieję na końcowy sukces. Grzechem było nie skorzystać.

Widzew objął prowadzenie, jednak musiał się bardzo pilnować, by błyskawicznie nie stracić uzyskanej przewagi. Piłkarze Piotra Kupki próbowali za wszelką cenę wyrównać i wtedy oni nadziali się na kontrę. W 90. minucie po raz kolejny uaktywnił się Mateusz Michalski. Pomocnik znalazł się z prawej strony pola karnego gospodarzy i podaniem próbował znaleźć wprowadzonego po przerwie Daniela Świderskiego. Futbolówka ostatecznie nie trafiła do byłego snajpera MKS-u Ełk. Wcześniej jej lot przeciął Damian Pawlak, który tak niefortunnie interweniował, że zaliczył swojaka. Trybuny eksplodowały po raz drugi, a sędzia Rzucidło chwilę później zakończył mecz.

W sobotę atak na fotel lidera

Mając na uwadze całe spotkanie, należy z pełną premedytacją stwierdzić, że końcowy wynik jest lepszy niż sama gra. Tak czy inaczej pod wodzą trenera Franciszka Smudy łodzianie zagrali trzy spotkania i nie stracili w nich ani punktu, ani gola. Dzięki regularnemu gromadzeniu oczek łodzianie w tabeli wskoczyli na najniższy stopień podium. Na świętowanie nie mają jednak wiele czasu. W sobotę wieczorem czeka ich kolejna potyczka. W Sercu Łodzi pojawi się MKS Ełk. Drużyna, z którą „Czerwono-Biało-Czerwoni” mają rachunki do wyrównania. W końcówce poprzedniego sezonu właśnie po porażce z tym zespołem (1:0 – przyp. red.) czterokrotni mistrzowie Polski marzenia o awansie na szczebel centralny musieli odłożyć na kolejny rok. Na razie są na najlepszej drodze do uzyskania czerwcowej promocji, w sobotę zaatakują fotel lidera. Meczów przed nimi jeszcze wiele, więc nie ma się co podpalać. Wydaje się jednak, że złośliwi stracili argumenty. Stadion przy al. Piłsudskiego jest miejscem magicznym, ale i piłkarze poza nim potrafią zapunktować. Not za styl w piłce nożnej nikt nie przyznaje.

Komentarze:
Przeczytaj także: