Tomasz Moczerniuk

Cierzniak: Szczęściarz w kadrze Leo

02 grudnia 2008

Radek Cierzniak to utalentowany, 25-letni bramkarz, który ma za sobą występy w 12 (!!!) klubach w Polsce i za granicą oraz 21 spotkań w młodzieżowych reprezentacjach Polski (U-19, U-21). To absolwent słynnej Szkoły Piłkarskiej w Szamotułach, w której swoje szlify zdobywali m.in. Fabiański i Załuska. To zawodnik, którego kariera przebiega w przedziwny sposób: na początek Ukraina, potem gra w klubach, które borykały się z rozmaitymi problemami (degradacje, tarapaty finansowe). To wreszcie świeżo upieczony kadrowicz Leo Beenhakera. Dla tego młodego i bardzo ułożonego zawodnika samo powołanie to spełnienie marzeń i pełnia szczęścia, na które z pewnością zasłużył. Bo mimo wielu niekoniecznie pozytywnych doświadczeń Radek Cierzniak nie uważa się za pechowca, lecz szczęściarza, który powtarza niczym mantrę, że ciężką pracą, cierpliwością i poświęceniem dojdzie się do obranego celu. Rozmowę z bramkarzem Korony w New Jersey w USA, gdzie do wtorku przebywała cała kielecka ekipa, przeprowadził Tomek Moczerniuk.

Gratulacje dla świeżo upieczonego kadrowicza! Jak zareagowałeś na powołanie do „dorosłej” reprezentacji Polski?

Byłem zupełnie zdziwiony, bo absolutnie się tego nie spodziewałem. Przecież nie tak dawno temu grałem w Ekstraklasie, ale powołania nie przychodziły. A teraz, kiedy gram w I lidze, przyszło… Ale wiadomo, że moje marzenia zawsze sięgały w kierunku reprezentacji, więc bardzo się z tego faktu cieszę. Takie powołanie to nagroda za ciężką pracę i dowód na to, że warto poświęcić życie piłce i sportowym marzeniom.

Listopad w USA, w grudniu Turcja. Prawdziwy z Ciebie obieżyświat? Ale to jest chyba Ci pisane, skoro grałeś już w 12 klubach?

Nie wiedziałem, że było ich aż tyle. W przeciągu całej swojej kariery ufałem trenerom, a ci robili wszystko, żeby zapewnić mi odpowiedni rozwój. Jeśli oznaczało to odejście do innego klubu, to akceptowałem to bez szemrania. Z Szamotuł zresztą zawsze w pierwszym rzędzie odchodzą bramkarze, ale tylko po to, aby grać i dalej się rozwijać. Nie sztuką jest siedzieć na ławce, trzeba zawsze szukać możliwości rozwoju.

Twoja kariera jest bardzo interesująca. Podczas gdy piłkarze wyjeżdżają za granicę raczej pod koniec kariery, Ty wylądowałeś na Ukrainie jako nastolatek. Jak wspominasz Wołyń Łuck i Karpaty Lwów, gdzie byłeś zmiennikiem Macieja Nalepy?

Wyjechałem w bardzo młodym wieku i był to dla mnie bardzo ciężki okres. W Łucku nie znałem nikogo, Gancarczyk i Nowak przyjechali później, więc po miesiącu zmieniłem otoczenie. Ale i we Lwowie warunki były trudne: obskurne hotele, fatalna infrastruktura – czarna rzeczywistość, po której do dziś pozostała mi rysa. Ale nie uważam tego za stracony czas. Każdy miesiąc, każdy dzień przyczynił się do tego, gdzie jestem dzisiaj. Z każdego niepowodzenia staram się czerpać wnioski.

Nalepa? Uczyłem się od niego, ale nie nadawaliśmy na tych samych falach. Pamiętam, jak przyjeżdżał do nas trener Młynarczyk. Najpierw na obserwacje, a potem z powołaniami do kadry Bońka. Być może moja obecność we Lwowie wpłynęła na postawę Maćka mobilizująco?

Potem powrót do Polski, do II ligi, do słabego Stomilu Olsztyn, który w sezonie 2002/2003 zajął ostatnie miejsce i… na rok przestał istnieć. Jak wspominasz mecze z Piotrcovią (1:7) czy GKS-em Bełchatów (0:6), w których wpuściłeś w sumie aż 13 goli?

Transfer do Olsztynu był dla mnie wówczas najlepszą opcją. Miałem propozycje z klubów z niższych lig, ale nie zaspakajały one moich ambicji. Jeszcze na dzień przed zamknięciem okna transferowego miałem dylemat: albo Stomil, albo półroczna pauza. Wybrałem to pierwsze i nie żałuję. W końcu grałem w pierwszym składzie i to w II lidze! Meczów z Bełchatowem czy Piotrcovią nie pamiętam. Nigdy nie skupiam uwagi na tym, co się już wydarzyło. Katastrofalne wyniki i wpuszczone gole? Na pewno była to surowa lekcja, ale może się to przecież zdarzyć każdemu i wszędzie. Jak już wspomniałem wcześniej – trzeba wyciągać wnioski i uczyć się także i z niepowodzeń.

Z deszczu pod rynnę, bo w kolejnym sezonie grałeś w drużynie Aluminium Konin, która też zajęła ostatnie miejsce i przestała istnieć w związku z problemami finansowymi. Myślałeś wtedy, że masz w życiu pecha?

Nigdy w życiu tak nie myślałem. Kiedy przechodziłem do Konina, Aluminium było wysoko w tabeli. Ale skład zmienił się w 95 procentach i zaczęły się problemy, przede wszystkim na tle finansowym. Zaległości w wypłatach sprawiły, że zawodnicy mający rodziny na utrzymaniu się buntowali. Ale ja zaliczyłem kolejny pełen sezon i chyba spisałem się nieźle, skoro chciano mnie w Amice? Wiadomo, że nie jest przyjemnie spadać, ale ja się tym nie przejmowałem. Wiedziałem, że jest to kolejny krok do mojego celu.

W końcu jednak karta się odwróciła i trafiłeś do Wronek, gdzie na 4 dni przed swoimi 22. urodzinami zadebiutowałeś w Ekstraklasie. Pamiętasz mecz z Odrą i dwa gole Rockiego?

Pamiętam, nawet bardzo dobrze, ten mecz. Dużo akcji, cztery gole. Końcowy wynik brzmiał 2:2, ale ja zagrałem dobry mecz. Towarzyszył mi oczywiście debiutancki stres, ale musiałem szybko sobie z nim poradzić, bo w następnej kolejce graliśmy z Wisłą w Krakowie. Był to dla mnie kolejny ważny sprawdzian, który zdałem celująco. Przekonałem trenera Skorżę do siebie i spędziłem w Amice dwa lata.

W tym też sezonie zadebiutowałeś w europejskich pucharach z AJ Auxerre…

Wszedłem na boisko w 38 minucie przy stanie 1:4, a 9 minut później dostałem czerwoną kartkę za interwencję poza polem karnym. Wiadomo, że dziś bym tego nie zrobił, rutyna i doświadczenie robią swoje. Ale pamiętam jeszcze jedno, że mimo iż przebywałem na boisku bardzo krótko, miałem kilka okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Być może wyglądało to inaczej, bo prasa się po nas przejechała, ale udało nam się i z tym sobie jakoś poradzić.

Z Amiki trafiłeś też do kadry U-21. W 2004 roku rozegrałeś w niej 9 spotkań, z czego biało-czerwoni wygrali tylko raz – 3:0 z Austrią w el. do ME 2006. Jednak drużyna prowadzona przez Władysława Żmudę, mająca w składzie m.in. braci Brożków czy Dariusza Dudkę zawiodła i nie awansowała do dalszych gier (wyprzedzili nas Niemcy, którzy w finałach nie wyszli z grupy oraz Anglicy). Czy w tej drużynie był potencjał? I dlaczego w meczach rewanżowych w bramce stanął Łukasz Fabiański?

Fabiański grał w kilku ostatnich meczach, kiedy wiadomo już było, że awans jest poza naszym zasięgiem. Poza tym to trenera należałoby zapytać, dlaczego nie stawiał na mnie, tylko na Fabiana. Ale cieszyłem się z tego, że on też dostaje szansę, bo to mój serdeczny kolega. Ja natomiast rozegrałem większość ze spotkań eliminacyjnych i mogę z całą pewnością stwierdzić, że w tym zespole był potencjał. Pojedyncze mecze w tej silnej grupie pokazywały, że potrafimy grać z najlepszymi, ale czegoś jednak w ogólnym rozrachunku zabrakło. Może zbyt mało było wspólnych spotkań, konsultacji, „scalania” teamu?

W bramce Amiki miałeś za to niepodważalne miejsce. Co ciekawe w sezonie 2003-2004 dwa razy przegraliście z Twoim obecnym pracodawcą (1:2 w Kielcach i 0:3 we Wronkach). 4 gole w tych spotkaniach strzelił Ci Grzegorz Piechna. Czy on lub inny napastnik śnił Ci się po nocach?

Żaden napastnik nie śni mi się po nocach. Nie przejmuję się indywidualnymi osiągnięciami czy statystykami zawodników drużyny przeciwnej. Piechna był wtedy w wyśmienitej formie, a my wszyscy, szczególnie we Wronkach, zagraliśmy słabo. Ale i z tego potrafiliśmy wyciągnąć wnioski i spojrzeć przed siebie.

Potem znowu jednak drużyna, w której występowałeś, przestała istnieć. Po połączeniu Amiki z Lechem wylądowałeś na ławce w Poznaniu. Zagrałeś tam tylko jeden mecz – niechlubna porażka w Mołdawii z FC Tiraspolem 1:3. Jak wspominasz ten okres?

Właściwie to nie rozegrałem tam żadnego meczu. Spotkanie z Tiraspolem rozegraliśmy zaraz po powrocie z obozu w gorach. Zawiedliśmy wszyscy i wszystkich, ale na mnie się to odbiło najbardziej. Żałuję jednak, że nie było mi dane przekonać do siebie trenera. Gdyby dał mi szansę, to z pewnością bym ją wykorzystał.

Byłeś na testach w Norymberdze, ale trafiłeś do Korony na zasadzie transferu definitywnego. Początki w Koronie miałeś trudne. Zadebiutowałeś znowu niejako „na urodziny” (4 dni po tym, jak stuknęły Ci 24 lata) i znowu przeciwko Odrze Wodzisław (porażka w Kielcach 0:1). Potem zagrałeś jeszcze w 6 meczach, z czego wygraliście tylko jeden (z Bełchatowem 5:3). Tylko w ostatniej kolejce przeciwko Górnikowi nie puściłeś gola. Ale w kolejnym sezonie to Mielcarz znowu stał między słupkami. Ty grałeś w Młodej Ekstraklasie i Pucharze Ekstraklasy. Ciężko było znowu czekać na swoją szansę?

Trafiłem do Korony zaraz po porażce drużyny w Pucharze Polski z Bełchatowem. Wskoczyłem do bramki w momencie, kiedy zespół przeżywał ciężkie chwile. Coś się zacięło, czegoś znowu brakowało, ale ja cieszyłem się z samego grania, ze zdobywania nowych doświadczeń. Rywalizację z Maćkiem przegrałem, bo on wtedy grał naprawdę bardzo dobrze. Zresztą dziś też – jako gracz Widzewa – spisuje się świetnie. Cierpliwość jest podstawą sukcesu, więc czekałem na swoją szansę i postępowałem według rad, których słuchałem od najmłodszych lat.

Obecny sezon jest jednak znowu Twój: 18 spotkań w I lidze, zaledwie 15 wpuszczonych bramek. Aż w 10 meczach nie dałeś sobie strzelić gola. Czy to Wy jesteście tacy dobrzy, czy też napastnicy z zaplecza Ekstraklasy tacy słabi?

Mamy bardzo dobry zespół, ot, taki silny kolektyw z fantastyczną atmosferą. Cieszy nas każda wygrana, ale nie możemy się tym zadowalać, bo wystarczy spojrzeć na tabelę – czołówka jest bardzo wyrównana i inni depczą nam po piętach. Musimy więc być bardzo skoncentrowani, ale większość z nas grała w ekstraklasie, więc jestem pewny, że sobie poradzimy.

Jak układa się Wam współpraca z trenerem Włodzimierzem Gąsiorem i czy Koronę stać na powrót do Ekstraklasy już w tym sezonie?

To jest nasz główny cel, w którego osiągnięcie wierzą wszyscy. I właśnie to jest w tym zespole najwspanialsze. Wiemy, że jesteśmy w stanie wygrać z każdym, ale zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w połowie drogi. Trzeba ciężko pracować, żeby dobra passa trwała jak najdłużej. W ostatnich meczach dostaliśmy lekkiej zadyszki, ale wierzymy, że jest już ona za nami.

Trener Gąsior? To kolejny wielki fachowiec, z którym przyszło mi pracować i od którego mogę się czegoś nauczyć. Bardzo go szanuję i zdaję sobie sprawę z tego, że nawet jeśli na treningu krzyknie coś pod moim adresem, to robi to w dobrych intencjach. Dobry kontakt mam też z trenerem bramkarzy, Robertem Dziubą, z którym oczywiście spędzam najwięcej czasu.

Wracacie dziś do Polski z USA, gdzie mieliście szansę zaprezentować się amerykańskiej Polonii. Jakie są Twoje wrażenia z pobytu?

Dla drużyny była to bardzo fajna forma roztrenowania. Jesteśmy tu razem, integrujemy się, nie rozgrywamy już żadnych stresujących meczów. Ja, w związku z powołaniem do kadry, mam nieco inny cykl treningowy niż reszta. Musiałem dbać tutaj o podtrzymanie formy, którą budowałem w przeciągu roku. Do pobytu w USA podchodzę tak, jakbym był tutaj po raz ostatni. Chciałem zobaczyć jak najwięcej i udało się to. Byłem na meczu NBA, zwiedziłem Manhattan wzdłuż i wszerz. Wszystko jest tutaj takie… większe… Odbieram to bardzo pozytywnie, bo przecież nie na co dzień ma się szansę zobaczyć na własne oczy to, co widzi się na filmach.

Kim jest Radek Cierzniak? Pechowcem czy jednak szczęściarzem?

Oczywiście, że szczęściarzem! Gdyby było inaczej, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Wiem jednak, że na to wszystko musiałem sobie zapracować. A teraz ta ciężka praca procentuje i mam szansę spełnić swoje kolejne piłkarskie marzenie: zagrać z orzełkiem na piersi w dorosłej kadrze Polski. Niech to będzie nauką dla młodych piłkarzy: nie zrażajcie się! Bądźcie cierpliwi i pracujcie wytrwale. Siłą charakteru, ciężką pracą i poświęceniem będziecie w stanie osiągnąć w życiu naprawdę wiele, nie tylko w futbolu.

Prezentacja Radka w Koronie:

Źródło: Własne

Komentarze:
  • Damian Jursza

    Podczas meczy siedział głównie na trybunach. Trener
    Smuda nie dał mu zbyt wielu szans.

Przeczytaj także: