Patryk Motyka

Jak sprowadzić Southampton FC do małego małopolskiego miasteczka i wpaść na innowacyjny pomysł w kwestii szkolenia dzieci? [WYWIAD]

21 listopada 2016

Piłka nożna to jeden z tych sportów, w których najjaśniejszymi postaciami są ci, którzy pracują z powołania. Mój rozmówca na umówione spotkanie przybył w zasadzie prosto z meczu swoich podopiecznych, w perspektywie mając jeszcze turniej o Puchar Tymbarku. Pracuje od poniedziałku do niedzieli, realizując coraz to kolejne pomysły. Mimo zaledwie 23 lat współpracował ze sztabem jednej z najlepszych akademii piłkarskich w Europie, w Southampton, a także trenował dzieciaki choćby w tarnowskiej Unii. Od jakiegoś czasu postanowił szkolić dzieciaki w niewielkim mieście w Małopolsce, w Zakliczynie, robiąc to na sposób zupełnie inny niż wszyscy dookoła. Oto Mieszko Okoński, pomysłodawca i założyciel Akademii Piłkarskiej English Football Zakliczyn.

Ile masz roczników w akademii?

Najstarsi reprezentują rocznik 2006, najmłodsi 2011, choć powoli zaczynają pojawiać się urodzeni w 2012 roku. Prowadzę dwie grupy, w najbliższym czasie planuję stworzenie kolejnej grupy, szczególnie skierowanej do najmłodszych piłkarzy pięcio- oraz sześciolatków.

Kiedy założyłeś akademię?

W marcu tego roku. Gdyby nie ciężka kontuzja oraz długa rehabilitacja, wszystko zaczęłoby się wcześniej, ale cieszę się, że pomysł cieszy się tak dużym zainteresowaniem.

Czyli tempo rozwoju godne pochwały…

Jestem wręcz zaskoczony. Mała miejscowość, nie byłem pewny, czy to ruszy tak szybko. W tym momencie mamy już 50 dzieciaków, cały czas ktoś dzwoni, pyta. W Nowy Rok pewnie dobijemy do 60. Myślę też o zatrudnieniu drugiego trenera, bo samemu zaczyna być ciężko. Oprócz treningów są przecież jeszcze papierki, organizacja, turnieje i inne rozgrywki.

Miałem zamiar zrobić trzy grupy, w każdej po dwa roczniki. Zrezygnowałem z tego pomysłu, gdy okazało się, że w jednej grupie będzie około dziesięciu dzieciaków, a dwie pozostałe będą liczniejsze. Teraz jednak to już nie problem, jest tych dzieci więcej. Nieustające zainteresowanie dotyczy grupy najmłodszej – pięcio-, sześciolatków – tutaj zapytań mam najwięcej.

Bo i największa szansa na rozwój.

Dla mnie super – jak przychodzi taki pięciolatek, mogę trenować od podstaw. Z drugiej strony mam też zapytania od rodziców najstarszych dzieci – co potem? Dużo chłopaków jest z rocznika 2007, 2008 – czyli mają jeszcze teoretycznie rok, dwa w szkółce.

Więc zapytam tak samo jak rodzice – co potem?

Już naciskają, żebym założył grupę młodzików, mimo że jeszcze przed nimi trochę czasu do osiągnięcia tego wieku. Bardzo się z tego cieszę, ponieważ to oznacza, że rodzice doceniają moją pracę i co najważniejsze podoba się im ten projekt oraz styl, w jakim prowadzę zajęcia.

Wiesz, nawet w małych miastach zdarzają się kluby na poziomie CLJ…

Na pewno szkoda by mi było pozwolić im się po prostu rozejść. Zwłaszcza gdy patrzę na najmłodsze roczniki – czasem nie rozumiem, co do mnie mówią, a oni, co się mówi do nich, tacy mali (śmiech). Jak tak dalej będą się rozwijać, zajdą naprawdę daleko. Niczego nie wykluczam.

Gracie już w jakiejś lidze?

Zaczynałem w marcu, mogłem zgłosić zespoły do lig, ale z tego zrezygnowałem, nie będąc pewnym, jak będzie wyglądał rozkład dzieci w rocznikach. Pierwsze sześć miesięcy to głównie treningi i mecze towarzyskie ze znajomymi drużynami. Większość chłopaków, która przyszła – czy to starszych, czy też młodszych – nigdy wcześniej nie grała w klubach. To same początki. W naszych najstarszych rocznikach też nie chcemy rywalizować z tutejszym Dunajcem – w piłce młodzieżowej nie o to chodzi, nie będę stał pod klubem i namawiał młodych na „transfer” do mnie.

Ale od czasu założenia szkółki twoi piłkarze nadrobili już część braków?

Od momentu rozpoczęcia treningów w marcu, rozegraliśmy kilkanaście sparingów z lokalnymi drużynami. Braliśmy również udział w kilku turniejach, jestem bardzo pozytywnie nastawiony, ponieważ w większości z nich nie było widać, że moi podopieczni dopiero rozpoczęli swoją przygodę z piłką. Nie chciałem też grać meczów z zespołami z wyższej półki, które przyjadą, wtłuką kilka bramek i wyjadą, a rodzice zaczną mówić, że stała się wielka tragedia (śmiech).

A propos – zdarzyły ci się już jakieś obelgi z trybun? To chyba największy problem polskich szkółek dla dzieci…

Na razie na całe szczęście nie ma na co narzekać. Bierze się to pewnie też z tego, że dla większości tych dzieci to dopiero pierwsze kontakty z piłką, nie brały jeszcze udziału w większych turniejach, innych rywalizacjach, stąd rodziców, podobnie jak i ich samych, najbardziej cieszy sam fakt, że grają.

Czyli jeszcze nie zakładają, że za 10 lat każde z tych dzieci wyląduje w pierwszej drużynie Southampton?

Dokładnie (śmiech). Myślę, że im więcej będzie meczów, turniejów, wygranych, tym większe będą ambicje. Rodzice są o wiele bardziej niecierpliwi niż mali zawodnicy – w poprzednim roku pracowałem z rocznikiem 2008 Unii Tarnów i tam już pojawia się problem nieustannej presji. Z jednej strony jest ona dobra, bo motywuje do pracy, ale często ma negatywny wpływ na tak młodych zawodników.

Od razu jak wróciłeś do Polski, wiedziałeś, że chcesz zrobić szkółkę w takim stylu?

Od początku, a nawet wcześniej – już w Anglii poważnie myślałem o jej założeniu. Na początku miała to być sama szkółka. Chciałem, żeby była filią wielkiego klubu, jakim jest Southampton FC, które ma jednak trochę inne pomysły – pozostajemy z nim w kontakcie, będziemy współpracować, ale na trochę innej płaszczyźnie. Ostatecznie założyliśmy szkółkę z lekcjami angielskiego.

Jednym słowem, każde dziecko oprócz gry w piłkę ma normalne zajęcia z języka?

Tak jest. Zajęcia piłkarskie są dwa razy w tygodniu, z angielskiego – raz, tuż przed treningiem. Jak na razie rodzice dzieciaków są bardzo zadowoleni z takiego połączenia. Wiemy, jak bardzo przydatna jest znajomość języka w dzisiejszych czasach, jest kilka przykładów, w których zawodnicy z Polski wyjeżdżają za granicę i nie potrafią się odnaleźć w szatni ze względu na braki językowe, nie wspominając już o kontakcie z mediami.

Lekcje też prowadzisz Ty?

Nie, tym zajmuje się moja siostra, która również wróciła z Anglii. Ja zaś na treningu staram się jak najczęściej używać pojedynczych angielskich słów, żeby ułatwić im ich przyswojenie.

Proste i genialne.

I daje duże pole do manewrów dla rodziców – mogą zostawić dzieci na dwie godziny, tylko niewielka część decyduje się zostać i oglądać treningi.

Zdajesz sobie sprawę, że jeśli nikt szybko nie podłapie pomysłu, to pewnie będziesz musiał założyć filię – czy to w Tarnowie, czy w Krakowie?

Miałem zapytania z innych lokalizacji, jednak na razie jestem sam i trudno byłoby to połączyć. W przyszłości jednak nie wykluczam takiej opcji, lubię kolejne wyzwania i chce się rozwijać.

W czasie pobytu w Anglii grałeś w jakimś klubie?

Na początku siostra zapisała mnie na treningi do lokalnego młodzieżowego klubu Bitterne Youth Football Club. Pierwsze tygodnie były trudne z powodu nieznajomości języka. Jednak z czasem wszystko było już dużo prostsze. Nie grałem tylko przez ostatnie pół roku.

Szykowałeś się do powrotu?

Nie tylko. Zerwane więzadła w kolanie, obowiązkowa przerwa niestety.

W jakiej lidze grałeś?

Lokalnej lidze dla Southampton, pod względem poziomu to według mnie odpowiednik naszej IV ligi…

W jakim klubie?

Na początku grałem w zespole juniorskim, potem przyszedł już czas na piłkę seniorską. Reprezentowałem barwy takich klubów jak Newtown Athletic, Bitterne FC i ostatnie dwa lata Queens Keep. Pod względem organizacji zdecydowanie najlepszy, w jakim byłem.

I tam się zaczęła chęć do trenerki?

Nie, już wcześniej. W szkole średniej w Anglii w ostatniej klasie wybiera się przedmioty, których chce się uczyć. Wybrałem sport. Zajęcia prowadzone były przy współpracy z Southampton i to właśnie wtedy poznałem ludzi z klubu. Oni zajmowali się kwestiami piłkarskimi, do tego dochodziły zajęcia teoretyczne, np. anatomia. Każdego dnia mieliśmy dwa treningi, do tego zajęcia fitness oraz siłownia. Zajęcia teoretyczne bardzo często odbywały się na stadionie Świętych (St Mary’s Stadium). Wszystkie jednostki treningowe były prowadzone przez trenerów jednej z najlepszych akademii na świecie – Southampton FC. W tym czasie zrobiłem pierwszy kurs trenerski – level 1, pojeździłem po różnych turniejach w Anglii. Do tej pory jestem w kontakcie z ludźmi z klubu.

Odbywałeś staż w Southampton?

Po zakończeniu szkoły okazało się, że dwóch trenerów z Southampton zaczęło trenować w Queens Keep i właśnie dla nich zacząłem grać. W czasie studiów zrobiłem kurs trenerski UEFA C i skontaktowałem się z klubem. Dostałem ofertę trenowania dzieci w oficjalnych filiach Southampton – przypominających Legia Soccer Schools – rozsianych po całym mieście. Pracowałem dla nich ponad pół roku, w szkole, która skupiała głównie dzieci imigrantów – Hindusi, Polacy, Białorusini, Słowacy. Totalna mieszanka, wszystko w dość nieciekawej dzielnicy.

Hindusi dobrze grają w piłkę?

Oni trenują głównie krykiet, dla niego daliby się pociąć (śmiech). Do tej szkoły wysyłano mnie choćby dlatego, że spora część tych dzieci nie umiała się porozumiewać po angielsku – nieraz musiałem pełnić rolę tłumacza. Prowadziłem też WF-y, dodatkowe zajęcia z piłki. Zanim wróciłem do Polski, gdy przedstawiłem trenerom swój pomysł, klub zaproponował mi camp.

Jakieś szczegóły?

Tak, w przyszłe wakacje odbędzie się u nas specjalny obóz dla dzieciaków – Southampton camp. Przyjadą trenerzy z klubu, będą prowadzili zajęcia, to wszystko połączymy z angielskim. Dla najmłodszych to wielka szansa na pierwsze kontakty z wielką piłką. Więcej szczegółów pojawi się wkrótce.

Klub robił już coś takiego w przeszłości?

Tak, w zeszłym roku taki camp odbył się w Hiszpanii. Musieli przeprowadzić selekcję – na 60 miejsc było 150 chętnych.

Logistycznie będzie to zapewne duże wyzwanie?

Jasne. Myślałem o tym, żeby obóz zrobić w Tarnowie, ale w całym mieście nie ma ani jednego dobrego boiska. Drugą opcją mogłaby być Nieciecza, tam z kolei trudnością byłby dojazd. Za to w Zakliczynie jest bardzo dobra baza, przyzwoite zaplecze, więc sprowadzimy Southampton tu, do siebie.

Czy poza Southampton współpracujecie z innymi klubami? Choćby z kimś większym z Polski, np. Termalicą?

Z Termalicą mamy tyle wspólnego, że byliśmy ostatnio na Akademii Klasy Ekstra na festiwalu. Było super, baza treningowa jest imponująca, tutaj to ewenement. Ale poza tym – jeszcze jest za wcześnie. Niech chłopcy potrenują, zaczną jeździć na turnieje. My też musimy dojrzeć jako szkółka. Jeśli jednak będę miał chłopaków, u których będę widział, że lepiej dla nich samych będzie przenieść się na wyższy poziom, do większego klubu – oczywiście nie będę miał problemu z tym, żeby ich polecić. Wiadomo, że choćby z racji niewielkiej grupy, z której tu w Zakliczynie będziemy prowadzić nabór – poziom nigdy nie będzie taki, by móc konkurować z największymi.

Na tłumy rodziców wożących dzieci z Tarnowa nie ma co liczyć?

Niespecjalnie. 30 kilometrów w jedną stronę, pokonywane kilka razy w tygodniu, to raczej przeszkoda nie do przeskoczenia. Nawet do Niecieczy nie lgną tłumy – w mieście jest świadomość dwóch największych klubów, Unii i Tarnovii, i to one zgarniają większość tortu.

Czyli w Niecieczy, mimo bazy treningowej znacznie wykraczającej poza nasze krajowe standardy, raczej nie ma co liczyć na tłumy wychowanków w ekstraklasie?

Przy tak niewielkim dostępie do materiału ludzkiego trudno o cuda. W Niecieczy i w okolicy jest za mało dzieci, by klub mógł konkurować z innymi z ekstraklasy w kwestii pracy z młodzieżą. Choć oczywiście perełki mogą przytrafić się wszędzie.

A jak jest z samymi kwestiami szkolenia w twojej szkółce? Starasz się wprowadzać angielskie wzorce treningowe? Co z naszym Narodowym Modelem Gry?

Narodowy Model Gry powoli wychodzi mi bokiem (śmiech). Byłem na konferencji w Tarnowie – Narodowy Model Gry, w Krakowie – Narodowy Model Gry, do tego pocztą mi przyszły dwa, a na lidze żaków dostałem jeszcze jeden (śmiech). Mówiąc już poważnie – to super sprawa. Świetnie, że coś wreszcie się ruszyło w kwestii ujednolicenia szkolenia. Kwestia ustawienia na boisku – takich rzeczy nie będę brał z Anglii, bo dzieciaki grają tutaj, w Polsce. Samego modelu jako takiego też jeszcze nie wprowadzam, jest na to po prostu zbyt wcześnie. Jeśli chodzi o konkretne ćwiczenia, bardzo dużo mam zaczerpnięte z czasów Southampton i tego, czego tam się nauczyłem. Oprócz klubu, przez rok pracowałem też dla uniwersytetu – prowadziłem coś w stylu naszych SKS-ów, od najmłodszych po college.

A zdarza ci się podpatrywać starszych trenerów tutaj w Polsce – choćby w Koszycach czy wcześniej w Unii? Prowadzą swoje zajęcia w inny sposób?

Zauważyłem, że często rodzice dzieci, które wcześniej trenował ktoś inny, podchodziło i mówiło, że z innym trenerem ćwiczyli inaczej, a teraz całkiem inaczej rozumieją swój własny trening. Mimo wszystko trudno jest mi o tym opowiadać – jestem tu jeszcze nowy. Do każdego treningu się przygotowuję, mam ramowy plan jego przeprowadzania – który oczywiście się zmienia w trakcie zajęć, co nie jest dziwne, gdy mamy do czynienia z dziećmi.

Krzysztof Król, po wyjeździe do Realu Madryt, powiedział, że pierwszą rzeczą, jakiej go nauczyli w Hiszpanii, było… bieganie. Mówił prawdę czy przesadzał?

To jest niestety racja. Myślę, że winne są wf-y w szkole, zwłaszcza w klasach 1–3. Wiemy, jak wyglądają – pani w szpilkach prowadzi, w klasie z rozsuniętymi ławkami. W Anglii wielkim plusem jest właśnie prowadzenie zajęć wf przez studentów czy ludzi z klubów sportowych, podobnie jak sportowych zajęć pozalekcyjnych. Współpraca jest bardzo ważna. W Southampton każda szkoła ma podpisane umowy z klubem lub lokalnym uniwersytetem. Praktycznie codziennie prowadzone są zajęcia sportowe z różnych dyscyplin. A co najważniejsze prowadzą je studenci kierunków sportowych oraz trenerzy. U nas niestety tego brakuje.

W dodatku trzeba walczyć o każdego młodego człowieka, choćby z komputerem.

Właśnie dlatego mamy teraz takie zainteresowanie. Dzieci w wieku 6, 7, 8, 9, maksymalnie 10 lat jeszcze chcą być jak najwięcej w ruchu. Później zaczynają interesować się wszystkim, tylko nie bieganiem.

Mimo że nie umiemy biegać…

(śmiech) Nawet u nas w szkółce są dzieci, które mają stwierdzone jakieś wady postawy. Trudno się dziwić, jeśli nie miały do czynienia z zajęciami ruchowymi.

W jakim byłeś wieku, gdy wyjechałeś do Anglii?

Miałem szesnaście lat, wyjechałem do liceum. Wcześniej uczyłem się w Tarnowie, trenowałem w Unii do poziomu juniorów starszych. Na Wyspach spędziłem sześć lat. Przez pierwszy rok chodziłem tylko na angielski, dzień w dzień, po osiem godzin. Po tym roku poszedłem na kurs sportowy w college’u. Ostatni rok to już zajęcia z trenerami z Southampton, które dały mi najwięcej, zarówno jako trenerowi, jak i zawodnikowi.

Mówiłeś o tym, że w centrach szkoleniowych i filiach Southampton trenuje sporo Polaków. Myślisz, że w dłuższej perspektywie – powiedzmy dekady – doczekamy się reprezentanta Polski, który od samego początku trenował w Anglii?

Myślę, że szansa jest coraz większa, choćby z racji tego, jak wielu naszych rodaków wyjechało i nadal wyjeżdża na Wyspy. W samym Southampton jest ich około 30 tysięcy, co stanowi jakąś 1/8 miasta, czyli dość duża liczba. Niedawno w Londynie było spotkanie w ramach programu „Gramy dla Polski”, takie jak organizowane są przez PZPN w Niemczech. Czyli coś się ruszyło. Wydaje mi się, że w Anglii jest nawet większy potencjał niż u naszych zachodnich sąsiadów – jest zwyczajnie więcej Polaków, którzy wyjechali na tyle niedawno, że czują dużą więź z naszym krajem, w dodatku sam wiem, jak wiele tych dzieciaków gra w piłkę – w Southampton chyba w każdym z tych mniejszych klubów mamy zawodników z Polski. W szkole, w której prowadziłem treningi, był jeden chłopaczek trenujący na co dzień w tzw. development center Southampton – czyli takich mniejszych akademiach, odchodzących od klubu macierzystego.

Na czym dokładnie polega development center?

Klub taki jak Southampton ma swoją akademię główną. Oprócz niej są właśnie takie centra. Mamy młodego chłopaka, nazwijmy go Grzesiek. Grzesiek trenuje powiedzmy w klubie Queens Keep U-8, tam wypatrzył go trener Southampton i składa mu propozycje trenowania w development center. Tam ma zajęcia ze specjalistami z akademii, obserwowane są jego postępy etc., ale dalej reprezentuje Queens Keep U-8 i dla niego gra.

Z korzyścią dla wszystkich.

Tak jest. Przypomina to trochę naszą Akademię Młodych Orłów. Jeden chłopak ode mnie ze szkółki, rocznik 2008, uczęszczał i do nas na treningi, i do AMO, gdzie zajęcia prowadzą wykwalifikowani trenerzy z PZPN-u. Na terenie Southampton są trzy takie centra. Co roku przeprowadzana jest ewaluacja, trenerzy określają, czy rozwój zawodnika przebiega prawidłowo.

To chyba tłumaczy, jakich wychowanków dorobiła się akademia tego klubu…

Gareth Bale, Theo Walcott, Adam Lallana, Ricky Lambert, Luke Shaw, Alex Chamberlain – wymieniać można by w nieskończoność. Pod względem organizacji czy też samej bazy – wzór, chyba nie tylko na skalę angielską.

Największe wyzwania na najbliższy czas?

Myślę, że wyniki. Oczywiście w piłce młodzieżowej nie gra się dla rezultatów, to jasne. Z drugiej strony sam wynik w jakiś sposób określa postęp. Sam widzę, jak wspaniale rozwijają się dzieci, zwłaszcza w najmłodszych kategoriach wiekowych. Jeszcze niedawno dosyć nagminnie pomagały sobie w grze rękoma, teraz się tego wystrzegają. W czasie meczów między sobą już same sędziują, wiedzą chociażby, kiedy powinien być rzut rożny. Kilka miesięcy temu nie wiedziały nawet, co to jest rzut rożny (śmiech).

Na co kładziesz największy nacisk w treningu? Technika? Gra z piłką przy nodze?

Na tak wczesnym etapie rozwoju w grę wchodzą jedynie treningi z piłką. Panowanie nad nią, dotykanie, prowadzenie – to wszystko rozwija późniejszą technikę gry. O wiele łatwiej nauczyć dobrze podawać kogoś, kto umie panować nad piłką, niż nauczyć panować kogoś, kto potrafi celnie podać. Dla dzieci zajęcia muszą być rodzajem zabawy, nie ma mowy o nudzie – treningi są urozmaicane, by młodzi cały czas czuli się aktywni. To chyba najlepszy sposób na przyswojenie nowych umiejętności.

Nie ograniczasz dzieci do treningu jednej pozycji, np. bramkarzy?

Oczywiście, że nie. Jeśli któreś z nich chce stanąć na bramce w czasie gierki – a niektórzy już nawet kupili rękawice – to bardzo dobrze. Za wcześnie jednak na trening pozycyjny – i tak pewnie spora część z nich zdąży jeszcze dziesięć razy zmienić zdanie co do swojego wymarzonego miejsca na boisku.

Czy w twojej szkółce trenują wyłącznie chłopcy?

Nie, dziewczynki też. Był nawet taki pomysł, żeby stworzyć osobny zespół, ale w tak małej miejscowości za dużo jest przeszkód. Raz, że trudno byłoby znaleźć aż tyle chętnych, dwa, że stworzenie jednej wspólnej grupy dla, dajmy na to, sześciu roczników, byłoby po prostu głupie. Teraz dziewczynki trenują z chłopakami i raczej nie narzekają. Na ostatnim meczu w turnieju o Puchar Tymbarku jedna z nich bardzo dobrze zagrała, strzeliła nawet bramkę i doczekała się braw od kibiców drużyny przeciwnej. Nic w tym dziwnego – trenujące u nas dziewczyny mają mocne, wręcz męskie charaktery i walczą na boisku do upadłego.

Chciałbyś w przyszłości prowadzić seniorską drużynę?

Tak, oczywiście. Wbrew pozorom dzieciaki da się jeszcze połączyć z seniorami. O wiele trudniej jest szkolić młodzież, gdy zaczynało się od dorosłych zawodników. Mam już licencję UEFA B, którą zdobyłem w lutym bieżącego roku w Warszawie, powoli przymierzam się do celowania w UEFA A.

Masz 23 lata, jesteś o sześć lat młodszy od Juliana Nagelsmanna, o którym mówi teraz cały świat. Może pójdziesz w jego ślady?

Trzeba mierzyć wysoko. Nagelsmann to wzór, kariera w jego stylu to ewenement. Jak będzie w moim przypadku – pokaże czas.

Zapisz

Zapisz

Komentarze:
  • Adcon

    Nie miałam pojęcia, że w moich okolicach coś takiego funkcjonuje. Świetna sprawa. Mega cieszy, że w Polsce wciąż znajdują się ludzie, którzy czerpią za granicą i wracają do nas robić fajne rzeczy :)

Przeczytaj także: