Piotr Dyga

Futbol jest wielki: Synek Kaddafiego

07 marca 2011

Gdyby Al-Saadi nie miał na nazwisko Kaddafi, tylko, powiedzmy, Nowak, byłby bohaterem książek i filmów o tym, że marzenia się spełniają. Niestety pokrewieństwo z libijskim dyktatorem jest niepodważalne. Jeśli ktoś nakręci o nim film, to nie będzie on traktował o sile woli, a pieniądza.

W 2000 roku Al-Saadi Kaddafi, zapewne oglądając w telewizji mecz piłkarski, wpadł na genialny pomysł. Przecież on też może być futbolistą! Tak jest! „Tatku, tatku, zobacz, jak oni fajnie biegają po boisku. Ja też chcę!”. Muammara nic nie mogło zdziwić, przywykł do spełniania każdego, nawet najbardziej szalonego, życzenia swoich pociech. A trzeba przyznać, że rozpoczynanie zawodowej kariery piłkarskiej w wieku 27 lat jest sztandarowym przykładem życzenia szalonego.

Tu, już po zakończeniu piłkarskiej kariery, w biurze
Tu, już po zakończeniu piłkarskiej kariery, w biurze (fot. marca.com)

Na dobry początek Al-Saadi dołączył do drużyny ze stolicy Libii, Trypolisu. W Al-Ahly futbolówkę kopał przez rok, rozgrywając w tym czasie 74 (sic!) spotkania. Nie trzeba być geniuszem, żeby dojść do wniosku, że coś sporo tych meczów. Wytłumaczenie jest proste – syn Kaddafiego grał zawsze. Może dlatego, że był dobrym piłkarzem, może dlatego, że był dzieckiem dyktatora, który przy użyciu wojska i najemników krwawo tłumił każdą oznakę działania wbrew jego woli? Któż jest w stanie rozsądzić?
Dokładnie tyle samo meczów rozegrał w swoim drugim klubie, też ze stolicy. Spędził w nim dwa lata, w tym czasie strzelił 20 goli. Kopiąc futbolówkę w Al-Ittihad, Al-Saadi po raz pierwszy zachłysnął się wielką piłką. Zagrał z Barceloną na Camp Nou. Wyszedł w pierwszym składzie, a w drugiej połowie został zmieniony, bo, jak sam twierdzi, trener zauważył u niego nadmierne zmęczenie. Co ciekawe, w tym czasie Al-Saadi był już właścicielem całego klubu – taki prezent od taty. Szkoleniowcowi gratulujemy odwagi w podejmowaniu decyzji, bo gdyby Florentino Perez chciał grać w Realu, nawet Mourinho nie odważyłby się zdjąć go z murawy.

Sny o wielkiej piłce zaczęły się na dobre. Młody Kaddafi został współwłaścicielem Juventusu, zgarniając prawie 10% akcji „Starej Damy”, i obrał sobie kolejny cel. Zagrać w Serie A jako piłkarz. Synowie dyktatorów mają łatwiej, bo ich marzenia są rozkazami. Jeszcze w tym samym, 2003 roku,  pojawiła się oferta z Perugii. Prezes tego klubu zawzięcie twierdził, że pochodzenie Kaddafiego, wielkie pieniądze za nim stojące i ogólna presja otoczenia nie są ważne, bo Al-Saadi jest po prostu dobrym piłkarzem, który pod opieką solidnego trenera ma szansę wejść na wyższy poziom. Mówienie takich rzeczy o trzydziestolatku jest samo w sobie tak absurdalne, że dalsze komentowanie słów pana Luciano Gaucciego jest zbędne. Zresztą działacz szybko pożałował swojej decyzji, bo krnąbrny Libijczyk zdążył rozegrać tylko jeden mecz przed dyskwalifikacją. Zawieszono go, bo lubił sobie po treningu zapalić skręta. Każdy jest tylko człowiekiem, a wdychanie wszelakich, mniej lub bardziej toksycznych oparów, to nic dziwnego w kulturze arabskiej. Zawieszono go na krótko, tylko trzy miesiące. Kolejne półtora roku w Perugi minęły mu na wszystkim, tylko nie grze – na murawie się nie pojawił.

Mimo takiego przebiegu kariery, nasz bohater dostał propozycję kontraktu od Udinese, którą skrzętnie przyjął. Za transferem stały oczywiście gigantyczne pieniądze, Al-Saadi to miliarder, majątek jego ojca do dziś tak naprawdę pozostaje tajemnicą. To właśnie w klubie z Udine Libijczyk miał szansę na spełnienie swojego najnowszego marzenia, czyli debiut w Lidze Mistrzów. Jego drużyna awansowała do fazy grupowej, nieoficjalnie mówi się, że Kaddafi wykładał na stół gigantyczne sumy, by tylko, chociaż przez minutę, zagrać w tych arcyprestiżowych rozgrywkach. Nie udało się, worki gotówki przegrały z ludzką przyzwoitością – rzadki przypadek.
Al-Saadi swoją karierę zakończył, gdy okazało się, że jako gracz rezerw Sampdorii faszerował się środkami dopingującymi. W lidze włoskiej rozegrał dwa spotkania, łącznie kilka minut na murawach Serie A.

Lepiej radził sobie w reprezentacji, której oczywiście był kapitanem. Zagrał w niej 18 razy, dwukrotnie wpisując się na listę strzelców. W międzyczasie został również szefem libijskiego odpowiednika PZPN.

Podsumujmy. Al-Saadi w wieku 27 lat postanowił, że zostanie piłkarzem. Dwa lata później miał rozegranych już ponad 100 spotkań na poziomie, powiedzmy, zawodowym. Trzy lata później wystąpił na Camp Nou. Miesiąc po swoich trzydziestych urodzinach podpisał kontrakt z czołowym klubem Serie A i rozegrał pierwszy mecz na Półwyspie Apenińskim. Łącznie „występował” w barwach trzech włoskich zespołów. Dwa razy był dyskwalifikowany. Był kapitanem reprezentacji, prezesem federacji, jednym z głównych udziałowców wielkiego Juventusu…

Teraz, gdy rozwścieczone tłumy doprowadzonych do granic wytrzymałości rodaków szturmują rezydencje jego i jego ojca, chyba po raz pierwszy może poczuć się jak śmiertelnik. Pierwszy raz w swoim trzydziestoośmioletnim życiu widzi, że czasami miliardy na koncie nic nie dają, a życzenie jego tatusia już nie jest rozkazem dla nikogo. Al-Saadi wyjdzie z pewnością z tej zawieruchy cało, ma środki i znajomości, by ustawić życie nie tylko swoje, ale też dzieci, wnuków i prawnuków.

Kariera Al-Saadiego Kaddafiego to ewenement. Smutny, ale jednocześnie bardzo znamienny dowód na to, jak wielką siłę mają pieniądze, sława i dobre urodzenie. Marzenia się spełniają, można powiedzieć, ale ciężko przy tym się nie skrzywić.

I Ty, drogi czytelniku, wyobraź sobie siebie w roli syna takiego możnowładcy i –  cytując Jacka Kaczmarskiego – „pomyśl tylko, gdzie byś mógł już być! Co mógłbyś mieć!”.

Komentarze:
  • ~sdsdsd

    Bardzo ciekawy tekst ;)

  • Qrk

    Gdybym był synem takiego możnowładcy, z
    pewnością nie pchałbym się na siłe do futbolu,
    kupując wszystko i wszystkich po drodze.

  • ~Stefani

    Wspaniale! Dzieki!

  • ~dopiu

    kupiłbym siedzibę UEFA

Przeczytaj także: