Artur Goławski

Jak Atletico przestało być sobą?

Co sprawiło, że „banda Simeone” przestała bić i rabować?

wikimedia.org
15 grudnia 2016

Atletico Madryt jest w kryzysie. Nie ma co do tego wątpliwości. Wystarczy rzut oka na tabelę ligi hiszpańskiej i wszystko widać jak na dłoni. Dopiero 6. miejsce i aż 12 punktów straty do liderującego Realu. Projekt „banda Simeone” wydaje się umierać.

Żelazna defensywa?

To właśnie ona była jednym ze znaków rozpoznawczych „Rojiblancos” pod wodzą Cholo. Już w pierwszym pełnym sezonie pracy Argentyńczyka jako szkoleniowca Atletico zostało drużyną, która straciła najmniej goli w lidze. Co prawda był to jeszcze wynik dość zwyczajny, bo mówimy o 31 bramkach. Jednak praktycznie z każdym kolejnym sezonem wynik ten był przez „bandę Simeone” śrubowany. W mistrzowskim sezonie 2013/2014 stracili 26 goli, rok później było odrobinę gorzej – 29 bramek (drugi rezultat w lidze, po Barcelonie). Poprzedni sezon to wynik, przy którym ręce same składają się do oklasków – 18 goli straconych w 38 spotkaniach, z czego aż 24 z nich Atletico kończyło z czystym kontem. Poskutkowało to tym, że Jan Oblak – bramkarz „Rojiblancos” – pod względem średniej goli puszczanych na mecz zbliżył się do nieosiągalnego Manuela Neuera. Simeone miał zdolność takiego ustawienia swojej drużyny, by osiąganie sytuacji strzeleckich przeciwko Atletico graniczyło z cudem. I trzeba zaznaczyć, że czynił to, mimo że rokrocznie jego zespół opuszczało kilku zawodników. W ich miejsce przychodzili nowi, a Cholo potrafił wszczepić im DNA Atletico – DNA, którym jest skuteczna i ofiarna gra w obronie. Dotyczy to jednak nie tylko obrońców, lecz zawodników wszystkich formacji.

I tu dochodzimy do meritum. Coś się w Atletico popsuło. I nie wskazuje na to jedynie pozycja w tabeli La Liga. Jeśli spojrzymy na rubryczkę „gole stracone”, również możemy się zdziwić. Oto „Atleti”, które w całych poprzednich rozgrywkach straciło 18 goli, w tym momencie sezonu, czyli po 15 spotkaniach, ma aż 14 wpuszczonych bramek. Wciąż jest to jeden z najlepszych wyników w lidze – mniej, bo dziesięć, ma Villareal, a tyle samo odwieczny rywal – Real. Barcelona straciła o jedną bramkę więcej. Jeśli jednak porównamy te 14 goli na tym etapie sezonu z tym, do czego „Rojiblancos” nas przyzwyczaili, zauważymy ogromną dysproporcję. A łatwiej nie będzie. Jan Oblak doznał w meczu z Villarealem kontuzji, która wyklucza go z gry na trzy, cztery miesiące. Fakt, że Atletico traci w tym sezonie tak dużo bramek, jest zastanawiający, gdyż linia obrony nie uległa żadnym zmianom. W momencie gdy Simeone ma do dyspozycji wszystkich graczy, linię defensywną stanowią: Filipe Luis, Godin, Savić i Juanfran, czyli czwórka, która grała przez większość poprzedniego sezonu. A może to właśnie w braku świeżej krwi należy szukać przyczyn słabości Atletico?

Świeża krew, dobra krew?

Spójrzmy na mistrzowski sezon 2013/2014. Thibaut Courtois, Miranda, Raul Garcia, Diego Costa, David Villa, Diego, Adrian Lopez, Cristian Rodriguez, Toby Alderweireld, Arda Turan. To tylko część graczy, których już w Atletico nie ma. Kolejny sezon? Siquieira, Mandżukić. Jestem świadomy, że nie wszyscy oni odeszli w tym samym momencie, jednak wymiana krwi była w Atletico niemal corocznym rytuałem. Z drużyny odchodzili ważni zawodnicy, a w ich miejsce przychodzili nowi, głodni sukcesów, podatni na wpływ Simeone i nakazywany im styl walki o każdą piłkę do upadłego. Ta świeżość i waleczność nowych wyzwala w zawodnikach, którzy w „Atleti” byli dłużej, wolę i konieczność walki o miejsce w składzie. Ta maszyna sama się napędzała. Taki był styl prowadzenia drużyny przez Cholo.

Przed obecnym sezonem z klubu nie odszedł żaden ważny piłkarz. Pozostali w nim zawodnicy, którzy już chyba powoli przestają wierzyć w sukces. Czasy mistrzostwa Hiszpanii pamięta niewielu z nich. Wszyscy mają w pamięci jeden lub dwa przegrane finały Ligi Mistrzów. Real i Barcelona wydają się poza zasięgiem. Ponadto oba te kluby grają w sposób bardziej energooszczędny, do wygrywania nie zużywają tylu sił. I tu powraca temat świeżej krwi. Przy intensywności gry Ateltico potrzeba nowych zawodników, którzy na wysokich obrotach będą mogli pograć. Po dwóch latach jeżdżenia na tyłkach każdemu może zabraknąć sił.

Przed sezonem do drużyny dołączyli: Sime Vrsaljko, Nicolas Gaitan i Kevin Gameiro. Dwóch pierwszych nie spełnia powierzonych w nich nadziei. Grają mało, a gdy już znajdą się na boisku – grają słabo. Gameiro dostaje swoje szanse. Strzelił nawet siedem goli, jednak zarówno Simeone, jak i kibice „Rojiblancos” spodziewali się po nim więcej. Brak presji ze strony nowych zawodników jedynie pogłębia problem z brakiem świeżej krwi i rywalizacji w drużynie.

Słaba forma, zła taktyka…

Po fenomenalnym poprzednim sezonie Antoine Griezmann znacząco obniżył loty. Jedynie sześć ligowych goli to wynik, jak na trzeciego najlepszego piłkarza na świecie, najzwyczajniej słaby. Niepewność wkradła się w poczynania duetu środkowych obrońców: Godin–Savić. Koke i objawienie poprzedniego sezonu – Saul Niguez – również nie najlepiej wywiązują się z powierzonego im zadania kreowania gry. Bardzo dobry początek sezonu miał Yannick Ferreira Carrasco. Wydawało się, że to on będzie w stanie zastąpić Griezmanna w roli zawodnika, który ciągnie ofensywną grę „Rojiblancos”. Z pewnością zauważył to również Diego Simeone. I tu pojawiły się problemy. Cholo zaczął rzucać Belgiem po boisku, starając się przesunąć w centralne rejony placu gry. Ale pomysł z Carrasco za plecami Griezmanna lub też obok niego jako drugiego napastnika nie wypalił. Belg najlepiej czuje się na skrzydle i to tam prezentuje pełnię swoich umiejętności. Efekt? Carrasco zagubił gdzieś formę z początku sezonu.

Ruch, zmiana, rotacja, młyn. To były synonimy słowa Atletico. Paradoksalnie to właśnie pośród boiskowej walki i bieganiny, pośród ciągłego tracenia gwiazd i sprowadzania w ich miejsce nowych zawodników Simeone odnalazł spokój. Gdy zabrakło tych czynników, „Rojiblancos” rozegrali dwa najsłabsze mecze za kadencji Cholo, przegrywając po 0:3 z Realem i Villarealem.

Wiemy już, że Simeone odjedzie z Atletico. W hiszpańskich mediach pisze się, że atmosfera w szatni „Atleti” nie jest za dobra. Te doniesienia oczywiście dementują zawodnicy „Rojiblancos”. Jako ostatni, na łamach „Marki”, uczynił to Yannick Carrasco, który jasno stwierdził – Jesteśmy z Simeone i Simeone jest z nami. W tym samym wywiadzie Belg zaznaczył, że przecież drużynie z Madrytu dobrze wiedzie się w Lidze Mistrzów. I to właśnie na niej miało się Atletico w tym sezonie skupić. Czy jednak pomysł z odpuszczeniem ligi jest dobry? Wątpię. Szóste miejsce w tabeli oznacza brak awansu do tych elitarnych rozgrywek. Jedyną drogą do Champions League jest wygranie jej w tym sezonie, a to będzie piekielnie trudne.

Czy w związku z tym dobrym rozwiązaniem byłoby pożegnanie się z Simeone już teraz i danie nowemu trenerowi czasu na zapoznanie się z drużyną i jej potrzebami? Hiszpańskie media już spekulują na temat ewentualnego następcy. Wymienia się między innymi Marcelo Gallardo i Mauricio Pochetino. Mało prawdopodobny jest jednak taki scenariusz. Simeone pewnie zostanie w „Atleti” przynajmniej do końca tego sezonu i dostanie czas, by ogarnąć ten burdel. Argentyńczyk pokazał już, że potrafi to robić. Wszak z hiszpańskiego średniaka uczynił jedną z najlepszych drużyn na świecie. Nadchodzi zimowe okienko transferowe, jest więc szansa na nowe zakupy i przywrócenie waleczności wśród „bandy Simeone”. O tym, czy rzeczywiście nastąpił jej koniec, przekonamy się prawdopodobnie u schyłku sezonu.

Komentarze:
  • Dominik

    Problem jest ale niekoniecznie leży on w samych pilkarzach, co raczej w koncepcji gry. I tu też nie chodzi o to, że poprzednia się wyczerpala, co po prostu została kompletnie zmieniona . Na początku tego sezonu prezes Cerezo powiedział coś w stylu, że Atletico mając obecnie w swoim składzie gwiazdy na poziomie Barcy i Realu i że pora by zaczęło grać podobnie jak te kluby. Wydawało się, że Cholo się nie ugnie, ale patrząc na styl chyba tak się jednak stało. Zelazna obrona nie jest już priorytetem, zaczęło nim być strzelanie bramek. Dla takiego zespołu jak Atleti to iście kopernikanski przewrót. Przestawienie Koke do środka pola i odebranie mu części zadań defensywnych (zresztą zmiana to oczekiwana przez samego zawodnika, który miał ponoć dość harowania za mniej utalentowanych kolegów ) także przeniosło akcenty na ofensywę. Efekt jaki jest każdy widzi.

Przeczytaj także: