Paweł Kaczmarek

Sporo bramek, tyleż emocji i pierwsze zwolnienie, czyli 4. kolejka Premier League

Drużyna Crystal Palace wpisała się do historii – niestety dla niej, tej negatywnej

101greatgoals.com
13 września 2017

Czwarta kolejka Premier League przyniosła kilka ciekawych rozstrzygnięć w sobotnich hitowych spotkaniach. W ciągu jednego dnia rozegrane zostały spotkania pomiędzy Liverpoolem a Manchesterem City, Leicester a Chelsea oraz Evertonem a Tottenhamem. Pierwsze gole i punkty stracił natomiast Manchester United w starciu ze Stoke, a debiut w barwach West Bromwich Albion zanotował Grzegorz Krychowiak.

Pogrom Liverpoolu w cieniu czerwonej kartki Mane

Miniona sobota w Anglii rozpoczęła się z wysokiego „C”. Na Etihad Stadium przyjechał zespół Juergena Kloppa, który w poprzedniej kolejce pokonał Arsenal aż 4:0. Przed meczem wiadomo było jedno – w tym meczu musi paść sporo bramek. Potencjał ofensywny obu ekip jest ogromny, a braki w defensywie dość wyraźne. I tak też było, z tym że do bramki rywala trafiali jedynie podopieczni Pepa Guardioli. A rozpoczęło się dla nich nieciekawie, bo kilka groźnych okazji miał Liverpool i gdyby tylko miał odrobinę więcej szczęścia, ten mecz mógł potoczyć się całkiem inaczej. Piłka nożna ma to do siebie, że nie wybacza błędów i tak też było tym razem. Strzelanie rozpoczął w 24. minucie Sergio Aguero, wykorzystując kapitalne podanie Kevina de Bruyne. Argentyńczyk z zimną krwią minął Simona Mignoleta i bez problemów umieścił piłkę w siatce. Kiedy wydawało się, że Liverpool może ruszyć do odrabiania strat, sędzia usunął z boiska Sadio Mane. Do Senegalczyka posłana została długa piłka, do której wystartował też bramkarz gospodarzy, Ederson. Na jego nieszczęście, Mane zaatakował piłkę na wysokości 1,5 metra i trafił bramkarza w twarz. Sędzia nie miał w tym przypadku żadnych wątpliwości. Portugalski bramkarz z murawy został zniesiony, a jego miejsce zajął Claudio Bravo. I kiedy wydawało się, że Liverpool dotrwa do końca pierwszej połowy, w szóstej minucie doliczonego czasu gry piłkę do bramki skierował Gabriel Jesus, a kolejną asystę zanotował de Bruyne.

Strata drugiej bramki i jednego zawodnika była niczym woda na młyn dla piłkarzy Manchesteru City. W drugiej połowie kompletnie zdominowali rywali, utrzymując się przy piłce przez 72% czasu gry. Zaowocowało to strzeleniem aż trzech bramek. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy swoją drugą bramkę zdobył Gabriel Jesus, wykorzystując nieporadność defensywy Liverpoolu. W tamtym momencie było już zdecydowanie „po obiedzie” i jedyną niewiadomą był tylko rozmiar porażki. „The Citizens” nie odpuszczali choćby na moment i kolejne dwie bramki strzelił Leroy Sane, który na murawie pojawił się w 57. minucie gry. Po jednej asyście przy bramkach Niemca zanotowali boczni obrońcy – Benajmin Mendy i Kyle Walker. Mecz zakończył się wynikiem 5:0 dla Manchesteru City, który – jak się później okazało – zrównał się punktami w tabeli z Manchesterem United. Prawdziwą huśtawkę nastrojów przeżywają kibice Liverpoolu, od zeszłotygodniowego pogromu Arsenalu do kompletnej porażki z City. Można mniemać, że gdyby nie czerwona kartka dla Mane, to spotkanie wyglądałoby całkiem inaczej, ale „gdyby babcia miała wąsy…”

Morata znów strzela, Chelsea znów wygrywa

Równie ciekawe spotkanie rozpoczęło się o godzinie 16:00 na King Power Stadium, gdzie mistrz Anglii sezonu 2015/2016 mierzył się z mistrzem sezonu 2016/2017, innymi słowy: Leicester podejmowało Chelsea. Według bukmacherów faworytem tego spotkania byli goście, którzy po wpadce w pierwszej kolejce w kolejnych dwóch meczach odnieśli zwycięstwa. Pierwsza część spotkania przebiegała pod dyktando „The Blues”, którzy operowali piłką znacznie dłużej niż ich rywale. Leicester nastawione było raczej na kontrataki, z których jednak niewiele wynikało, a największy szum w ofensywie robił Jamie Vardy. W pierwszej połowie formę strzelecką z początku sezonu podtrzymał Alvaro Morata. Napastnik zdobył w 41. minucie bramkę głową, wykańczając kapitalne dośrodkowanie Cesara Azpilicuety. Obaj Hiszpanie znakomicie ze sobą współpracują, ponieważ to już druga bramka Moraty po dośrodkowaniu Azpilicuety. W meczu z Evertonem schemat wyglądał niemal identycznie, a nawet czas zdobycia bramki różni się tylko o minutę. Były napastnik Realu Madryt zdecydowanie nie obniża lotów w Anglii.

Na przerwę goście schodzili z jednobramkowym prowadzeniem, a na początku drugiej połowy wyprowadzili drugi cios. Tym razem zza pola karnego uderzał N’Golo Kante, piłka nie leciała z wielką prędkością w kierunku bramki Kaspera Schmeichela, ale Duńczyk wyraźnie zaspał na linii i pozwolił, by piłka wpadła do bramki. Oglądając mecz, nie miało się żadnych złudzeń, kto jest winny utraty tego gola – realizator zdecydowanie wskazywał na bramkarza gospodarzy. Dla Kante była to pierwsza bramka strzelona w Anglii innemu rywalowi niż Manchester United. Podopieczni Craiga Shakespeare’a nie mieli innego wyboru, niż odkryć się i spróbować zaatakować gości, co zdecydowanie przełożyło się na statystyki. O ile w pierwszej połowie posiadanie piłki wyniosło 67:33% na korzyść Chelsea, o tyle w drugiej połowie ta przewaga znacznie zmalała – do 53:47% dla przyjezdnych. Kontaktowa bramka padła dość szybko, bo już dziesięć minut później Thibaut Courtois faulował Vardy’ego w polu karnym, a sam poszkodowany zamienił rzut karny na bramkę. To jednak wszystko, na co stać było gospodarzy. Ostatecznie nie zdołali doprowadzić do wyrównania i ponieśli trzecią porażkę w tym sezonie, przez co znajdują się tuż nad strefą spadkową. Chelsea natomiast rozpoczyna swój marsz ku górze, notując trzecią wygraną z rzędu.

„Finally!” – zakrzyknął Pochettino po bramce Kane’a

Trudny terminarz został wylosowany zespołowi Ronalda Koemana. Najpierw Manchester City, potem Chelsea, a po przerwie reprezentacyjnej Tottenham. O ile Everton zdołał zdobyć punkt z „The Citizens”, o tyle z „The Blues” nie było już tak kolorowo – porażka 0:2. Na mecz z Tottenhamem Koeman wystawił najmocniejszą możliwą jedenastkę, która miała walczyć z piłkarzami Pochettino. Prawdopodobnie jedyną nadzieją na korzystny rezultat w tym meczu dla Evertonu była zła passa Harry’ego Kane’a, który w sierpniu nie zdobył żadnej bramki w lidze. Sierpień się jednak skończył, a Kane zaczął strzelać. Pierwszą bramkę w tym sezonie zdobył w 28. minucie spotkania, kiedy „centrostrzałem” pokonał Jordana Pickforda. Nie wiadomo, czy Anglik chciał uderzać, czy dośrodkować, ale wyszło mu to świetnie, bowiem posłał piłkę za plecy bezradnie ratującego sytuację bramkarza. Głośne „UFF” słychać było w całej londyńskiej dzielnicy Tottenham, kiedy Kane wreszcie się odblokował. Tuż przed przerwą prowadzenie podwyższył Christian Eriksen, który notuje w ostatnim czasie kapitalne wyniki – strzela bramki i asystuje niemal na zawołanie. Teoretycznie 2:0 prowadzili podopieczni Pochettino, ale trzeba przypomnieć sobie jedną z piłkarskich zasad – „2:0 to najniebezpieczniejszy wynik”.

Na drugą połowę piłkarze Evertonu z pewnością wyszli z nastawieniem, że trzeba powalczyć jeszcze na swoim stadionie, pokazać się, może uda się strzelić gola i dogonić wynik. Przez całą przerwę Koeman na pewno produkował się w szatni, dokonał dwóch zmian. Z tym że cały jego plan legł w gruzach już po niecałej minucie. Niemal w pierwszej okazji po zmianie stron Ben Davies dograł piłkę do Kane’a, który w każdym innym miesiącu niż sierpień takie sytuacje wykorzystuje bez najmniejszego zawahania. Było już 3:0 dla Tottenhamu i można spokojnie stwierdzić, że mecz w tamtym momencie został rozstrzygnięty. Oba zespoły miały jeszcze kilka okazji do zdobycia gola, ale żaden ze strzałów nie znalazł drogi do bramki. Tottenham spokojnie wygrał to spotkanie, co jest ważne, ale najważniejsze po tym spotkaniu jest jedno – Harry Kane znów strzela bramki.

Nagany

1. Crystal Palace & Frank de Boer

Na samym dnie tabeli znalazła się drużyna Crystal Palace i jej menedżer Frank de Boer. Do wczoraj. Po czterech meczach bez wygranej, bez remisu, ba!, nawet bez strzelonej bramki (!!) kierownictwo zespołu straciło cierpliwość, a holenderski szkoleniowiec pożegnał się ze swoją pracą. De Boer był w Anglii zaledwie 77 dni, a już zdołał wpisać się do jej historii. Jako menedżer pierwszej drużyny w historii Premier League, która nie zdobyła bramki w pierwszych czterech kolejkach. Holender z pewnością nie jest dumny z tego „osiągnięcia” i do CV go nie wpisze. Crystal Palace ma zawodników na znacznie wyższe miejsce w lidze, potrzeba tylko osoby, która to wszystko poukłada.

2. Sadio Mane

Zdaję sobie sprawę, że Senegalczyk na pewno nie chciał zrobić krzywdy Edersonowi – ale zrobił. W tym przypadku nie liczą się intencje, tylko efekt końcowy. To, że nie chciał, nic nie oznacza. Trafił bramkarza rywali korkiem w twarz i sędzia słusznie pokazał mu czerwoną kartkę. Nie rozumiem tłumaczenia, że „patrzył na piłkę” i dlatego należy mu się żółta kartka. Senegalczyk z miejsca został zawieszony na trzy następne spotkania za otrzymanie bezpośredniej czerwonej kartki, co znacznie osłabia jego zespół, bo Mane w tym sezonie był w rewelacyjnej dyspozycji. Szkoda że wyeliminował się z gry w taki sposób. Sędziego tego spotkania, pana Jonathana Mossa, należy pochwalić za szybką i bezbłędną reakcję.

3. Bournemouth

Zespół Eddiego Howe’a fatalnie rozpoczął sezon. Od drużyny Crystal Palace różni go tylko tyle, że zdobył jednego gola. Poza tym ponieśli same porażki. To słaby wynik, jak na drużynę, która gra w Premier League trzeci sezon z rzędu i w zeszłej kampanii pokazała, że nie jest ekipą, na której tylko zbiera się punkty. W pierwszym sezonie zajęła miejsce tuż nad strefą spadkową, w zeszłym uplasowała się na 9. lokacie, a teraz jest na przedostatnim miejscu, tracąc do bezpiecznych miejsc trzy oczka. Trener „Wisienek” z pewnością ma zaufanie u zarządu, ale taki start sezonu w wykonaniu jego drużyny jest nie do przyjęcia. W tej kolejce grała z Arsenalem i przegrała na The Emirates 0:3.

Wyróżnienia

1. Romelu Lukaku i Alvaro Morata

Przed sezonem wiele spekulowało się o nowych nabytkach Manchesteru United i Chelsea. Że wydano na nie dużo pieniędzy, że ciąży na nich presja, że mogą sobie nie poradzić. Piłkarze, zdaje się, nic sobie z tego nie robią, kapitalnie wchodząc w nowy sezon Premier League. Belgijski napastnik ma na swoim koncie cztery gole, a Hiszpan trzy. Zawodnik Manchesteru United przewodzi w klasyfikacji strzelców, a Morata jest w czołówce, razem z innymi piłkarzami, którzy też zdobyli trzy gole. Zdecydowanie należy pochwalić obu piłkarzy, którzy przed sezonem zmienili klub, aklimatyzacja przebiegła prawidłowo i można być przekonanym, że do samego końca będą walczyć o koronę króla strzelców.

2. Maxim Choupo-Moting

Kameruńczyk przed sezonem zamienił niemieckie Schalke na angielski Stoke. W meczu z Manchesterem United 28-letni zawodnik rozegrał swój najlepszy mecz w Premier League. Przez cały mecz był bardzo aktywny i świetnie wykorzystywał błędy rywali. Najpierw uprzedził ospałego Erica Bailly’ego i z najbliższej odległości wpakował piłkę do bramki, a potem w dziecinny sposób urwał się z krycia Phila Jones’a i drugi raz doprowadził do wyrównania. To dzięki niemu Stoke City wywalczyło remis z Manchesterem United, który stracił pierwsze bramki i punkty w tegorocznym sezonie.

3. Watford

Obecnie w Premier League mamy tylko trzy ekipy, które nie zostały jeszcze pokonane. Do duetu dwóch drużyn z Manchesteru dołącza Watford, który niespodziewanie znajduje się na 4. miejscu w tabeli. W tej kolejce pokonał na wyjeździe Southampton, chociaż zdecydowanym faworytem byli gospodarze. Podopieczni Marco Silvy stracili do tej pory tylko trzy bramki, dzięki czemu zanotowali najlepszy start od kilku sezonów. Prawdziwy test przejdą jednak w najbliższej kolejce, kiedy na własnym stadionie zmierzą się z Manchesterem City. Wtedy dowiemy się, czy Watford jest w stanie rywalizować z najlepszymi w angielskiej lidze.

Cytat kolejki

To był pierwszy mecz dla Krychowiaka od dłuższego czasu, z każdą kolejną minutą będzie lepszy. To bardzo dobry piłkarz, ale obecnie nie jest jeszcze na poziomie, na którym chciałby być. Potrzebuje trochę czasu i będzie coraz lepiej.Tony Pulis o debiucie Grzegorza Krychowiaka

Komentarze:
Przeczytaj także: