Piotr Szymczuk

Bayern Monachium, czyli pokaz mocy mistrza

RB Lipsk bez szans w meczu na szczycie Bundesligi

flickr.com
21 grudnia 2016

16. kolejkę, a zarazem pierwszą część sezonu Bundesligi, kończyliśmy megahitem, w którym zmierzyły się dwa najlepsze do tej pory zespoły w tabeli. Bayern Monachium, a więc lider, podejmował wicelidera RB Lipsk. To spotkanie miało również dać odpowiedzi na wiele pytań i uczciwie trzeba przyznać, że dziś dowiedzieliśmy się trochę rzeczy, które mogą zmienić nasze spojrzenie na trwający sezon i na możliwą przyszłość obu ekip.

Na wstępie powiedzmy o informacji kluczowej, a więc o wyniku. Bayern zwyciężył 3:0, a wynik jak najbardziej oddaje przebieg boiskowych wydarzeń, zwłaszcza do przerwy. „Bawarczycy” byli drużyną o co najmniej klasę lepszą i nie dali żadnych szans gościom ze wschodu Niemiec. Zwycięstwo spowodowało, że Bayern Monachium rozpoczął przerwę zimową z przewagą trzech punktów nad RB Lipsk.

Zwycięstwo spowodowało, że Bayern Monachium rozpoczął przerwę zimową z przewagą trzech punktów nad RB Lipsk.

Ileż to razy kibice, a także media narzekali w tym sezonie na postawę Bayernu? Nie brakowało mocnych epitetów, a spokojnej jesieni nie miał również Carlo Ancelotti, od którego oczekiwano wskoczenia na wyższy poziom, a wielokrotnie tej jesieni Bayern wyglądał jak zespół, który lekko cofnął się piłkarsko.

Bayern Monachium jak Hiszpania w 2012 roku

W piłce jest powiedzenie, że prawdziwych mistrzów poznaje się w najważniejszych momentach, w spotkaniach, które mogą decydować o wielu sprawach. Tak kiedyś było m.in. z reprezentacją Hiszpanii, która na polsko-ukraińskim Euro do meczu finałowego nie zachwycała, a kiedy przyszło co do czego (czytaj kijowski finał z Włochami), pokazała swoją ogromną siłę rażenia. Dziś do panteonu takich zespołów możemy wpisać Bayern Monachium, który prowadzi doświadczony włoski szkoleniowiec, bo o ile jeszcze wiele osób zakładało zwycięstwo „Bawarczyków” nad RB Lipsk, o tyle chyba mało kto w takim stylu (zwłaszcza w pierwszej połowie).

„Bawarczycy” pokazali przede wszystkim do przerwy arsenał swoich możliwości. Umiejętność zwolnienia tempa gry i przytrzymania piłki na dłuższy okres – proszę bardzo. Umiejętność rozbijania obrony rywala piekielnie szybką grą i wymianą podań, której nie powstydziłaby się już legendarna drużyna Juppa Heynckesa – tego też nie brakowało. Duża stabilizacja w defensywie i niedopuszczanie rywala do zagrożenia – to również funkcjonowało jak w szwajcarskim zegarku.

Ogromnym problemem byłoby również wyróżnienie jednego zawodnika, który zasługiwałby na miano gracza meczu, bo tych bohaterów było wielu, a prawie każdy piłkarz zespołu z Monachium wnosił dziś dużo pozytywnego. Mats Hummels, nawiasem mówiąc posiadający nową fryzurę, rządził i dzielił w obronie, Xabi Alonso rozprowadzał tyle akcji swojej drużyny, że nawet wytrawny matematyk miałby problem z oszacowaniem ich liczby, Douglas Costa tak tańczył z obrońcami RB Lipsk, że na przełomie stycznia i lutego, zamiast grać w Bundeslidze, powinien pojechać na karnawał do Rio, a Robert Lewandowski walczył mocno na każdym centymetrze boiska (dodatkowo zdobył bramkę), pokazując, że nowy kontrakt, dzięki któremu został najlepiej zarabiającym graczem Bayernu, był dla niego prawdziwym paliwem i tylko go napędza.

RB Lipsk, czyli smutny prezent pod choinkę

No właśnie, chwalimy Bayern Monachium, bo jest za co, ale co to spotkanie pokazało, jeżeli chodzi o gości z Lipska? Dzisiejsza porażka może popsuje niektórym magię świąt, ale w dłuższej perspektywie wyjdzie „Die Bullen” tylko na dobre, ponieważ tak sroga lekcja od tak wymagającego profesora jak Bayern daje dużo więcej doświadczenia niż kolejna jednostka treningowa i setki godzin spędzanych na przedmeczowych odprawach.

RB Lipsk przegrało to spotkanie przez wiele czynników. Nie zadziałała prawdopodobnie głowa, ponieważ od pierwszego gwizdka zawodnicy Ralpha Hasenhuettla sprawiali wrażenie ludzi, którzy nie wierzą w powodzenie misji pt. spotkanie na Allianz Arena.

Nie bez znaczenia jest fakt słabszego dnia tych, którzy do tej pory praktycznie w ogóle nie zawodzili. Obrona, tak chwalona i doceniana w tym sezonie, dziś wyglądała, jakby grała po raz pierwszy ze sobą, bo jej członkowie gubili się jak dzieci we mgle. Naby Keita, którego fani Bundesligi mogą znać ze świetnej gry w środku pola, w Monachium wyglądał na piłkarza, który stracił 60-70% swojej mocy, a fatalny błąd przy jednej z bramek, kiedy w dziecinny sposób stracił piłkę w newralgicznej strefie, jest tylko tego potwierdzeniem. Słabo wyglądała też formacja ofensywna, a kibice, którzy śledzą regularnie Bundesligę, mogli wręcz zadawać sobie pytanie: czy to na pewno są ci sami Timo Werner i Yussuf Poulsen?

„Historyczny” wyczyn Forsberga

Ale prawdziwym antybohaterem został Emil Forsberg. O jego atutach nie ma teraz sensu się rozpisywać, bo ma ich tyle, że śmiało moglibyśmy zapełnić na ten temat kilka stron. W środę zaliczył jednak historyczny moment w swojej karierze, o którym na pewno chciałby jak najszybciej zapomnieć. Mowa o czerwonej kartce, którą dostał w pierwszej połowie, była to jego pierwsza „czerwień” podczas pobytu w Niemczech i pierwsza w ogóle od 2011 roku, kiedy jako gracz szwedzkiego Sundsvall został wyrzucony przez arbitra (nawiasem mówiąc, rzadko dostaje również żółte kartki – podczas pobytu w RB Lipsk otrzymał na razie siedem upomnień, a gra od stycznia 2015 roku). O tym, że czerwona kartka była jak najbardziej zasłużona, przekonacie się, oglądając to wideo. Forsbergowi na kilka sekund wyłączyły się po prostu styki.

Porażka z Bayernem nie przekreśla oczywiście szans RB Lipsk na zdobycie mistrzostwa, ale po takim spotkaniu trzeba na to wziąć lekką poprawkę. Beniaminek ciągle zbiera doświadczenie i jest drużyną, która dziś pokazała, że chyba jeszcze za wcześnie na ten laur. Czy tak będzie? Czas pokaże.

Komentarze:
Przeczytaj także: