Piotr Głowacki-Grzyb

Derby Madrytu, a ich stawką – przełamanie

Atletico i Real nie potrafią złapać formy, a teraz trzeba bić się o prymat w stolicy

18 listopada 2017

Skoro znamy już komplet uczestników przyszłorocznych mistrzostw świata, można wrócić do powszechnie uwielbianych rozgrywek ligowych. Tutaj na pierwszy plan wysuwa się godzina 20:45 w sobotę – pora derbów Madrytu, pierwszych na Estadio Wanda Metropolitano. Zapowiada się wyrównane starcie, ponieważ jego uczestnicy spisują się tak samo… przeciętnie.

Oczywiście w tabeli trzecie miejsce Realu i czwarte Atletico na tym etapie sezonu i przy tak grających Valencii i Barcelonie nie jest powodem do bicia na alarm, ale kibice obu madryckich zespołów nie są w tej kampanii przez swoich podopiecznych rozpieszczani zarówno wynikami, jak i stylem. Ogólny obraz na Metropolitano i Bernabeu jest na razie (niewiele) oddalony od co najmniej dobrego.

Niech ten rok się kończy

Chyba nikt tak nie wyczekuje 1 stycznia 2018 jak Atletico Madryt. Wtedy to wreszcie przestanie obowiązywać transferowy zakaz nałożony nieco ponad rok temu na „Rojiblancos” (na Real też, choć „Królewscy” z karą się względnie uporali). Będzie więc szansa na dokonanie niezbędnych wzmocnień, aby uporać się z dwoma istotnymi problemami ekipy Diego Simeone – krótką, niedostarczającą wystarczającej jakości ławką i wiekowością kadry. Bo czy kadra Atletico na papierze może robić wrażenie? Nawet jeśli, to ostatecznie weryfikują to boisko i metryczka.

I te weryfikacje jak na frazie nie wypadają dla „Atleti” korzystnie. Z ośmiu zawodników, którzy mają co najmniej 30 lat, połowa to filary pierwszego składu (Gabi – 34 lata, Juanfran i Filipe Luis – 32, Diego Godin – 31; poza tym Fernando Torres i Migel Angel Moya – 33, Augusto Fernandez – 31, Kevin Gameiro – 30). W lutym (jeśli zostanie na Metropolitano) może do tego grona dołączyć Nico Gaitan, który ma już 29 lat. Z jednej strony, jest to oczywiście spora porcja doświadczenia na boisku. Z drugiej jednak, upływającego czasu, a wraz z nim ubywających sił do gry, się nie powstrzyma.

Atletico, które dusiło rywala pressingiem, grając niesamowicie fizycznie, i na końcu wygrywało 1:0, nie widać. Najprościej można powiedzieć, że w tym sezonie „Colchoneros” w ogóle nie mają pomysłu na spotkania. Będąca znakiem firmowym ekipy „Cholo” defensywa nie jest potężnym monolitem, a drużynę często musi ratować Jan Oblak; w pomocy widać, jak starzeje się Gabi, a sam Koke nie zorganizuje gry w środku; ofensywa kuleje – Yannick Carrasco jak nie znika w meczach, to zmienia się w jeźdźca bez głowy, a Antoine Griezmann na liczniku minut bez gola dla „Atleti” ma już szóstkę przed dwoma zerami. Nie ma stylu, nie ma zadowalających wyników i choć jest pierwsza czwórka ligi hiszpańskiej, jest też widmo Ligi Europy. Przypominając, że derby odbędą się na Metropolitano, warto zaznaczyć, że Atletico po pokonaniu Malagi i Sevilli nie wygrało czterech kolejnych meczów u siebie – w ostatniej chwili zwyciężyła Chelsea i w sumie trzy punkty wywiozły ekipy Barcelony, Villarrealu i Quarabagu (wszyscy zremisowali po 1:1).

Jedyne pozytywy tego sezonu wśród Atletico to osoby Angela Correi i Thomasa  Parteya, nota bene najlepszych strzelców Atletico w tym sezonie (we wszystkich rozgrywkach). Argentyńczyk i Ghańczyk po cztery razy skierowali już piłkę do siatki. Przywykło się, że Correa to znakomity dżoker, zawsze dający impuls zespołowi, a w tej kampanii to prawdziwy specjalista w zespole od rozwiązywania worków z bramkami. I te jego gole często są kluczowe. To Argentyńczyk dał kontakt z Gironą, rozpoczął drogę do zwycięstwa nad Athletikiem i ostatecznie uratował punkt z Villarrealem. Ambitny Thomas również niejednokrotnie pomagał zespołowi, kiedy pokonywał bramkarzy rywali. Historia najnowsza to zwycięstwo na El Riazor z Deportivo La Coruna za sprawą jego trafienia w doliczonym czasie gry. Do tego bramka dająca po końcowym gwizdku remis z Elche w Copa del Rey i chyba najważniejsza – z Quarabagiem w Lidze Mistrzów, ratująca punkt. W tych dwóch piłkarzach zatem największa nadzieja „Colchoneros”?

Presezon zapowiadał coś więcej

Tymczasem na Chamartin również daleko do hurraoptymizmu.Choć trzecie miejsce w ligowej tabeli i drugie w grupie Ligi Mistrzów obiektywnie nie wyglądają tragicznie, to dla Realu Madryt są powodami do poważnego zaniepokojenia. Mimo że „Królewscy” punktują, niejednokrotnie dopisywało im ogromne szczęście. Udana pretemporada (jak w Hiszpanii nazywa się okres przygotowawczy) zwieńczona Superpucharami Europy i Hiszpanii mogła pozytywnie naładować piłkarzy Zinedine’a Zidane’a, ale czy nie za bardzo?

Można zaryzykować tezę, że Real w bieżącej kampanii już kilka razy się sparzył na świadomości własnej klasy i siły. Nieskoncentrowany zespół bramki traci notorycznie, i to na własne życzenie, co wytrąca ekipę z równowagi, burzy jej pewną koncepcję na mecz, wprowadza nerwowość. Były przebłyski w Lidze Mistrzów, w której jednak też podopieczni Zidane’a otrzymali prawdziwą lekcję futbolu na Wembley. A nastąpiła ona po innej bolesnej wpadce – z Gironą, która pokonała Real jego własną bronią, czyli odwróceniem wyniku.

Przyczyny potknięć Realu się mieszały – od wspomnianego braku koncentracji przez całe 90 minut czy odpowiednie nastawienie, po prostsze powody, jak brak szczęścia w kilku sytuacjach. To drugie uosabiają Karim Benzema i Cristiano Ronaldo, którzy notorycznie zawodzą, jeśli chodzi o skuteczność. Choć Portugalczyk strzela w Lidze Mistrzów, to w lidze hiszpańskiej ma tylko jednego trafienie – w jedenastu meczach! Taką statystykę w jego przypadku opisać słowem „kryzys” to za mało. Tymczasem francuski napastnik… No właśnie, napastnik? Często usprawiedliwiany, że nie jest on w tej drużynie od strzelania goli, tylko robienia miejsca partnerom z ataku. Dobrze, nie można mu odmówić zmysłu do gry kombinacyjnej. Ale też nie wypada już przymykać oka na notoryczne psucie najprostszych sytuacji. „Madridistas” rozumieją, że Francuz nie jest i nigdy nie był typowym goleadorem, ale już od dawna brakuje im słów na oglądanie powtórek pokazujących Karima pudłującego z pięciu metrów sam na sam.

W ostatnim meczu przed przerwą reprezentacyjną Real Madryt wygrał z Las Palmas 3:0. W spotkaniu tym było widać pierwsze symptomy poprawy gry zespołu, choć trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że drużyna z Wysp Kanaryjskich w tym sezonie spisuje się fatalnie (przedostatnie miejsce w tabeli i seria porażek). Niemniej dla Realu taki mecz był balsamem po porażkach z Gironą i Tottenhamem. Teraz trzeba odpowiednio nastawić się na walkę o panowanie w stolicy.

Czego się więc spodziewać?

Po zapoznaniu się z ogólnymi krajobrazami po obu stronach Madrytu to bardzo dobre pytanie. Najprościej jest więc zasięgnąć opinii osób ze środowiska.

Marian Dylanowicz, redaktor portalu Atleti.pl: – Podczas gdy różnej maści eksperci silą się na merytoryczne analizy i porównania, kibiców związanych z jedną ze stron merytoryka nie obowiązuje – nie podczas derbów. Statystyki, cyferki, historie sprzed lat, daty, wypowiedzi piłkarzy, trenerów, dziennikarzy, byłych gwiazd – wszystko to nie ma dla fanów znaczenia. Derby to nie rozum, tylko serce; derby to nie fakty, tylko emocje; derby to nie 12. kolejka, tylko święto.

Nie da się oczywiście uciec od tematów wałkowanych w mediach. Choć tabela sama w sobie tego nie pokazuje, zarówno Atletico, jak i Real mają swoje problemy. Duże problemy. Jedni remisują na potęgę, swoją grą konsekwentnie wywołując odruchy wymiotne i nie będąc w stanie poradzić sobie nawet z mistrzem Azerbejdżanu. Drudzy do słabej i wysoce nieskutecznej gry dokładają spore wpadki, przy których wywalczone w sierpniu trofea zdają się nie mieć żadnego znaczenia, zwłaszcza gdy przegrywa się z absolutnym beniaminkiem z Girony.

Niezależnie od noszonych barw każdy kibic wierzy, że przełamanie nastąpi właśnie w derbach. Jeśli bowiem tak się nie stanie, możemy być świadkiem najnudniejszych derbów za kadencji Simeone, co jeszcze do niedawna wydawało się niemożliwe – nawet postronni widzowie przeżywali kolejne potyczki Atletico z Realem z wypiekami na twarzy. Z perspektywy fana „Rojiblancos” trudno oczekiwać zwycięstwa, ale paradoksalnie to właśnie z wiarą w taki wynik każdy z nich przystąpi do sobotniego meczu. Nikt nie będzie zastanawiał się nad tym, od ilu minut Griezmann czeka na gola, dlaczego Cholo zdecydował się na 4-3-3 zamiast 4-4-2 czy dlaczego gra Savić, a nie Gimenez.

Liczyć się będzie tylko to, że 11 facetów w czerwono-białych barwach walczy o prym w stolicy Hiszpanii; o to, by każdy kibic Atletico mógł potem w szkole, w pracy lub gdziekolwiek powiedzieć swoim znajomym z drugiej strony barykady: Madrid es rojiblanca, en Madrid manda el Atleti. Serce, emocje, święto.

Wiktor Zając, redaktor serwisu Halamadrid.pl: – Derby Madrytu są meczem szczególnym, zwłaszcza teraz, gdy obie drużyny prezentują podobny, wysoki poziom. Każdy pojedynek Realu Madryt z Atletico oznacza sporo emocji. Często w spotkaniach pomiędzy tymi zespołami nie chodzi tylko i wyłącznie o trzy punkty. Dla obu klubów zwycięstwo w derbach miasta jest sprawą honoru.

Dzisiaj zarówno jeden, jak i drugi zespół nie może popełnić błędu. Giganci z Madrytu zajmują trzecie i czwarte miejsce w tabeli La Liga z ośmioma punktami straty do pierwszej Barcelony. Z pewnością nie spełnia to oczekiwań obu klubów, dla których głównym celem jest zawsze walka o tytuł. Dlatego dziś z pewnością będziemy świadkami bardzo emocjonującej walki.

Jako kibic „Królewskich” muszę powiedzieć to z bólem, ale według mnie dzisiaj nieco większe szanse na wygraną ma drużyna grająca na Wanda Metropolitano. Będą to pierwsze derby na nowym obiekcie, więc motywacja może być nawet większa niż zwykle. Ponadto Atletico w tym sezonie ligowym jeszcze nie poznało smaku porażki. Real za to grał na swoim najwyższym poziomie jedynie w trakcie superpucharów. Ich obecny futbol z pewnością nie jest na poziomie, który może zagrozić rywalom zza miedzy. Sporo będzie zależeć od formy Cristiano Ronaldo. Jeżeli Portugalczyk zagra tak, jak robi to w Lidze Mistrzów, to szanse na naszą wygraną znacznie wzrosną. Bez jego geniuszu Realowi może być zbyt trudno w starciu z tak silnym rywalem.

Derby Madrytu zyskały na ciekawości, odkąd szkoleniowcem Atletico jest Diego Simeone. „Rojiblancos” z Argentyńczykiem na ławce trenerskiej przestali regularnie zbierać cięgi od bardziej utytułowanych rywali, stając się dla Realu naprawdę godnym przeciwnikiem, któremu niejeden raz już potężnie napsuli krwi. Pora na kolejny epizod tej batalii o prymat w stolicy Hiszpanii. Areną – hiszpańskie Wembley, Estadio Wanda Metropolitano. Ranga spotkania musi wyzwolić pokłady motywacji w obu zespołach. A przynajmniej powinna. W przeciwnym wypadku u kogoś zaczną bić na alarm.

Komentarze:
Przeczytaj także: