Wojciech Anyszek

Pięć wniosków po drugim dniu 4. kolejki Ligi Mistrzów

Co wiemy po środowych meczach 4. kolejki?

Ligi Mistrzów
02 listopada 2017

Liga Mistrzów wchodzi w fazę ostatecznych rozstrzygnięć. Część drużyn, jak choćby Manchester United, już jest pewna awansu do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. Niektóre drużyny ciągle muszą jednak czekać na swoją szansę. Wczoraj swoje pierwsze mecze rewanżowe rozegrały drużyny z grup od E do H. Na pierwszy plan wysunęło się zdecydowanie starcie na Wembley między Tottenhamem a Realem Madryt.

Prezentujemy pięć wniosków, jakie można i wręcz trzeba przedstawić po środowych meczach 4. kolejki Ligi Mistrzów.

Kane i Alli bezcenni dla „Spurs”

Nieobecność Harry’ego Kane’a w meczu ligowym przeciwko Manchesterowi United odbiła się bardzo negatywnie na grze Tottenhamu. Po porażce na Old Trafford kibice „Kogutów” modlili się, by ich najlepszy zawodnik zdołał wykurować się na mecz przeciwko Realowi. Po raz kolejny fani „Spurs” mieli okazję się przekonać, jak ważny jest to dla nich piłkarz. Kane w starciu z Realem mimo braku zdobytej bramki wykonywał na boisku czarną robotę, co dodawało animuszu kolegom, na czele z Delem Allim.

Na Alliego kibice Tottenhamu mogli w tym sezonie parę razy ponarzekać. W końcu dał im ku temu powody, głównie swoim zachowaniem na boisku. Starciem z Realem pomocnik Tottenhamu udowodnił jednak, że, podobnie jak Kane, jest niezwykle cenny dla swojej drużyny. Zdobycie dwóch bramek przeciwko aktualnym klubowym mistrzom Europy jest wyczynem godnym odnotowania, ponieważ nieczęsto się coś takiego zdarza.

Sam mecz na stadionie Wembley był bardzo dobry i ciekawy. Akcje toczyły się w zawrotnym tempie, podobnie jak na Santiago Bernabeu w pierwszym meczu tych drużyn. Nikt jednak nie spodziewał się, że Real po raz drugi w ciągu kilku dni dozna klęski, bo tak trzeba nazwać tę porażkę na Wembley. Ten dwumecz między Realem a Tottenhamem był najlepszą możliwą reklamą Ligi Mistrzów.

Bez Wernera nie ma Lipska

Coś w tym jest, ponieważ od momentu tajemniczego zejścia z boiska Tima Wernera w meczu z Besiktasem RB Lipsk gra kiepsko. Notoryczne problemy spadające na zespół trenera Hassenhuettla wyraźnie nie pomagają młodym wilkom ze wschodnich Niemiec. Ich młodzieńczy i często niezbyt dobry młody temperament dobitnie ukazały mecze z Bayernem w Pucharze Niemiec i w lidze – w obu tych spotkaniach drużyna z Lipska kończyła potyczki w dziesięciu przeciwko jedenastu graczom Bayernu.

To nie jest jednak ich największy problem. Najważniejszym jest brak skutecznego napastnika, ponieważ niezidentyfikowane kłopoty neurologiczne Wernera osłabiają zespół spod znaku czerwonego byka o co najmniej 50% jego siły i potencjału. Sam Yussuf Poulsen może i jest dobrym napastnikiem, ale jest to piłkarz, który potrzebuje mieć kogoś obok siebie, kto wspomoże go w walce z rywalami. Osamotniony Duńczyk nie jest już tak straszny dla rywali jak wtedy, gdy gra z Wernerem.

Mimo iż sam Werner zdobył bramkę w meczu z Porto, to jednak ciągle nie jest to ten piłkarz, którym wszyscy w Bundeslidze się w poprzednim sezonie zachwycali. Sam fakt, że wszedł na boisko dopiero po przerwie, pokazuje, że z tym chłopakiem dzieje się coś niedobrego i bynajmniej nie jest to woda sodowa, która uderza do głów wielu piłkarzy.

Borussia nie istnieje w Lidze Mistrzów

Są to wprawdzie mocne słowa, ale znajdziemy w nich dużo prawdy. Borussia pod wodzą Petera Bosza to jedna z najgorszych wersji ekipy z Dortmundu w Lidze Mistrzów w XXI wieku. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby „Czarno–Żółci” grali w fazie grupowej tak słabo. Niby można zrozumieć, że trafili do trudnej grupy (z Realem i Tottenhamem, które są już niemal pewne awansu), ale dwa remisy z outsiderem z Cypru, APOEL-em, to już ujma na honorze kibiców i zawodników Borussii.

Trudno pojąć, co się stało z zespołem trenera Bosza. Po piorunującym początku sezonu w Bundeslidze i rozbudzonych nadziejach czar szybko prysł. Najpierw przez dwie porażki 1:3 na Wembley i Santiago Bernabeu, a później przez serię słabszych spotkań w Bundeslidze. To jest z jednej strony zrozumiałe, ponieważ prędzej czy później kryzys musiał przyjść. Nikt nie przypuszczał jednak, że stanie się to tak szybko. Nikt również nie myślał, że ten kryzys będzie trwać przez cały dotychczasowy okres trwania Champions League.

Dwa upokarzające remisy z mistrzem Cypru niemal przekreślają szanse Borussii na awans. Teoretycznie może jeszcze wyprzedzić Real, ale trzecia drużyna poprzedniego sezonu Bundesligi musiałaby poza zdobyciem sześciu punktów w dwóch ostatnich meczach liczyć na wpadkę Realu w Nikozji, a to nawet przy kiepskiej ostatnio formie Realu może być zadaniem niewykonalnym.

Co się dzieje z Napoli?

Napoli w Serie A a Napoli w rozgrywkach Ligi Mistrzów to dwie zupełnie różne drużyny. Zespół Maurizia Sarriego w rozgrywkach ligi włoskiej to jak na razie dominator, który nie znalazł jeszcze pogromcy. W Champions League z kolei ich los wisi na włosku, ponieważ po czterech kolejkach mają ledwie trzy punkty, zdobyte w konfrontacji z Feyenoordem, który kompletnie nie liczy się w tej grupie. O ile można zrozumieć porażki z Manchesterem City, który jest dominatorem na każdym froncie, o tyle już wpadka we Lwowie w starciu z Szachtarem w pierwszej kolejce jest trudna do pojęcia.

Co gorsza, trudno znaleźć w klasyfikacji strzelców kogokolwiek z Napoli. Zaledwie dwa gole strzelone przez Mertensa i Insignego nie przynoszą chluby zespołowi, który określa się wręcz mianem włoskiej Barcelony. Oczywiście Napoli ma w odwodzie jeszcze mecz z Feyenoordem, po którym niemal na pewno dopisze sobie trzy punkty, ale trudno powiedzieć, czy to wystarczy do wyprzedzenia znakomitego w tym sezonie zespołu Szachtara.

Koniec Ligi Mistrzów dla dwóch drużyn?

Czwarta kolejka przyniosła kilku drużynom awans do fazy pucharowej. Zostały one nagrodzone za swoją dobrą grę w dotychczasowych spotkaniach. Niestety dla Anderlechtu i Feyenoordu czwarta seria spotkań Ligi Mistrzów była już niemal na 100% czasem pożegnania się z europejskimi pucharami w sezonie 2017/2018. Trudno bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której nagle te dwie drużyny po fatalnych czterech spotkaniach nagle odrodziłyby się w ostatnich dwóch kolejkach.

To jest wręcz niemożliwe, ponieważ oprócz fatalnej dyspozycji tych dwóch drużyn nie przemawia za nimi również statystyka. O ile na początku XXI wieku Newcastle United po trzech pierwszych porażkach potrafiło później awansować z pierwszej do drugiej fazy grupowej, o tyle sytuacja mistrzów Belgii i Holandii jest już fatalna. Wydaje się, a nawet jest to niemal pewne, że nie zobaczymy tych drużyn nawet w Lidze Europy.

Zapisz

Komentarze:
Przeczytaj także: