Paweł Kaczmarek

Czołówka gubi punkty, drużyny z Manchesteru na czele tabeli, czyli 5. kolejka Premier League

Kolejne dni za nami, kolejne mecze rozegrane, a Crystal Palace wciąż bez strzelonego gola i choćby jednego punktu

18 września 2017

Piąta kolejka angielskiej ekstraklasy przyniosła kilka ciekawych rozstrzygnięć. Tottenham nie potrafił pokonać na Wembley Swansea, a wszystko dzięki znakomitej postawie Łukasza Fabiańskiego. Z kolei West Bromwich Albion z Grzegorzem Krychowiakiem zremisował na własnym stadionie z West Ham United. W angielskich mediach Polak był oceniany najwyżej w drużynie. Punkty straciły także: Chelsea, Arsenal i Liverpool.

Niezniszczalny Fabiański ratuje punkt dla Swansea

Bardzo trudne zadanie w sobotnie popołudnie mieli podopieczni Paula Clementa. Rywalizowali z Tottenhamem, z którym od dłuższego czasu na wyjeździe nie potrafili chociażby zremisować (ostatnie sześć meczów to sześć porażek „Łabędzi”). Spotkanie mogło być tym trudniejsze, ponieważ gospodarze kilka dni wcześniej odczarowali „klątwę Wembley”, odnosząc na nim zwycięstwo i to nie z byle kim, bo z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów. Zdecydowanym faworytem tego pojedynku była ekipa Mauricio Pochettino, co potwierdzały kursy wystawione przez bukmacherów. Za zwycięstwo „Kogutów” płacono tylko 1,20 za każdego postawionego funta, natomiast za remis 7 funtów, a za wygraną gości aż 15. Zgodnie z przewidywaniami stroną przeważającą w tym meczu byli gospodarze. Brakowało im jednak typowej dla nich iskry, rozpędu w ataku. W pierwszej połowie grali bardzo statycznie, praktycznie bez ruchu, dzięki czemu defensywa Swansea z Łukaszem Fabiańskim na czele spokojnie broniła remisu. Goście, skupieni na obronie, ograniczali się jedynie do kontr, z których tak naprawdę niewiele wynikało, Lloris nie został ani razu poważnie sprawdzony. W ofensywie widoczny jest brak Gylfiego Sigurdssona, a słabe zawody rozgrywali: Renato Sanches, Sam Clucas i Tom Carroll. Bezbarwna pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem.

Prawdziwie huraganowe ataki Tottenham zaczął przypuszczać w drugiej części meczu, tutaj Fabiański musiał się niejednokrotnie wspinać na wyżyny swoich umiejętności, by sparować strzał rywali. Pochettino zapewne był zły na swoich podopiecznych, czemu z pewnością dał upust w szatni. Piłkarze „Kogutów” zaczęli biegać dwa razy szybciej, podawać dwa razy dokładniej i uderzać dwa razy częściej. Swansea była totalnie zdominowana w drugiej połowie, utrzymując się przy piłce zaledwie przez 19% czasu gry. Nie zdołała też oddać żadnego celnego strzału. Im mocniej napierał Tottenham, tym głębiej cofali się gracze Swansea. Wydawało się, że w końcu walijski mur pęknie, ale nic z tych rzeczy. Polski bramkarz i jego defensywa dzielnie bronili rezultatu, a jeżeli już dopuszczali do okazji strzeleckich, szczęście się do nich uśmiechało – w idealnej wręcz okazji Harry Kane uderzył w poprzeczkę. W końcówce zrodziła się prawdziwa „obrona Częstochowy” zakończona zwycięskim remisem dla Swansea. Udało im się nie pęknąć pomimo bardzo wielu okazji dla Tottenhamu. Dla „Spurs” był to trzeci mecz w lidze u siebie i w żadnym z nich nie odnieśli wygranej (dwa remisy i porażka), w związku z czym temat „klątwy niewłasnego boiska” wciąż powraca jak mantra. Łukasz Fabiański był ojcem tego sukcesu, pewność w bramce, świetne interwencje i odrobina szczęścia pozwoliły mu na zachowanie czystego konta.

Z emocjami, ale bez goli na Stamford Bridge

Derbowe spotkania zawsze dostarczają więcej emocji aniżeli inne mecze ligowe. Nie inaczej było w niedzielę, kiedy Chelsea rywalizowała z Arsenalem. Obaj szkoleniowcy nie skorzystali ze swoich najlepszych zawodników i tak na ławce rozgrywki rozpoczęli Alexis Sanchez czy Eden Hazard. Poza meczową osiemnastką z powodu kontuzji znalazł się natomiast Mesut Özil. W pierwszych minutach spotkania do ataku ruszyli gospodarze, których akcje napędzane były przez Pedro, Williana czy obu wahadłowych. Arsenal przeczekał pierwszą falę uderzeniową i z każdą kolejną minutą przejmował kontrolę nad grą w pierwszej części spotkania. Podopieczni Arsena Wengera mądrze rozgrywali piłkę, stworzyli sobie kilka sytuacji, które mogli wykorzystać Danny Welbeck czy Alexandre Lacazette, ale dobrze w bramce Chelsea spisywał się Thibaut Courtois. Pierwsza połowa zakończyła się remisem, mecz był wyrównany, jednak stroną przeważającą okazali się goście.

Zauważył to Antonio Conte i od początku drugiej połowy na boisku zameldował się Tiemoue Bakayoko, który zmienił Pedro. Włoski szkoleniowiec, znany ze swojej ekspresyjności, zdecydowanie zadziałał na swoich piłkarzy w przerwie, gdyż zaczęli oni grać tak, jak się tego od nich oczekuje. Odzyskali kontrolę nad meczem i stworzyli zdecydowanie więcej akcji ofensywnych aniżeli Arsenal. Czujny w bramce był Petr Cech, nie pozwalając piłce wpaść do siatki. W drugiej części gry Arsenal jawił się jako mocno przyczajona drużyna, napór gospodarzy sprawił, że całkowicie zostały wyłączone ich poczynania ofensywne, przez co można było dojść do wniosku, że bramka dla gospodarzy jest tylko kwestią czasu. Piłka nożna to sport przewrotny i w 76. minucie gola dla Arsenalu zdobył Shkodran Mustafi. Sam zawodnik dość długo cieszył się z trafienia, jeden z kibiców zdążył wbiec na murawę (za co został zamknięty w areszcie i z pewnością skończy z zakazem stadionowym), gdy sędzia pokazał spalonego. Radość gości została brutalnie zamieniona w rozczarowanie. W końcówce spotkania z boiska usunięty został jeszcze David Luiz, który po stracie piłki brutalnie zaatakował Seada Kolasinaca. Sędzia nie miał żadnych wątpliwości i pokazał obrońcy Chelsea czerwoną kartkę. Mecz zakończył się remisem, ale o braku emocji nie było mowy.

Drużyny z Manchesteru zdemolowały rywali

Prawdziwą kanonadę urządzili sobie piłkarze obu drużyn z Manchesteru. Rozpoczynając od niebieskiej części tego miasta, podopieczni Pepa Guardioli rywalizowali na Vicarage Road z tamtejszym Watfordem. Od pierwszego gwizdka sędziego widać było, kto w tym spotkaniu jest drużyną o wiele lepszą. „The Citizens” stwarzali sobie okazje do zdobycia gola, byli wyraźnie lepsi technicznie i mieli pomysł na grę. Gospodarze starali się odgryzać, ale brakowało im celności. Strzelanie rozpoczął w 27. minucie Aguero, wykorzystując podanie Kevina de Bruyne. I lawina ruszyła. Jeszcze w pierwszej połowie Sergio dołożył swojego drugiego gola, tym razem po podaniu Davida Silvy, a na 3-bramkowe prowadzenie gości wyprowadził Gabriel Jesus. Tym razem w roli asystenta był Aguero. W drugiej części gry goście nie zwolnili ani na moment tempa, z kolei podopieczni Marco Silvy byli wyraźnie przybici wynikiem meczu. Na 4:0 podwyższył Nicolas Otamendi, a druga asystę zanotował Silva. Ale nie był to koniec strzeleckich popisów Manchesteru City. Jeszcze w końcówce spotkania swojego trzeciego gola zdobył Aguero, a wynik końcowy – 6:0 – ustalił Raheem Sterling, wykorzystując rzut karny, który sam wywalczył. Był to znakomity mecz w wykonaniu Pepa Guardioli i jego piłkarzy, potwierdzili swoją wysoką dyspozycję i uplasowali się na pozycji lidera.

Dzień później swój mecz rozgrywał Manchester United, który mierzył się na własnym stadionie z Evertonem. Na Old Trafford powrócił Wayne Rooney, który został gorąco przywitany i pożegnany przez kibiców. Już w 4. minucie spotkania kapitalnym strzałem z rogu pola karnego popisał się Antonio Valencia, wyprowadzając „Czerwone Diabły” na prowadzenie. Był to gol z kategorii „stadiony świata” i z pewnością będzie mocnym kandydatem do bramki sezonu. W pierwszej połowie jeszcze kapitalną okazję zmarnował Romelu Lukaku, który będąc sam na sam z golkiperem, nie trafił nawet w bramkę. W drugiej połowie gospodarze oddali kontrolę nad grą, co przyczyniło się do kilku groźnych okazji dla Evertonu, ale żadna z nich nie została wykorzystana, co się srogo zemściło. Tuż po zejściu Rooneya na 2:0 podwyższył Henrich Mychitarian, dla którego była to pierwsza bramka w tym sezonie. Chwilę później gola zdobył jeszcze Romelu Lukaku, a całości dzieła dokończył Anthony Martial, strzelając bramkę z rzutu karnego. Wynik meczu nie do końca odzwierciedla jego przebieg, ale jedno jest pewne – końcówki spotkań w wykonaniu Manchesteru United są zabójcze.

Nagany

1. David Luiz

Brazylijczyk nie mógł się tutaj nie znaleźć po faulu, jakiego dopuścił się w meczu z Arsenalem. Bezpardonowe wejście prawie prostą nogą mogło skończyć się dla Kolasinaca bardzo źle. Na szczęście dla obu piłkarzy skończyło się tylko na bólu. Luiz dostał bezpośrednią czerwoną kartkę, za co zostanie zawieszony na trzy spotkania. Z piłkarzami Chelsea w tym sezonie dzieje się coś niedobrego, gdyż była to już trzecia czerwona kartka zarobiona przez podopiecznego Antonio Conte. A za nami dopiero pięć kolejek.

2. Crystal Palace

„Nie chcę, ale muszę” pastwić się nad drużyną Crystal Palace. Nie zadziałał efekt nowej miotły, czyli przyjście Roya Hodgsona. W równie mizernym stylu przegrali w sobotę z Southampton i ponieśli piątą w tym sezonie porażkę. Nie mają nawet strzelonej bramki, przez co biją kolejny rekord nieskuteczności. „Orły” znajdują się na samym dnie tabeli, jeżeli nie zaczną grać lepiej i punktować, to może się okazać, że dość szybko poznamy pierwszego spadkowicza tegorocznego sezonu.

3. Everton

Terminarz Premier League jest nam doskonale znany. Everton rozpoczął sezon od zwycięstwa ze Stoke, a potem przyszedł maraton trudnych spotkań: Manchester City, Chelsea, Tottenham, Manchester United. Bilans tych meczów? Jeden remis i trzy porażki. Jeżeli Everton miał być w tym sezonie czarnym koniem, to nie potwierdził tego w spotkaniach z najlepszymi, urywając jedynie punkt Manchesterowi City – a i tak wynik to mizerny, patrząc na to, że całą drugą połowę grali w przewadze i „udało im się” stracić gola. Przyjście kilku nowych zawodników nie zmieniło niczego, wyraźnie widać brak Romelu Lukaku.

Pochwały

1. Grzegorz Krychowiak i Łukasz Fabiański

Polski duet, który zagrał w tej kolejce Premier League, zanotował najwyższe oceny w zespole. Pomimo tego, że obie ich drużyny jedynie zremisowały, to Polacy byli najjaśniejszymi postaciami w swoich zespołach. Grzegorz Krychowiak rozegrał swoje drugie 90 minut w Premier League, co dobrze wróży przed meczami kadry narodowej. Wysoką dyspozycję potwierdził natomiast Łukasz Fabiański, ratując remis z Tottenhamem. Oby tak dalej!

2. Newcastle United

Po pierwszych dwóch kolejkach Newcastle miał dwa mecze przegrane, a mocno zagrożona była posada Rafy Beniteza. Hiszpan wziął się mocno do pracy i efekt jest widoczny gołym okiem. Jego drużyna pokonała trzech ostatnich rywali (West Ham, Swansea, Stoke) i zaliczyła mocny awans w tabeli, bo aż na 4. miejsce, tuż za Chelsea. Nie wiemy, jak długo potrwa taka dobra seria „Srok”, ale jedno jest pewne – notowania Beniteza urosły równie wysoko co liczba punktów jego drużyny.

3. Burnley

Podopieczni Seana Dyche’a mają patent na granie z czołówką Anglii. W tej kolejce udało im się wywalczyć remis z Liverpoolem, grając na Anfield. Wcześniej pokonali Chelsea, a także zremisowali z Tottenhamem. Dobra dyspozycja Burnley spowodowała, że wszyscy na Turf Moor śpią spokojnie. Wysoka 7. lokata w tabeli i tylko jeden mecz przegrany to oznaka, że ten sezon dla Burnley może być przełomowy.

Bramka kolejki

Komentarze:
Przeczytaj także: