Michał Szymańczyk

Beztroska wizyta na Signal Iduna (Luna)Park

Legia mimo wysokiej porażki zmazała plamę z pierwszego meczu

23 listopada 2016

Wtorek, Liga Mistrzów, mecz rewanżowy na wyjeździe z Borussią Dortmund, w żółto-czarnej świątyni Signal Iduna Park, w pamięci pierwsze spotkanie przy Łazienkowskiej – wszystko to brzmi na pozór jak scenariusz horroru. Część trzecia różańca – tajemnice bolesne – do odmówienia przez sympatyków „Wojskowych”. Warszawska Legia pod batutą Magiery to jednak inna drużyna niż ekipa Hasiego z pierwszego meczu między tymi drużynami. Była zabawa, radość z gry, emocje, ułańska fantazja, na więcej moim zdaniem nie powinniśmy liczyć.

Namiastka Premier League w Lidze Mistrzów

Cały mecz, a zwłaszcza pierwsza połowa spotkania stanowiła absolutny rollercoaster z najlepszych parków rozrywki na świecie. Przede wszystkim nieskrępowana niczym ofensywa, akcje rodem z Wysp Brytyjskich w stylu „box to box”, dużo polotu, fantazji i beztroski. Wynik 8:4, liczba goli zdobytych w sumie przez obie drużyny stanowi rekord w nowożytnej historii Ligi Mistrzów. Obie ekipy urządziły sobie tak naprawdę trening strzelecki w tych elitarnych rozgrywkach. Szkoda tylko, że UEFA nie płaci za strzelone bramki, a jedynie za zdobyte punkty.

Z drugiej strony mamy także inne oblicze tego spotkania, katastrofalną grę defensywną obu zespołów. Łatwość, z jaką Borussia w ataku pozycyjnym, a Legia w szybkich kontrach dochodziły do sytuacji bramkowych, jest kompletnie niespotykana. O wyniku tego meczu miała zadecydować siła ognia, był to jednak pojedynek, który momentami przypominał walkę elitarnej jednostki specjalnej z komendą rejonową policji w Tczewie. Legia zagrała zbyt odważny i otwarty futbol.

„Magic” nie zaczarował Borussii

To, co udało się z Realem Madryt, nie miało żadnego zastosowania w rywalizacji z niemiecką drużyną. Przede wszystkim BVB jest bardziej poukładaną, zbilansowaną ekipą, w której zawodnicy są zaangażowani, biegają, nie ma „świętych krów”, jeżeli chodzi o pracę dla dobra zespołu. Niemiecka mentalność jest jednak zdecydowanie inna niż wylansowanych, butnych gwiazd „Królewskich”.

Z całą pewnością Legia nie została zlekceważona przez wicemistrza Niemiec nawet w najmniejszym stopniu, tak jak miało to miejsce na w poprzedniej serii spotkań z Realem Madryt. Borussia po kolejnych zdobywanych golach nie próżnowała, dążyła do kolejnych, nie oddawała pola legionistom, cały czas starała się prowadzić grę. Profesjonalizm niemiecki wziął górę nad oszczędzaniem sił, snuciem myślami o nadchodzącym weekendzie w Bundeslidze. Duże znaczenie miała również spora rotacja w składzie, jaką zastosował Tuchel. Widać, że w tym zespole jest ogromna rywalizacja o miejsce w drużynie, każdy z zawodników chciał tego wieczora zaprezentować się jak najlepiej trenerowi.

Rotacja w składzie

To, co przystoi bogatszemu, jeżeli chodzi potencjał szerokiej kadry, niekoniecznie ma przełożenie na biedniejszego w tym względzie. Zasadnicze pytanie przed meczem, a zwłaszcza po nim, dotyczy liczby dokonanych zmian w defensywie przez trenera Magierę. Przede wszystkim osoba bramkarza, świetnie spisującego się Malarza zastępuje Cierzniak, dla którego było to dopiero drugie spotkanie w barwach Legii w tym sezonie. Cały mecz były golkiper Wisły Kraków grał bardzo niepewnie, elektrycznie i co najmniej dwie bramki powinny być zapisane na jego konto.

Poza obsadą bramkarza rażą rotacje w obronie. Pewna, uzupełniająca się, dobrze współpracująca ze sobą dwójka środkowych obrońców – Pazdan i Rzeźniczak, zostaje rozbita, do składu wchodzi Czerwiński. Na lewą zaś stronę zostaje przesunięty wspomniany kapitan „Wojskowych”. Niestety żadna ze zmian nie była trafiona, tylko defensywa stanowiąca kolektyw mogła przeciwstawić się w większym stopniu tak dysponowanej w ofensywie Borussii. Trener Magiera w swojej dotychczasowej pracy przy Łazienkowskiej był niemal niezawodny, jeżeli chodzi o dokonywane zmiany, niestety trzeba obiektywnie przyznać, że ten mecz nie wyszedł mu pod tym względem.

Wnioski po meczu

Generalnie są dwie filozofie gry na wyjeździe z dużo mocniejszą drużyną. Jedna sprowadza się do ustawienia autokaru przed własną bramką, skupienia i ograniczenia się właściwie tylko do defensywy, przesuwania się całym zespołem, zachowania małych odległości między zawodnikami i formacjami, wyprowadzania ewentualnych, sporadycznych kontr, oddania dwóch, trzech strzałów na mecz. Druga zaś opiera się na wymianie ognia, graniu otwartej, odważnej piłki, stwarzaniu sytuacji bramowych, wierze we własne umiejętności oraz po prostu czerpaniu radości z gry, w miejscu, w którym być może są ostatni raz w swojej piłkarskiej karierze.

Osobiście wolę oglądać takie występy polskich klubów w europejskich pucharach. Siedzenie drużyny w okopach przez 90 minut i porażka 0:2 czy 0:3 są dla mnie dużo bardziej dołujące niż pełen emocji, zwrotów akcji do pewnego momentu mecz przegrany 4:8. Na pocieszenie najładniejsza bramka i tak należała do legionisty:

Komentarze:
Przeczytaj także: