Mariusz Janik

Bolton przykładem dla „Kanonierów”?

W 3. kolejce rywalizacji o Ligę Europy, w meczu na szczycie grupy H, Crvena Zvezda Belgrad podejmie Arsenal

17 października 2017

Dwa spotkania, dwa zwycięstwa, sześć punktów, siedem strzelonych goli, trzy stracone – tak prezentuje się dotychczasowy bilans podopiecznych Arsene’a Wengera na zapleczu Ligi Mistrzów. „The Gunners” solidne występy w europejskich pucharach przeplatają przeciętnymi w rodzimych rozgrywkach. W starciu z Crveną Zvezdą Belgrad ekipa z The Emirates Stadium jest – przynajmniej na papierze – murowanym faworytem. Historia jednak pokazuje, że na niezwykle żywiołowych bałkańskich stadionach angielskim klubom zawsze było pod górkę.

Tragiczny mecz

Po raz pierwszy raz podbić Belgrad próbowały „Czerwone Diabły” w sezonie 1958/1959. W czasach, kiedy Ligę Mistrzów tytułowano Pucharem Europy Mistrzów Klubowych, Manchester United jechał do stolicy Jugosławii jak po swoje. Warto odnotować, że „Czerwona Gwiazda” ówcześnie nie mogła grać na swojej Marakanie, budowa tejże ruszyła dopiero w latach sześćdziesiątych. Jej domem był JNA Stadium, obiekt, na którym do dziś swoje spotkania rozgrywa odwieczny rywal, Partizan. Choć w pierwszym meczu, przed własną publicznością podopieczni legendarnego Matta Busby’ego wygrali tylko 2:1, nikt na Old Trafford nie dopuszczał do siebie myśli, że ich ulubieńcom w rewanżu może stać się coś złego.

Rzeczywiście, po nieco ponad półgodzinie gry na tablicy wyników widniał rezultat 0:3. Dubletem popisał się Bobby Charlton. Po zmianie stron do pracy zabrali się zawodnicy Milorada Pavicia. Dwukrotnie na liście strzelców zapisał się Borivoje Kostić. Remis 3:3 premiował przyjezdnych i to właśnie oni po ostatnim gwizdku austriackiego sędziego, Karla Kainera, mogli wznieść ręce w geście triumfu.

Radość angielskich fanów nie trwała jednak długo. Wszystko za sprawą katastrofy, która miała miejsce dzień później na lotnisku w Monachium. Samolot, którym leciał zespół zwycięzców, miał międzylądowanie w stolicy Bawarii. Maszyna po uzupełnieniu paliwa miała ruszyć w dalszą podróż do Manchesteru. Niestety, złe warunki atmosferyczne (opady śniegu) wespół z problemami technicznymi doprowadziły do tragicznego wypadku. Samolot wypadł z pasa startowego i uderzył w znajdujące się w pobliżu domostwo oraz drzewo. Część wraku zahaczyła również o garaż i zaparkowany w nim wóz – zderzenie wywołało pożar.

Wskutek katastrofy samolotu British European Airways 699, na którego pokładzie znajdowały się 42 osoby (w tym sześcioosobowa załoga), śmierć poniosły 23 z nich: ośmiu piłkarzy United – m.in. Eddie Colman, który strzelił gola na 2:1 w pierwszym meczu z Crveną – trzech pracowników klubu, ośmiu dziennikarzy, pracownik biura podróży, kibic, steward, a także jeden z pilotów (zmarł w szpitalu wskutek odniesionych obrażeń). Data 6 lutego 1958 roku zapisała się krwawymi zgłoskami w historii ekipy z „Teatru Marzeń”. Dziś na stadionie w czerwonej części Manchesteru znajduje się tablica upamiętniająca ofiary tamtego dnia.

Wilcza powtórka

Na kolejny belgradzko-angielski pojedynek fani futbolu czekali tylko do listopada 1959 roku. Wówczas na stołecznym stadionie zameldowała się ekipa Wolverhampton Wanderers. Popularne „Wilki”, które od kilku lat bezskutecznie próbują wrócić do Premier League, ówcześnie znajdowały się na fali wznoszącej i bez problemu przeszły pierwszą rundę Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Na JNA Stadium przyjechały w roli faworyta, ale podobnie jak dwa sezony wcześniej Manchester United przekonały się, czym jest bałkański upór. Mecz zakończył się remisem 1:1, do angielskiej bramki ponownie piłkę posłał Borivoje Kostić.

Z dziennikarskiego obowiązku warto dodać, że w spotkaniu rewanżowym zespół Milorada Pavicia był bez szans. Wprawdzie Anglicy długo prowadzili 1:0, ale goście nie potrafili znaleźć sposobu na sforsowanie ich dobrze funkcjonującej defensywy. W konsekwencji, na kilka minut przed zakończeniem spotkania, gospodarze zadali dwa zabójcze ciosy, po których przyjezdni już nie zdołali się podnieść. Molineux eksplodowało ze szczęścia. W ćwierćfinale „Wilki”, trafiając na FC Barcelona, zakończyły swoją pucharową przygodę. Wynik dwumeczu 9:2 nie przyniósł im chluby.

Koniec kompromisów

Następne dwie potyczki „Czerwonej Gwiazdy” z klubem angielskim rozegrane zostały w Pucharze UEFA w listopadzie i grudniu 1972 roku. Rozpędzona gwardia Miljana Miljanicia najpierw rozbiła szwajcarską Laussannę Sports (w dwumeczu 7:4), by później w walce o 1/8 finału odprawić z kwitkiem hiszpańską Valencię (3:1, 1:0). W kolejnej fazie na drodze „Czerwono-białych” stanął jednak Tottenham Hotspur, który wcześniej zaserwował worek dwunastu goli norweskiemu Lyn Fotbal i w kolejnej rundzie pokonał w dwumeczu grecki Olympiakos Pireus 4:1. Wyższość angielskiej piłki klubowej nad jugosłowiańską nie podlegała żadnej dyskusji, co „Koguty” udowodniły w pierwszym spotkaniu, pokonując belgradzką ekipę 2:0.

W rewanżu londyńczycy nie mogli być jednak niczego pewni. Na początku drugiej połowy Vojin Lazarević zmącił spokój w ich szeregach, dając prowadzenie gospodarzom. Historyczny, bo jak się okazało, zwycięski gol był jednak trafieniem wyłącznie na otarcie łez. Drobnym pocieszeniem dla przegranych mógł być jednak fakt, że ich pogromca został zatrzymany dopiero w półfinale przez późniejszego triumfatora, Liverpool.

A skoro już o „The Reds” mowa, to w następnym sezonie właśnie ekipa z Anfield Road była rywalem Crveny w II rundzie Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Jugosłowianie na starcie rozgrywek po dwóch zwycięstwach (2:1, 1:0) wyrzucili za burtę polską Stal Mielec. Aby trafić do ćwierćfinału, musieli jednak pokonać wielki klub z miasta Beatlesów prowadzony wówczas przez wybitnego i legendarnego Szkota, Billa Shankly’ego. To, co wydawało się niemożliwe, okazało się jednak faktem. Wyjazd do kraju Josepa Broza Tity zakończył się dla liverpoolczyków porażką 2:1. Gol strzelony przed rewanżem przez Kevina Keagana wprawdzie dawał nadzieję na sukces, ale duet Vojin Lazarević–Slobodan Janković pokazał, że nie tym razem.

Zwycięstwo na angielskiej ziemi smakowało podwójnie. Nie tylko po raz pierwszy „Czerwono-białym” udało się pokonać Wyspiarzy, jednocześnie triumf ten historycznie pozwolił im awansować szczebel wyżej. Choć przygoda z europejskimi pucharami w sezonie 1973/1974 zakończyła się dla nich już w następnej fazie, w której musieli uznać wyższość Atletico Madryt (późniejszego finalisty), to zwycięstwo nad wielkim Liverpoolem bezpowrotnie zapisało się na kartach futbolu Starego Kontynentu.

Wielki sukces

Piątym zespołem z deszczowych Wysp Brytyjskich na drodze „Czerwonej Gwiazdy” był Arsenal. Obie drużyny los skojarzył w sezonie 1978/1979, gdy te występowały w Pucharze UEFA. Belgradzka drużyna ponownie nie pozwoliła rywalom triumfować na jej stadionie. W pierwszym meczu 1/8 finału „Kanonierzy” przegrali 1:0, ale nie zamierzali załamywać rąk. W perspektywie mieli przecież potyczkę na własnym obiekcie, więc nie było sensu przesadnie przejmować się bałkańską wpadką.

Rzeczywiście, w grudniowy wieczór, szóstego dnia tegoż miesiąca, po godzinie gry do siatki gości trafił Alan Sunderland. Straty z pierwszego meczu zostały odrobione, więc fani „The Gunners” mogli odetchnąć z ulgą. W najgorszym przypadku czekała ich dogrywka. Poza tym, skoro rywal został „napoczęty”, to – tak mogli myśleć sympatycy stołecznych – piłkarze Terry’ego Neilla powinni pójść za ciosem. Na ich nieszczęście, w końcówce spotkania do wyrównania doprowadził Dusan Savić. Reprezentant Jugosławii sprawił wszystkim fanom mikołajkowy prezent. Uciszył jednocześnie Highbury, któremu pozostało zalać się łzami. Nawet w angielskich realiach miejscowi nie byli w stanie odrobić strat.

Piękny sen Crveny trwał. W ćwierćfinale, po niezwykle wyrównanych meczach, podopieczni Branko Stankovicia wyrzucili za burtę kolejnego z angielskich faworytów, West Bromich Albion. Zarówno w pierwszym spotkaniu, jak i rewanżu decydowały gole strzelane przez Jugosłowian w końcówkach. Raz jeszcze cichym bohaterem Belgradu był ww. Savić, choć olbrzymią cegłę do awansu dołożył także jego krajan, Milos Sestić. W półfinale wspomniany duet rozprawił się z berlińską Herthą. W decydującym meczu, gdy rywalem „Czerwono-białych” była inna niemiecka ekipa, Borussia Moenchengladbach, trafienie Sesticia na niewiele się zdało. „Źrebaki” zatrzymały stołeczną lokomotywę, pokonując ją w dwumeczu 2:1. Był to największy (wówczas) sukces klubu z Półwyspu Bałkańskiego.

Większy osiągnął w sezonie 1990/1991, gdy triumfował w przedostatniej edycji Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. Całe rozgrywki przeszedł suchą stopą, wyeliminował kolejno: Grasshoppers Zurich, Glassgow Rangers, Dynamo Drezno, Bayern Monachium i Olympique Marsylia. Aby pokonać w finale Francuzów, potrzebował konkursu „jedenastek”. Tak na marginesie, od czasu wzniesienia najważniejszego klubowego pucharu Starego Kontynentu w Belgradzie trwa stagnacja. Piłkarze z Marakany nie potrafią przejść kwalifikacji, a jeśli już ta sztuka im się udaje, zatrzymują się na fazie grupowej danych rozgrywek.

Upadek twierdzy

Przeszło dwie dekady przyszło piłkarskim sympatykom poczekać na kolejne potyczki Crveny z klubami Premier League. W 2001 roku już w pierwszej rundzie Pucharu UEFA formę „Czerwonej Gwiazdy” sprawdziło Leicester City. Wprawdzie Serbowie marzyli o występach w Lidze Mistrzów, jednak w III rundzie kwalifikacji musieli uznać wyższość Dynama Kijów i została im tylko gra w „pucharze pocieszenia”.

Po remisie 1:1 w pierwszym meczu, przed rewanżem – ze względów bezpieczeństwa został rozegrany na neutralnym terenie w Wiedniu – więcej było znaków zapytania niż odpowiedzi. Do przerwy utrzymywał się wynik 1:1, po zmianie stron podopieczni Slavojuba Muslina strzelili jeszcze dwa gole, tym samym wskazali „Lisom” ich miejsce w szeregu. Był to jednak łabędzi śpiew dla „Czerwono-białych”. W II rundzie trafili na hiszpańską Celtę Vigo. U siebie tradycyjnie nie przegrali (wygrali 1:0), natomiast w rewanżu nastąpiła katastrofa. Boiskowy rezultat 3:5 na korzyść „Celestes” nie był największym problemem, ze względu na błędy formalne – dwóch nieuprawnionych graczy w szeregach Zvezdy – ostatecznie zmieniono wynik na walkower 0:3.

Ostatnim angielskim zespołem, który walczył z Serbami na ich terenie, był zapomniany nieco Bolton Wanderers. 6 grudnia 2007 roku, czyli dokładnie w 29. rocznicę wyeliminowania z pucharów Arsenalu, ekipa z Reebok Stadium pomściła angielskich braci, pokonując rywala w fazie grupowej Pucharu UEFA 1:0. Był to moment wyjątkowy, po wielu belgradzko-brytyjskich starciach „Czerwona twierdza” upadła po raz pierwszy.

Rewanż? 

Pytanie, czy po raz ostatni? Historia wyraźnie pokazuje, że Crvena Zvezda na własnym terenie jest dla klubów z Anglii niezwykle groźnym i trudnym do pokonania przeciwnikiem. Nie sposób nie zgodzić się jednak, że Premier League odskoczyła serbskiej SuperLidze na wiele długości i tak naprawdę nie ma sensu patrzeć na to, że Arsene Wenger i spółka w lidze radzą sobie przeciętnie, żeby nie napisać słabo, a „Czerwona Gwiazda” na swoim podwórku spogląda na rywali z góry.

Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że „The Gunners” w delegacjach ostatnio radzą sobie średnio. W tym sezonie wygrali tylko z BATE Borysów (4:2) i bezbramkowo zremisowali z Chelsea (0:0). Na tarczy wracali aż trzykrotnie. Ich pogromcami były kolejno: Stoke, Liverpool, Watford. Bilans bramkowy 7:1 nie napawa optymizmem. Ktoś może stwierdzić, że Liga Europy i liga angielska to zupełnie różne światy. Owszem, kłopoty francuskiego menedżera Arsenalu nie kończą się jednak wyłącznie na wynikach. W jego zespole pojawiło się wiele kontuzji, które także nie są bez znaczenia.

Problemy „Kanonierów” mogą wykorzystać Serbowie, których serca i krew, pomimo upływu lat, nadal są niezwykle gorące. Obecny zespół Vladana Milojevicia śmiało można nazwać interkontynentalnym (znajdują się w nim piłkarze z Ghany, Brazylii czy Gabonu), niemniej w dużej mierze wypełniają go gracze urodzeni na bałkańskiej ziemi. Gdy jeszcze dodamy, że ostatni raz kibice na Marakanie porażkę swoich ulubieńców obserwowali w maju (pucharowa porażka 1:2 z Cukaricki), wszelkie statystyki zaczynają się zacierać.

W czwartkowy wieczór piłkarskich kibiców powinno czekać wyjątkowe wydarzenie, o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Nie tylko ze względu na wyjątkowo ekspresyjnie reagujących kibiców obu klubów. „Kanonierzy” będą chcieli upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Liczą, że zmażą plamę po weekendowej porażce z Watfordem, utrzymają przewodnictwo w grupie H i jeszcze wezmą rewanż za porażkę ich poprzedników sprzed kilku dekad. W Belgradzie gra się trudno, ale Bolton już kilka lat temu udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Komentarze:
Przeczytaj także: