Mateusz Mazur

Prezydent zarządza dzień wolny – Panama świętuje awans na mundial

Podopieczni Hernana Gomeza dokonali niemożliwego

12 października 2017

Z czym wam się kojarzy Panama? Z Kanałem Panamskim? Z „Panama Papers”? Prawdopodobnie nie. Noc z wtorku na środę sprawiła, że Panama kojarzyć się będzie nam, kibicom już tylko z jednym – z futbolem. Powiedzieć, że cały Estadio Rommel Fernandez oszalał – to nic nie powiedzieć. Stadion, na którym rozgrywane było wtorkowe spotkanie, po prostu odleciał. „Los Canaleros” pokonali 2:1 Kostarykę i wyprzedzając na ostatniej prostej Stany Zjednoczone, wywalczyli awans na mistrzostwa świata w Rosji. Awans szczególny, bo pierwszy w historii.

Wydarzyło się coś, co wydarzyć się nie mogło. Porażka 0:4 ze Stanami Zjednoczonymi miała definitywnie przekreślić szanse Panamy na awans. W ostatniej kolejce „Los Canaleros” mierzyli się z będącą w dobrej dyspozycji Kostaryką, podczas gdy Amerykanie w spotkaniu z beznadziejnym Trynidadem i Tobago mieli dopełnić formalności. Jak to jednak w piłce bywa, nic nie poszło zgodnie z planem.

Święto

Prezydent Panamy – Juan Carlos Varela, ogłosił środę 11 października dniem wolnym od pracy. – Głos ludu został usłyszany, świętujcie ten historyczny dla Panamy dzień. Jutro obchodzić będziemy święto narodowe – napisał na swoim Twitterze Varela. Danego słowa dotrzymał, gdyż nazajutrz dzień wolny otrzymali zarówno uczniowie, jak i pracownicy sektorów prywatnego i publicznego. Kraj oszalał na punkcie piłki.

Gol widmo, starsza kobieta wbiegająca na plac gry czy chłopiec do podawania piłek wykopujący futbolówkę w trybuny – to tylko niektóre z wydarzeń wyróżniających wtorkowe spotkanie wśród innych. Podopieczni Hernana Gomeza schodzili do szatni, przegrywając 0:1. Wiele wskazywało na to, że nawet w obliczu porażki Amerykanów, którzy w tamtym momencie przegrywali 0:2, Panamczyków czekają jedynie baraże. Na drugą część meczu podopieczni trenera Gomeza wyszli jednak pełni przekonania i przy, co tu dużo mówić, sporej pomocy sędziów doprowadzili do wyrównania. 88. minuta to drugi gol zdobyty przez bohatera wieczoru Gabriela Torresa – tym razem już w pełni prawidłowy. „Los Canaleros” byli o krok od czegoś wielkiego. Musieli jedynie za wszelką cenę dowieźć do końca prowadzenie oraz liczyć, że w drugim meczu Stanom Zjednoczonym nie uda się wyrównać. Tego wieczoru na żadnym ze stadionów bramki już nie padły, a Estadio Rommel Fernandez eksplodował radością.

Kręta droga

Eliminacje do mistrzostw świata w RPA zakończyły się dla Panamczyków totalną klapą. Porażka z Salwadorem już w rundzie wstępnej bardzo szybko wyeliminowała „Los Canaleros”. Kwalifikacje na kolejny mundial okazały się pierwszym promykiem nadziei. Choć awansować się nie udało, to tym razem obyło się bez kompromitacji. Mało tego, do udziału w barażach zabrakło zaledwie trzech punktów. Punktów, które pechowo zgubione zostały na ostatniej prostej. Futbol w Panamie przeszedł w ostatnich latach długą drogę. Posiadający panamskie korzenie angielski trener Gary Stempel odniósł się do jednego ze spotkań rozgrywanych w 2009 roku:

W przerwie mojego pierwszego meczu jako trener Panamy U-21 przemawiałem do mojego zespołu, cuchnąc moczem, którym zostałem oblany, przechodząc przez tunel. Przez rzeczony tunel podążałem tuż za sędzią niosącym torbę z rzeczami, którymi w niego rzucono. Gary Stempel

Ostatnie eliminacje to jednak temat zgoła odmienny. Drużyna może nie zachwycała, ale notując jedynie trzy porażki, zdobyła 13 punktów, co przy odrobinie szczęścia pozwoliło zająć dające awans trzecie miejsce. Szanse na osiągnięcie czegoś niezwykłego na mundialu w Rosji są bliskie zera, ale Panama już dziś na trwałe zapisała się w sercach kibiców. Amerykańska prasa pisząca o chłopcu, który wykopał piłkę w trybuny, jako o tym, który ma więcej serca do piłki niż cała reprezentacja USA razem wzięta. Komentator panamskiej telewizji, który prawdopodobnie do teraz krzyczy w swojej kabinie: „GOL! GOL!”. Swój urok miało nawet stopniowe pojawianie się na boisku kolejnych kibiców, bo jak tu denerwować się na siwowłosą staruszkę, która chce pomóc swojej reprezentacji w awansie.

My, kibice kochamy takie historie. Gdy outsiderzy eliminują potentatów. Gdy 300-tysięczna Islandia wysyła do domu Anglię, czy gdy właśnie Panama sprawia, że ultrabogaty kraj jak USA obejrzy mistrzostwa świata w telewizji.

VAR?

Amerykanie wyeliminowali się sami – to fakt. Mieli wszystko w swoich rękach i ponieśli klęskę najgorszą z możliwych. Pomyłkę jankesów wykorzystała Panama, lecz nie była to jedyna pomyłka tego wieczoru. Pomylili się również sędziowie, uznając bramkę widmo, która co by nie mówić, zdecydowała o układzie sił w grupie. Z jednej strony trudno szukać usprawiedliwień dla reprezentacji USA, a z drugiej po rozegraniu dziesięciu spotkań z mistrzostw świata wyeliminowani zostali przez gola, który nie powinien zostać uznany. Po raz kolejny słyszymy, że to sytuacja dla VARu. Problem w tym, że VAR na spotkaniach tej rangi wciąż nie jest dostępny, bo cała technologia wkracza do piłki zbyt wolno. Sprawia to, że w dyscyplinie sportu, w której obraca się tak ogromnymi kwotami, nadal dochodzi do sytuacji, gdzie w kluczowych momentach polega się na zawodnym ludzkim oku.

Nie znaczy to oczywiście, że Panama na awans nie zasłużyła. „Los Canaleros” pozwolili szczęściu pomóc, a dodatkowo potrafili otrzymaną pomoc wykorzystać. Teraz czeka ich czas przygotowań do imprezy, która bez względu na osiągnięty rezultat i tak będzie dla nich historycznym, niepowtarzalnym przeżyciem.

 

Komentarze:
  • bartekibic

    Nudyyy

Przeczytaj także: