Łukasz Kaczmarek

Everton czarnym koniem Premier League

Czy „The Toffees” są w stanie namieszać w tym sezonie?

27 sierpnia 2017

Każdego roku przed rozpoczęciem nowego sezonu w Anglii wśród faworytów do końcowego triumfu wymienia  się jednym tchem Chelsea, Arsenal, Manchester City, Manchester United, Liverpool oraz Tottenham. Potem zazwyczaj jest długo, długo nic. No chyba że zdarzy się sytuacja jak dwa sezony temu, kiedy wymienioną szóstkę pogodzili piłkarze Leicester City, zdobywając zupełnie niespodziewanie tytuł mistrza kraju. Padają głosy, że w tej kampanii taki scenariusz może się powtórzyć, tym razem za sprawą Evertonu.

Transfery przeprowadzone na Goodison Park śmiało dają kibicom prawo, żeby zaczęli marzyć o czymś więcej niż siódma lokata w tabeli Premier League. W swoim pierwszym sezonie trener Ronald Koeman położył solidne fundamenty pod taki sukces. Co prawda „The Toffees” nie udało się przebić do pierwszej szóstki, tracąc do niej aż siedem oczek, ale jednocześnie wypracowali piętnastopunktową przewagę nad ósmym Southampton. Wyraźnie widać, że powoli zbliżają się do czołówki, wyrastając na cichego faworyta. Sam Arsene Wenger, tuż przed pierwszą kolejką, jako czarnego konia rozgrywek wskazał właśnie Everton.

 

Kluczowe transfery

Mimo utraty swojej największej gwiazdy i najlepszego strzelca, Romelu Lukaku, udało się sprowadzić na Goodison Park zawodników ciekawych i dobrze rokujących na przyszłość.

Jako pierwszy do niebieskiej części Liverpoolu trafił 23-letni bramkarz Sunderlandu, Jordan Pickford. Suma, jaką zapłacono za młodego Anglika, 28,5 mln euro, niektórych zszokowała. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że to zdecydowanie najlepszy zawodnik w poprzednim sezonie w drużynie „Czarnych Kotów”, niejednokrotnie ratujący kolegów z opałów. Gdyby nie postawa młodego bramkarza, być może już kilka kolejek wcześniej szykowano by się na Stadium of Light do spadku. Poza tym w dzisiejszych realiach, i to jeszcze na Wyspach, taka suma za perspektywicznego piłkarza nie powinna wzbudzać większych emocji. Jedno jest pewne – Pickford, jeśli podtrzyma swoją dyspozycję i jeszcze będzie się rozwijał, da wiele radości kibicom Evertonu i zapewni drużynie spokój między słupkami na kilka sezonów.

Kilka dni później w Merseyside pojawił się kolejny zawodnik. Mowa o kapitanie Ajaksu Amsterdam i reprezentancie Holandii, pomocniku Davym Klaassenie. 24-latek zimą łączony był z przenosinami m.in. do AS Roma, ale postanowił dograć sezon w Ajaksie. W międzyczasie zgłosił się po niego Everton, zaproponował 27 mln euro, wicemistrzowie Holandii ofertę zaakceptowali i przenosiny młodego pomocnika do Anglii stały się faktem. Klaassen w swoim ostatnim sezonie w Eredivisie ustrzelił 14 bramek, przy dziewięciu asystował, czy poradzi sobie równie dobrze na angielskich boiskach, przekonamy się wkrótce.

Kolejnym wzmocnieniem okazał się młodzieżowy reprezentant Hiszpanii i wychowanek Barcelony, Sandro Ramirez. Znów „The Toffees” udało się dokonać kapitalnego zakupu, bowiem na kartę zawodnika występującego w Maladze wydali zaledwie 6 mln euro. Hiszpan w poprzednim sezonie w 30 spotkaniach La Liga 14-krotnie wpisywał się na listę strzelców, doszedł również z reprezentacją U-21 do finału młodzieżowych mistrzostw Europy rozgrywanych w Polsce, gdzie „La Roja” uległa Niemcom zaledwie 0:1. Można przypuszczać, że Ramirez to świetna inwestycja i przyszłość Evertonu.

Uzupełnień potrzebowała także defensywa „The Toffees”. Wybór padł na 23-letniego obrońcę Burnley, Michaela Keane’a. Zespół z Lancashire otrzymał za swojego obrońcę 28,5 mln euro. O młodego reprezentanta Anglii walczyło kilka większych klubów, w tym Manchester United, którego wychowankiem jest Keane. Tym większe brawa dla działaczy z Liverpoolu, chociaż sam zawodnik podkreśla, że do przenosin na Goodison Park przekonała go osoba Koemana, w wywiadzie dla „The Guardian” powiedział, że podziwiał Holendra jako piłkarza, który grał na tej samej pozycji co Keane, odnosił wielkie sukcesy, a poza tym podoba się Anglikowi styl gry proponowany przez szkoleniowca.

Wiele emocji wśród kibiców wzbudziła wieść o powrocie na Goodison Park Wayne’a Rooneya. 32-letni Anglik wrócił po trzynastu sezonach do drużyny z Liverpoolu, skąd odchodził do Manchesteru United. W ostatnich dwóch latach doświadczony napastnik dostawał coraz mniej szans na Old Trafford, zaczęły się pojawiać lukratywne oferty z Chin, ale Rooney postanowił, że będzie kontynuował karierę na Wyspach. „The Toffees” zapłacili za niego ok. 15 mln euro, sam zawodnik zgodził się na obniżenie o połowę swoich zarobków w stosunku do tych, które otrzymywał od „Czerwonych Diabłów”. W pierwszych dwóch kolejkach wpisał się na listę strzelców, zdobywając bramki nr 199 i 200 w Premier League, czym dowiódł, że wcale mu niespieszno na piłkarską emeryturę i wraz z młodym Ramirezem mogą stworzyć duet godny zastąpienia Lukaku.

Na koniec Everton przygotował dla swoich kibiców prawdziwą bombę. Sam Ronald Koeman poinformował o pozyskaniu za, rekordową dla klubu z Merseyside, kwotę 45 mln funtów pomocnika Swansea, Gylfiego Sigurdssona. Islandczyk doskonale zna ligę angielską, był jednym z filarów walczących o utrzymanie w poprzednim sezonie „Łabędzi” i bez wątpienia jest dużym wzmocnieniem dla „TheToffees”.

 

Ciężka przeprawa na początek

Los nie był łaskawy dla Evertonu i na sam początek sezonu, oprócz Stoke na inaugurację, zmierzy się z czołówką Premier League, kolejno z Manchesterem City, Chelsea, Tottenhamem i Manchesterem United. Pierwszy z meczów zakończył się, szczęśliwie dla „The Citizens”, remisem 1:1. W starciu z drużyną prowadzoną przez Guardiolę zawodnicy z Goodison Park pokazali charakter, mądrość, jakość oraz to, że mogą mieć sposób na zespoły z Top 6. W najbliższą niedzielę czeka ich wyjazd na Stamford Bridge, gdzie rywalem będzie aktualny mistrz kraju, Chelsea.

W Londynie atmosfera całkowicie odmienna od tej panującej w Evertonie. Szkoleniowiec „The Blues”, Antonio Conte, od samego początku okna transferowego grzmi, że potrzebuje wzmocnień, jeżeli ma odnieść jakikolwiek sukces zarówno w Anglii, jak i Lidze Mistrzów. Oskarża Romana Abramowicza o opieszałość i lekceważenie sprawy, o nieudolne działanie na rynku. Właściciel Chelsea chyba tylko dlatego, że Conte jak na razie sprawdza się w roli menedżera, nie zwolnił jeszcze Włocha za takie słowa. Ale trudno się dziwić trenerowi – od samego początku nie dostał nawet większej części obiecywanych wzmocnień. Najbardziej boli w Londynie fiasko przy transferze Lukaku, który w ostatniej chwili zdecydował się dołączyć do Manchesteru United. Zresztą ten sam kierunek obrał podstawowy zawodnik środka pola w Chelsea, Serb Nemanja Matić. A to właśnie te dwie formacje, atak i pomoc, najbardziej według Conte potrzebowały wzmocnień. Co prawda sprowadzono Alvaro Moratę oraz Tiemoue Bakayoko, ale to wciąż za mało. Ciekawe, czy włoski szkoleniowiec nie żałuje obecnie, że tuż po zakończeniu sezonu wszedł na wojenną ścieżkę z Diego Costą i nie może teraz liczyć na usługi Brazylijczyka z hiszpańskim paszportem.

Ostatnio pojawiły się pogłoski o złożeniu oferty za pomocnika Leicester, Danny’ego Drinkwatera, ale na razie „Lisy” nie zdecydowały się na sprzedaż swojego kluczowego zawodnika. Podobnie wygląda sprawa linii defensywnej. Jak na razie pozyskano jedynie Antonio Ruedigera z AS Roma, ale wiadomo było, że Włoch marzył o sprowadzeniu swojego rodaka i byłego podopiecznego z Juventusu, Leonardo Bonucciego, lecz ten wolał pozostać na Półwyspie Apenińskim i zasilił szeregi AC Milan. Kolejnym na liście życzeń wciąż pozostaje holenderski obrońca Southampton, Virgil van Dijk. Sam zawodnik chętnie zagrałby w niebieskiej koszulce, ale popularni „Święci” nie zamierzają sprzedawać swojego obrońcy. Tak samo jak Juventus nie wyraża zgody na sprzedaż lewego obrońcy, Alexa Sandro. Conte potrzebował także wartościowego zmiennika w bramce dla Courtois, ale podpisanie umowy z 35-letnim Willym Caballero nie jest do końca tym, o co chodziło włoskiemu szkoleniowcowi. Okno transferowe za chwilę się zamknie i może się okazać, że brak wzmocnień i przede wszystkim zbyt krótka ławka rezerwowych mogą być bolączką Chelsea przez cały nadchodzący sezon.

Starcie Evertonu z Chelsea już w niedzielę o 14:30. Okaże się, czy Ronald Koeman dysponuje odpowiednią grupą zawodników, by z powodzeniem namieszać w planach największych angielskich klubów, a Antonio Conte znów poprowadzi Chelsea zwycięsko przez kolejne mecze. Zapowiada się interesująco.

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze:
Przeczytaj także: